środa, 22 stycznia 2020

Bolszewickie ukąszenie liberałów (II)


W poprzedniej części pisałem o bolszewickim ukąszeniu polegającym na bezkrytycznej wierze w to, że w ZSRR panował socjalizm i o popularnej – zwłaszcza wśród liberałów – racjonalizacji ukąszenia polegającej na przekonaniu, że w socjalizmie chodzi o upaństwawianie środków produkcji. Jedno i drugie jest nonsensem, o czym można się przekonać podejmując minimum wysiłku zapoznania się z tym, jak socjalizm był i jest rozumiany przez socjalistów. 
Liberałowie mogą się jednak bronić na dwa sposoby. Po pierwsze, mogą twierdzić, że było wielu ludzi nazywających siebie socjalistami, którzy uważali, że w ZSRR wprowadzono socjalizm. Po drugie, mogą twierdzić, że socjaliści w Zachodniej Europie nacjonalizowali środki produkcji. W tej części zajmę się tylko tym drugim argumentem, a o pierwszym będzie dopiero w części trzeciej. 
Na początek wróćmy do wieku XIX, kiedy socjaliści dzielą się na dwa obozy: tych, którzy chcą skończyć z kapitalizmem poprzez rewolucję i tych, którzy chcą to zrobić drogą parlamentaryzmu i bardziej lub mniej stopniowych reform. Reformiści nie są jednak przesadnie konkretni jeśli chodzi o ścieżkę transformacji z kapitalizmu do socjalizmu. Adam Przeworski w swojej książce o socjaldemokracji pisze (moje tłumaczenie, wszystkie następne też): 
Do I Wojny Światowej partie socjalistyczne koncentrowały swoje wysiłki na walce o prawo wyborcze i na organizowaniu robotników jako klasy, bardzo niewiele konkretnej myśli poświęcając sposobowi, w jaki uspołecznienie ma zostać osiągnięte. Samo znalezienie się w sytuacji, w której można realizować program uspołecznienia, zaskoczyło partie socjalistyczne, kiedy wojna zniszczyła stary porządek, uwolniła spontaniczne ruchy okupacji fabryk i otworzyła drogę do partycypacji rządu. 
Główny problem brał się prawdopodobnie z niejasności terminu „uspołecznienie”. Uspołecznienie środków produkcji można osiągnąć przez oddanie ich w ręce ich pracowników – ale wtedy nie pozbywamy się rynkowej konkurencji i antagonizmów z nią związanych. Ludzie nadal walczą ze sobą dla zysku, a według ówczesnych socjalistów uspołecznienie miało być oparte na „duchu współpracy”, który zastąpi „ducha rywalizacji”. Inną drogą jest oddanie środków produkcji w ręce państwowej biurokracji, ale wtedy pojawia się antagonizm między pracownikami a biurokratami, przez co też trudno mówić o autentycznym uspołecznieniu – nawet jeśli biurokracja jest demokratycznie kontrolowana przez społeczeństwo. Jedni skłaniali się ku pierwszemu, inni ku drugiemu, ale nie wypracowano jednego, konkretnego planu.* Do tego pojawiło się mnóstwo propozycji reform nie związanych bezpośrednio z wywłaszczaniem posiadaczy środków produkcji: podatki dochodowe, podatki spadkowe, ośmiogodzinny dzień pracy, emerytury, zasiłki dla bezrobotnych, płaca minimalna, obowiązek szkolny etc. Wszystko to komplikowało dodatkowo marksistowskie przekonanie, że kapitalizm niebawem sam się wyczerpie i zostanie zastąpiony przez społeczeństwo bezklasowe, bo taka jest konieczność dziejowa. A skoro socjalizm w zasadzie i tak zrobi się sam – myśleli niektórzy – to nie ma co łamać sobie zanadto głowy problemem kształtu reform.
Mimo całego zamieszania, niektóre partie socjalistyczne po wygraniu wyborów zabierają się za intensywną nacjonalizację. Weźmy przykład brytyjski. W 1945 Partia Pracy zdecydowanie wygrywa wybory obiecując wyborcom „zapewnienie pracownikom – tak fizycznym, jak umysłowym – pełni owoców ich pracy (…) poprzez wprowadzenie wspólnej własności środków produkcji, dystrybucji i wymiany”. Krótko mówiąc: zniesienie kapitalizmu i wprowadzenie socjalizmu. Do 1951 rządowi Attleego udaje się upaństwowić bank centralny, służbę zdrowia, górnictwo, telekomunikację, lotnictwo cywilne, koleje, energetykę, przemysł stalowy, żeglugę śródlądową i część transportu drogowego. W 1948 we wstępie do nowego wydania Manifestu Komunistycznego partia stwierdza, że cała ta nacjonalizacja – plus pozostałe reformy – to po prostu spełnianie postulatów Manifestu.
