piątek, 10 stycznia 2020

Bolszewickie ukąszenie liberałów (I)

Do dyskusji „Kapitalizm czy socjalizm?” mam ambiwalentny stosunek. Z jednej strony temat bardzo mnie interesuje i chętnie bym porozmawiał, z drugiej strony wiem, że doświadczenie prawdopodobnie będzie frustrujące, więc unikam. Oczywiście praktycznie każda rozmowa o polityce sprawia, że ogólny poziom racjonalności uczestników obniża się gwałtownie, ale w wypadku rozmowy o socjalizmie pojawia się pewien konkretny problem, który nie pojawia się gdzie indziej. Polega on na tym, że jedna ze stron uległa czemuś, co nazywam bolszewickim ukąszeniem. I paradoksalnie nie chodzi o socjalistów (nie licząc może kilku niedobitków tzw. marksizmu-leninizmu), tylko o antysocjalistów, nazywających siebie różnie: liberałami, libertarianami, konserwatystami czy prawicowcami. Mam wrażenie, że w znakomitej większości ślepo wierzą oni w pewną tezę bolszewickiej propagandy i nie dopuszczają do siebie niczego, co się z nią kłóci. W związku z tym nie są w stanie zrozumieć, o co socjalistom chodzi z całym tym socjalizmem. 
Wyjaśnię to na przykładzie jednego z cięższych przypadków ukąszenia – Bryana Caplana, ekonomisty, libertarianina, autora rozlicznych tekstów o teorii i praktyce socjalizmu i komunizmu. W jednym z nich pisze on (moje tłumaczenie): 
Przed rewolucją rosyjską 1917 roku, terminy „socjalizm” i „komunizm” były synonimami. Oba odnosiły się do systemu ekonomicznego, w którym środki produkcji należą do państwa.
Jest to kompletny nonsens i jest w stanie się o tym przekonać każdy, kto poświęci nie więcej niż kilkadziesiąt minut na historyczny risercz. Bolszewickie ukąszenie wydaje się jednak uniemożliwiać jakikolwiek uczciwy risercz. 
Zacznijmy od tego, że to nieprawda, że socjalizm i komunizm przed rewolucją rosyjską były synonimami. Niektórzy rzeczywiście tak je traktowali, ale nie było to regułą. George Lichtheim w swojej „Krótkiej historii socjalizmu” pisze na przykład o sytuacji w latach 40. XIX wieku (moje tłumaczenie): 
Należy rozróżnić „komunizm”, który był konkretnym ruchem rewolucyjnym wywodzącym się z doświadczenia francuskiego lat 90. XVIII wieku, od „socjalizmu”, który był ogólną krytyką nowego porządku ekonomicznego. „Komunizm” odróżniał się na tym etapie od „socjalizmu” swoim proletariackim charakterem i radykalnym egalitaryzmem, które zaczerpnął z tradycji babuwistycznej. Z niej pochodziła też inna cecha francuska: nacisk na potrzebę rewolucyjnej dyktatury w okresie przejściowym. Kiedy termin „socjalizm” zaczął być powszechnie używany we Francji i Anglii około 1830, było jasne, że oznacza on atak na liberalizm, szczególnie liberalizm jako doktrynę ekonomiczną. 
Później na przykład Lenin widział wyraźną różnicę między jednym a drugim:
(...) naukowa różnica między socjalizmem a komunizmem jest jasna. To, co zwykle nazywają socjalizmem, Marks nazwał „pierwszą”, albo niższą, fazą społeczeństwa komunistycznego. O ile środki wytwórczości stają się własnością wspólną, o tyle wyraz „komunizm” znajdzie i tu zastosowanie, nie należy jednak zapominać, że nie jest to zupełny komunizm. Wielkie znaczenie wyjaśnień Marksa polega na tym, że i tu stosuje on konsekwentnie dialektykę materialistyczną, naukę o rozwoju, rozpatrując komunizm jako coś rozwijającego się z kapitalizmu. Zamiast scholastycznie zmyślonych, „skomponowanych” określeń i bezowocnych sporów o wyrazy (czym jest socjalizm, a czym komunizm), Marks analizuje to, co można by nazwać stopniami ekonomicznej dojrzałości komunizmu.
Rozróżnienie na „niższą fazę komunizmu” opartą na zasadzie „każdemu według pracy” i „wyższą fazę” opartą na zasadzie „każdemu według potrzeb” pojawia się w napisanej w 1875 „Krytyce Programu Gotajskiego”. Terminologia Marksa nigdy się jednak nie przyjęła i zamiast o dwóch fazach komunizmu marksiści zaczęli mówić o socjalizmie i komunizmie.