W tym momencie liberał może zakrzyknąć „Mam was, socjalizm = upaństwawianie środków produkcji!”. Kiedy się jednak przyjrzeć temu, jak myślały osoby odpowiedzialne za to upaństwawianie, to okaże się, że żadna z nich nie rozumiała socjalizmu w ten sposób. 
Jeden z problemów rządu Attleego polegał na tym, że w znacjonalizowanych przedsiębiorstwach brakowało odpowiednich administratorów: ludzie, którzy lądowali w zarządach, byli często albo niekompetentni, albo przeciwni socjalizmowi, albo jedno i drugie. W 1948 podczas partyjnej konferencji Manny Shinwell, ówczesny minister wojny, mówi: „Z całą pewnością sytuacja, kiedy nacjonalizuje się przemysł, a następnie kontrolę nad nim zostawia się w rękach Torysów, jest zaprzeczeniem po pierwsze socjalizmu, a po drugie zdrowego rozsądku.” J. B. Figgins, sekretarz NUR – związku kolejarzy, twierdzi, że nacjonalizacja kolei była na pewno krokiem w dobrą stronę, ale teraz należy dać pracownikom prawo do wybierania i odwoływania swoich szefów. Inni mają inne pomysły, ostatecznie poziom partycypacji pracowniczej w państwowych zakładach po sześciu latach rządów Attleego nie jest oszałamiający, ale kiedy czyta się wypowiedzi ówczesnych socjalistów w rządzie i wokół rządu, to jedno jest jasne: nikt nie uważa, że skoro znacjonalizowano jakiś przemysł, to w jego sferze zapanował socjalizm. Nikt nie uważa, że pełna nacjonalizacja będzie oznaczała pełnię socjalizmu. Nikt też nie twierdzi nawet, że poprawa warunków pracy w państwowych przedsiębiorstwach, albo wyższe płace, albo niskie bezrobocie oznaczają triumf socjalizmu. Po prostu socjalizm oznaczał dla wszystkich tych ludzi coś zupełnie innego.
W 1951 Partia Pracy przegrywa wybory z Torysami (choć dostaje więcej głosów – uroki JOW-ów) i zaczyna się wewnątrzpartyjna debata pod tytułem „Co teraz?”. Lewicowe skrzydło partii chce po zwycięstwie w kolejnych wyborach nacjonalizować dalej, skrzydło prawicowe jest sceptyczne. W 1955 Attlee ustępuje ze stanowiska przewodniczącego, o które walczą jego byli ministrowie: lewicowy Aneurin Bevan i prawicowy Hugh Gaitskell, który ostatecznie wygrywa. Dwa lata wcześniej pisze on tekst pod wymownym tytułem „Socjalizm a nacjonalizacja”, w którym twierdzi, że w obecnej sytuacji przejmowanie kolejnych gałęzi przemysłu przez państwo nie jest najlepszą drogą do socjalizmu. Możemy tam przeczytać:
Krótko mówiąc, społeczeństwo, jakie chcemy stworzyć, to społeczeństwo, w którym nie ma klas społecznych, w którym istnieje równość szans (…), wysoki stopień równości ekonomicznej, pełne zatrudnienie, gwałtownie rosnąca produktywność, demokracja w przemyśle i ogólny duch współpracy między jego pracownikami.
Każdy, kto przez chwilę się nad tym zastanowi, musi się zgodzić, że upaństwowienie, które jest zmianą instytucjonalną pod względem własności i kontroli przemysłu, musi być traktowane jako środek, a nie wymieniane w jednym szeregu z ostatecznymi celami, które właśnie opisałem.
Oczywiście można się zastanawiać, jak właściwie Gaitskell zamierzał likwidować klasę kapitalistów bez likwidacji klasy kapitalistów. Można też dyskutować o tym, jak skuteczni byli socjaliści we wprowadzaniu socjalizmu, czy istniał rozziew między ich teorią a ich praktyką, w jakim stopniu władza ich skorumpowała etc. Wszystko to są jednak tematy na inne rozprawy – tutaj zajmujemy się tylko problemem pojęcia socjalizmu. A problem ten można podsumować tak, jak robi to Gaitskell: jeżeli już socjaliści domagają się upaństwowienia środków produkcji, to tylko dlatego, że upaństwowienie jest dla nich środkiem do celu, a nie samym celem. Utożsamianie socjalizmu z nacjonalizacją jest więc kompletnym nieporozumieniem.
Wszystko to jednak groch o ścianę, bo liberałowie i tak lepiej od socjalistów wiedzą, co to jest socjalizm. Wiedzą lepiej dzisiaj i wiedzieli lepiej wtedy. Już w 1949 ekonomista William Arthur Lewis pisze: „Socjalizm i nacjonalizacja własności są dzisiaj powszechnie ze sobą utożsamiane, ale jest to błędem tak samo wielkim jak utożsamianie socjalizmu z rozbudowanym państwem.” Niewiele się od tamtej pory zmieniło.
Nie twierdzę jednak, że całe nieporozumienie to wina wyłącznie jednej strony. W pewnym sensie socjaliści też mają swoje za uszami. Ma to związek z tym, że postawa Gaitskella zaczyna się wśród nich upowszechniać. Coraz częściej można usłyszeć „zostawmy na razie posiadaczy w spokoju, skupmy się na poprawie warunków życia i pracy i na łagodzeniu cykli koniunkturalnych, na socjalizm jeszcze przyjdzie czas”. Z czasem cel zorganizowania „społeczeństwa, w którym nie ma klas” staje się tak odległy, że znika z horyzontu. Można powiedzieć, że od pewnego momentu ruch socjalistyczny jest zdominowany przez dwa obozy socjalistów, którzy zrezygnowali z socjalizmu: socjaldemokratów i tzw. komunistów. Ci pierwsi rzadko mówią o socjalizmie, ci drudzy często nazywają socjalizmem coś, co jest jego zaprzeczeniem.
W takiej sytuacji można się pogubić. To znaczy można się pogubić, jeśli jest się osobą, która swoje wyobrażenie o teorii politycznej czerpie wyłącznie z telewizji, gazet czy twittera, ale nie można się pogubić, kiedy wykona się minimum akademickiej pracy. Z jakiegoś powodu istnieją jednak zastępy pracowników akademickich takich jak Caplan, którzy łatwo mogliby w ten sposób dowiedzieć się, co to jest cały ten socjalizm, wolą jednak tkwić w swoim bolszewickim błędzie.
Podsumowując: socjaldemokraci nie rozumieją ani nigdy nie rozumieli socjalizmu jako upaństwawiania środków produkcji, a ustrój ZSRR nie mógł mieć nic wspólnego z socjalizmem, tak jak go rozumieli i rozumieją. Zostają tzw. komuniści. Może oni używali jakiegoś alternatywnego pojęcia socjalizmu, zgodnie z którym w ZSRR panował socjalizm? I może to alternatywne pojęcie było związane z upaństwowieniem środków produkcji? Odpowiedź na oba pytania brzmi „nie”, ale o tym dopiero w następnej części.



* Moje osobiste zdanie jest takie, że te ówczesne lęki przed rynkiem były przesadzone (zresztą do dzisiaj są) i że pierwsza opcja powinna była wygrać z opcją drugą. Myślę, że bylibyśmy dzisiaj w zupełnie innym miejscu, gdyby socjaliści sto lat temu przyjęli zasadę „najpierw zlikwidujmy klasę kapitalistów, a później będziemy martwić się rynkiem”, zamiast starać się zrobić wszystko naraz – ale to temat na zupełnie inną dyskusję.

piątek, 10 stycznia 2020

Bolszewickie ukąszenie liberałów (I)

Do dyskusji „Kapitalizm czy socjalizm?” mam ambiwalentny stosunek. Z jednej strony temat bardzo mnie interesuje i chętnie bym porozmawiał, z drugiej strony wiem, że doświadczenie prawdopodobnie będzie frustrujące, więc unikam. Oczywiście praktycznie każda rozmowa o polityce sprawia, że ogólny poziom racjonalności uczestników obniża się gwałtownie, ale w wypadku rozmowy o socjalizmie pojawia się pewien konkretny problem, który nie pojawia się gdzie indziej. Polega on na tym, że jedna ze stron uległa czemuś, co nazywam bolszewickim ukąszeniem. I paradoksalnie nie chodzi o socjalistów (nie licząc może kilku niedobitków tzw. marksizmu-leninizmu), tylko o antysocjalistów, nazywających siebie różnie: liberałami, libertarianami, konserwatystami czy prawicowcami. Mam wrażenie, że w znakomitej większości ślepo wierzą oni w pewną tezę bolszewickiej propagandy i nie dopuszczają do siebie niczego, co się z nią kłóci. W związku z tym nie są w stanie zrozumieć, o co socjalistom chodzi z całym tym socjalizmem. 
Wyjaśnię to na przykładzie jednego z cięższych przypadków ukąszenia – Bryana Caplana, ekonomisty, libertarianina, autora rozlicznych tekstów o teorii i praktyce socjalizmu i komunizmu. W jednym z nich pisze on (moje tłumaczenie): 
Przed rewolucją rosyjską 1917 roku, terminy „socjalizm” i „komunizm” były synonimami. Oba odnosiły się do systemu ekonomicznego, w którym środki produkcji należą do państwa.
Jest to kompletny nonsens i jest w stanie się o tym przekonać każdy, kto poświęci nie więcej niż kilkadziesiąt minut na historyczny risercz. Bolszewickie ukąszenie wydaje się jednak uniemożliwiać jakikolwiek uczciwy risercz. 
Zacznijmy od tego, że to nieprawda, że socjalizm i komunizm przed rewolucją rosyjską były synonimami. Niektórzy rzeczywiście tak je traktowali, ale nie było to regułą. George Lichtheim w swojej „Krótkiej historii socjalizmu” pisze na przykład o sytuacji w latach 40. XIX wieku (moje tłumaczenie): 
Należy rozróżnić „komunizm”, który był konkretnym ruchem rewolucyjnym wywodzącym się z doświadczenia francuskiego lat 90. XVIII wieku, od „socjalizmu”, który był ogólną krytyką nowego porządku ekonomicznego. „Komunizm” odróżniał się na tym etapie od „socjalizmu” swoim proletariackim charakterem i radykalnym egalitaryzmem, które zaczerpnął z tradycji babuwistycznej. Z niej pochodziła też inna cecha francuska: nacisk na potrzebę rewolucyjnej dyktatury w okresie przejściowym. Kiedy termin „socjalizm” zaczął być powszechnie używany we Francji i Anglii około 1830, było jasne, że oznacza on atak na liberalizm, szczególnie liberalizm jako doktrynę ekonomiczną. 
Później na przykład Lenin widział wyraźną różnicę między jednym a drugim:
(...) naukowa różnica między socjalizmem a komunizmem jest jasna. To, co zwykle nazywają socjalizmem, Marks nazwał „pierwszą”, albo niższą, fazą społeczeństwa komunistycznego. O ile środki wytwórczości stają się własnością wspólną, o tyle wyraz „komunizm” znajdzie i tu zastosowanie, nie należy jednak zapominać, że nie jest to zupełny komunizm. Wielkie znaczenie wyjaśnień Marksa polega na tym, że i tu stosuje on konsekwentnie dialektykę materialistyczną, naukę o rozwoju, rozpatrując komunizm jako coś rozwijającego się z kapitalizmu. Zamiast scholastycznie zmyślonych, „skomponowanych” określeń i bezowocnych sporów o wyrazy (czym jest socjalizm, a czym komunizm), Marks analizuje to, co można by nazwać stopniami ekonomicznej dojrzałości komunizmu.
Rozróżnienie na „niższą fazę komunizmu” opartą na zasadzie „każdemu według pracy” i „wyższą fazę” opartą na zasadzie „każdemu według potrzeb” pojawia się w napisanej w 1875 „Krytyce Programu Gotajskiego”. Terminologia Marksa nigdy się jednak nie przyjęła i zamiast o dwóch fazach komunizmu marksiści zaczęli mówić o socjalizmie i komunizmie.
Niezależnie jednak od tego, czy socjalizm i komunizm traktowano jako synonimy, czy nie, ani jednego, ani drugiego nie rozumiano nigdy jako upaństwawiania środków produkcji. W komunizmie (rozumianym jako „wyższa faza”) środki produkcji nie mogą być w rękach państwa z tej prostej przyczyny, że nie ma żadnego państwa. Istnienia państwa zwyczajnie nie da się pogodzić z istnieniem komunizmu. Zdaję sobie sprawę z tego, że dla wielu osób brzmi to szokująco, ale brzmi to szokująco tylko dlatego, że swoje wyobrażenia na temat idei komunizmu prawie wszyscy czerpią od ignorantów w rodzaju Caplana, a prawie nikt od samych komunistów.
Weźmy Engelsa. W „Pochodzeniu rodziny, własności prywatnej i państwa” pisze on:
Obecnie zbliżamy się szybkim krokiem do takiego stopnia rozwoju produkcji, na którym istnienie tych klas nie tylko przestaje być koniecznością, lecz staje się wyraźną przeszkodą dla produkcji. Klasy zginą tak samo nieuchronnie, jak poprzednio powstały. Wraz z nimi nieuchronnie zginie państwo. Społeczeństwo, które zreorganizuje produkcję na podstawie wolnego i równego zrzeszenia producentów, przeniesie całą maszynę państwową tam, gdzie odtąd będzie jej miejsce: do muzeum starożytności, obok kołowrotka i topora brązowego.
Lenin napisał całą książkę  o tym, że komunizm musi być bezpaństwowy. Pisze tam m. in.:
Dopiero w społeczeństwie komunistycznym, kiedy opór kapitalistów jest już ostatecznie złamany, kiedy kapitaliści zniknęli, kiedy nie ma klas (tj. nie ma różnic pomiędzy członkami społeczeństwa pod względem ich stosunku do społecznych środków wytwarzania), dopiero wówczas „państwo przestaje istnieć i można mówić o wolności”. Dopiero wtedy możliwa będzie i urzeczywistniona zostanie demokracja istotnie zupełna, istotnie bez żadnych wyłączeń. I wtedy dopiero demokracja zacznie obumierać* w następstwie tej prostej okoliczności, że ludzie oswobodzeni od kapitalistycznej niewoli, od niezliczonych okropności, potworności, niedorzeczności, nikczemności wyzysku kapitalistycznego, przywykną stopniowo do przestrzegania elementarnych, od wieków znanych, w ciągu tysiącleci powtarzanych we wszystkich przepisach, reguł współżycia, przestrzegania ich bez używania przemocy, bez przymusu, bez podlegania, bez specjalnego aparatu do przymuszania, który nazywa się państwem.
(…) jedynie komunizm stwarza warunki, w których państwo staje się zupełnie zbędne, gdyż nie ma kogo dławić, - „nie ma kogo” w sensie Masy, w sensie systematycznej walki z określoną częścią ludności. Nie jesteśmy utopistami i bynajmniej nie negujemy możliwości i nieuchronności ekscesów poszczególnych jednostek, jak również konieczności tłumienia takich ekscesów. Ale, po pierwsze, do tego nie jest potrzebna specjalna machina, specjalny aparat dławienia, czynić to będzie sam uzbrojony lud z taką samą prostotą i łatwością, z jaką każde skupisko ludzi cywilizowanych, nawet w dzisiejszym społeczeństwie, rozłącza uczestników bójki lub nie dopuszcza do gwałtu nad kobietą. Po wtóre, wiemy, że podstawową przyczyną społeczną ekscesów, polegających na pogwałceniu zasad współżycia, jest wyzysk mas, ich ubóstwo i nędza. Wraz z usunięciem tej głównej przyczyny, ekscesy siłą rzeczy zaczną „obumierać”. Nie wiemy, jak szybko i w jakiej kolejności, ale wiemy, że zanikać będą. Z ich obumarciem nastąpi także obumarcie państwa.
Lenin napisał tę książkę, żeby skrytykować błędy i wypaczenia innych marksistów – głównie Kautsky’ego, ale też Plechanowa czy Pannekoeka. W związku z tym niektórym wydaje się, że według tychże marksistów komunizm może istnieć w ramach państwa. Ale to nieprawda – ani żaden z nich tak nie twierdził, ani Lenin im tego nie zarzuca. Twierdzi on tylko, że za mało uwagi poświęcili problemowi państwa po kapitalizmie, z czego wynikają ich mylne poglądy na rewolucję.
Oczywiście nie tylko marksistów kojarzono z komunizmem – byli też anarchiści, ale nie trzeba chyba tłumaczyć, że oni tym bardziej odrzucali istnienie państwa w komunizmie?
W jednym Caplan ma rację: warto oddzielić komunizm przedrewolucyjny od komunizmu porewolucyjnego. W 1918 bolszewicy dokonali rebrandingu: przestali nazywać się socjaldemokratami, a zaczęli komunistami. W związku z tym socjaliści krytyczni wobec bolszewizmu zaczęli unikać etykiety „komunizm”. Ale rozumienie komunizmu przez komunistów pozostało niezmienione: powszechnie uważano, że nie da się go pogodzić z istnieniem państwa. Dlatego też, o ile mi wiadomo, żaden komunista nigdy nie nazywał ustroju Związku Radzieckiego komunizmem (w wersji historii Caplana – „prawie każdy komunista”). W ZSRR nie mogło być komunizmu, bo w żadnym państwie być go nie mogło.
Tak samo jak nonsensem jest definiowanie komunizmu jako systemu z państwowymi środkami produkcji, nonsensem jest definiowanie socjalizmu jako systemu z państwowymi środkami produkcji. Od zarania socjalizmu socjaliści spierali się o to, na czym socjalizm ma dokładnie polegać, ale praktycznie wszyscy (wyłączając może wczesnych socjalistów utopijnych, takich jak Saint-Simon czy Fourier) zgadzali się co do jednego: socjalizm oznacza likwidację podziału na niewielką grupę posiadaczy środków produkcji i większość sprzedającą się tym posiadaczom do pracy. W socjalizmie klasa ludzi żyjących z własności ma zniknąć, a środki produkcji mają być wspólnie kontrolowane przez samych pracowników. Co to znaczy „wspólnie kontrolowane”? To już zależy od konkretnego modelu socjalizmu. Są modele rynkowe, w których zamiast rywalizujących ze sobą kapitalistycznych dyktatur mamy rywalizujące ze sobą pracownicze demokracje. Są modele nierynkowe, w których producenci i konsumenci biorą udział w takim lub innym planowaniu aktywności gospodarczej i podziału dóbr. Państwo może w tym wszystkim odgrywać taką lub inną rolę, ale nie musi. Znowu: wystarczy nie więcej niż godzina lektury porządnego podręcznika, by się o tym przekonać.
A kiedy już ktoś się o tym przekona, to szybko zrozumie, że ustrój Związku Radzieckiego nie miał nic wspólnego z tradycyjnie rozumianym socjalizmem, bo był tyranią, w której pracownicy nie kontrolowali niczego i o niczym nie decydowali. O ile można mówić o elementach socjalizmu w Zachodniej Europie (w RFN wprowadzono na przykład ustawą udział pracowników w zarządzaniu prywatnymi firmami), o tyle w Bloku Wschodnim było go zero.
Leninowi trzeba oddać, że nigdy ustroju porewolucyjnej Rosji czy ZSRR nie próbował nazywać socjalizmem. Sytuacja zmienia się dopiero w listopadzie 1936, kiedy Stalin ogłasza:
Nasze społeczeństwo radzieckie urzeczywistniło już w zasadzie socjalizm, stworzyło ustrój socjalistyczny, czyli urzeczywistniło to, co marksiści nazywają inaczej pierwszą albo niższą fazą komunizmu.
Kłamstwo to pozostało fundamentem sowieckiej propagandy do końca ZSRR. W 1961 Chruszczow stwierdza, że socjalizm jest obecnie „doskonalony” przez partię i że komunizm zostanie osiągnięty do roku 1980. Następnie propaganda Breżniewa zupełnie ignoruje tę zapowiedź, wprowadza za to pojęcie „rozwiniętego socjalizmu”. W 1985 okazuje się, że rozwinięty socjalizm rozwinął się tak bardzo, że wymaga „moralnego oczyszczenia i odnowy”. Epoka socjalizmu moralnie oczyszczonego nie trwa jednak zbyt długo.
Jest rok 2020, Związek Radziecki umarł dawno temu, ale stalinowskie kłamstwo żyje i ma się świetnie. Nie w umysłach socjalistów, tylko w umysłach liberałów, którzy zrobili sobie z niego religijny dogmat, czy raczej podstawę religijnego dogmatu. W całości wygląda to jakoś tak: „W ZSRR panował socjalizm. A skoro w ZSRR środki produkcji należały do państwa, to na tym właśnie socjalizm musi polegać. Komunizm natomiast to, jak wiadomo, taki bardziej hardkorowy socjalizm, dlatego w komunizmie wszystko i wszyscy są całkowicie kontrolowani przez państwo.”
Z moich doświadczeń wynika, że wyprowadzanie liberałów z tego błędu jest ekstremalnie trudne, bo w grę wchodzi obraza uczuć religijnych. I to jest główna (choć na pewno nie jedyna) przyczyna frustrującego braku porozumienia między fanami i przeciwnikami socjalizmu.
Zapyta ktoś teraz: jak to właściwie możliwe, że zdeklarowani wrogowie bolszewizmu ślepo wierzą bolszewickiej propagandzie? Mam na ten temat hipotezę, ale o niej dopiero w następnym odcinku.


*Demokracja w rozumieniu Lenina jest nierozerwalnie związana z państwem, bo oznacza sytuację, w której większość może narzucić swoją wolę mniejszości dzięki temu, że dysponuje specjalnym aparatem przymusu. Dlatego demokracja w komunizmie ma umrzeć razem z państwem.

piątek, 3 stycznia 2020

Bez komentarza: grudzień 2019

J. A. Frimer: Do liberals and conservatives use different moral languages? Two replications and six extensions of Graham, Haidt, and Nosek’s (2009) moral text analysis.
J. Weinberg: Philosophical Intuitions and Demographic Differences.
S. E. Smith: Is Evolutionary Psychology Possible?
P. Gowan: Workers Should Be in Charge.
A. J. Sacks: Why the Early German Socialists Opposed the World’s First Modern Welfare State.
T. Groves: If pollsters want us to trust their results they need to lose the secrecy.
What is it like to be a philosopher? Cliff Sosis interviews Scott Soames.
D. Baldassarri, B. Park: Was there a Culture War? Partisan Polarization and Secular Trends in US Public Opinion.
A. Reid, C. Dotto: Thousands of misleading Conservative ads side-step scrutiny thanks to Facebook policy.
J. Holt: In This Is All.  
P. Kitcher: Has Science Journalism Helped Unmask a “Replication Crisis” in Biomedicine?
D. Faraci, P. Goff: Why severe inequality is never justified.
J. Riskin: Pinker’s Pollyannish Philosophy and Its Perfidious Politics.
N. J. Robinson: Your Job Is a Miserable, Grinding Dictatorship. Time for Socialism!
E. Schwitzgebel: Two Kinds of Ethical Thinking?
L. Featherstone: Radical Academics for the Status Quo.
J. W. Mason: Is Productivity Being Undermeasured?
P. Collier: Greed is dead.
L. Diavolo: Michelle Obama Defending George W. Bush Is a Lesson in Class Solidarity.
J. Danaher: What causes moral change? Some reflections on Appiah's Honour Code. 
Self-Determination and Ethics. Thomas Pink interviewed by Richard Marshall.
In Conversation with Helen Frowe: Self-Defense, Necessary Force, and the Ethics of Modern Warfare.
G. Strawson: Galileo’s Error by Philip Goff review – a new science of consciousness.
D. Pencheva: Brexit and migration: our new research highlights fact-free news coverage.
R. Ochigame: The Invention of "Ethical AI".
A. Moore: Is the quest for immortality worse than death?
R. Frodeman, E. Brister: Taking Philosophy To The Field.
8 experts reveal their top 5 in the decade's writing.
M. Lenz: How philosophy does not make progress. A note on Scott Soames’ new book.
P. Maas: Peter Handke Won the Nobel Prize After Two Jurors Fell for a Conspiracy Theory About the Bosnia War.
M. Day: A Grift From God.
K. Thaler: Violence Is Sometimes the Answer.
M. Pigliucci: Consciousness is real.
Iran Reframed. Anxieties of Power in the Islamic Republic. Anna Domday interwies Narges Bajoghli. 
Philosophy in the Islamic World. Asad Dandia interviews Peter Adamson.  
Red Meat Republic. A Hoof-to-Table History of How Beef Changed America. Ryan Driskell interviews Joshua Specht. 
The Duty to Vote. Robert Talisse interviews Julia Maskivker. 
The Myth of Triumphalism. Rethinking President Reagan's Cold War Legac. Zeb Larson interviews Beth Fischer.