Niezależnie jednak od tego, czy socjalizm i komunizm traktowano jako synonimy, czy nie, ani jednego, ani drugiego nie rozumiano nigdy jako upaństwawiania środków produkcji. W komunizmie (rozumianym jako „wyższa faza”) środki produkcji nie mogą być w rękach państwa z tej prostej przyczyny, że nie ma żadnego państwa. Istnienia państwa zwyczajnie nie da się pogodzić z istnieniem komunizmu. Zdaję sobie sprawę z tego, że dla wielu osób brzmi to szokująco, ale brzmi to szokująco tylko dlatego, że swoje wyobrażenia na temat idei komunizmu prawie wszyscy czerpią od ignorantów w rodzaju Caplana, a prawie nikt od samych komunistów.
Weźmy Engelsa. W „Pochodzeniu rodziny, własności prywatnej i państwa” pisze on:
Obecnie zbliżamy się szybkim krokiem do takiego stopnia rozwoju produkcji, na którym istnienie tych klas nie tylko przestaje być koniecznością, lecz staje się wyraźną przeszkodą dla produkcji. Klasy zginą tak samo nieuchronnie, jak poprzednio powstały. Wraz z nimi nieuchronnie zginie państwo. Społeczeństwo, które zreorganizuje produkcję na podstawie wolnego i równego zrzeszenia producentów, przeniesie całą maszynę państwową tam, gdzie odtąd będzie jej miejsce: do muzeum starożytności, obok kołowrotka i topora brązowego.
Lenin napisał całą książkę  o tym, że komunizm musi być bezpaństwowy. Pisze tam m. in.:
Dopiero w społeczeństwie komunistycznym, kiedy opór kapitalistów jest już ostatecznie złamany, kiedy kapitaliści zniknęli, kiedy nie ma klas (tj. nie ma różnic pomiędzy członkami społeczeństwa pod względem ich stosunku do społecznych środków wytwarzania), dopiero wówczas „państwo przestaje istnieć i można mówić o wolności”. Dopiero wtedy możliwa będzie i urzeczywistniona zostanie demokracja istotnie zupełna, istotnie bez żadnych wyłączeń. I wtedy dopiero demokracja zacznie obumierać* w następstwie tej prostej okoliczności, że ludzie oswobodzeni od kapitalistycznej niewoli, od niezliczonych okropności, potworności, niedorzeczności, nikczemności wyzysku kapitalistycznego, przywykną stopniowo do przestrzegania elementarnych, od wieków znanych, w ciągu tysiącleci powtarzanych we wszystkich przepisach, reguł współżycia, przestrzegania ich bez używania przemocy, bez przymusu, bez podlegania, bez specjalnego aparatu do przymuszania, który nazywa się państwem.
(…) jedynie komunizm stwarza warunki, w których państwo staje się zupełnie zbędne, gdyż nie ma kogo dławić, - „nie ma kogo” w sensie Masy, w sensie systematycznej walki z określoną częścią ludności. Nie jesteśmy utopistami i bynajmniej nie negujemy możliwości i nieuchronności ekscesów poszczególnych jednostek, jak również konieczności tłumienia takich ekscesów. Ale, po pierwsze, do tego nie jest potrzebna specjalna machina, specjalny aparat dławienia, czynić to będzie sam uzbrojony lud z taką samą prostotą i łatwością, z jaką każde skupisko ludzi cywilizowanych, nawet w dzisiejszym społeczeństwie, rozłącza uczestników bójki lub nie dopuszcza do gwałtu nad kobietą. Po wtóre, wiemy, że podstawową przyczyną społeczną ekscesów, polegających na pogwałceniu zasad współżycia, jest wyzysk mas, ich ubóstwo i nędza. Wraz z usunięciem tej głównej przyczyny, ekscesy siłą rzeczy zaczną „obumierać”. Nie wiemy, jak szybko i w jakiej kolejności, ale wiemy, że zanikać będą. Z ich obumarciem nastąpi także obumarcie państwa.
Lenin napisał tę książkę, żeby skrytykować błędy i wypaczenia innych marksistów – głównie Kautsky’ego, ale też Plechanowa czy Pannekoeka. W związku z tym niektórym wydaje się, że według tychże marksistów komunizm może istnieć w ramach państwa. Ale to nieprawda – ani żaden z nich tak nie twierdził, ani Lenin im tego nie zarzuca. Twierdzi on tylko, że za mało uwagi poświęcili problemowi państwa po kapitalizmie, z czego wynikają ich mylne poglądy na rewolucję.
Oczywiście nie tylko marksistów kojarzono z komunizmem – byli też anarchiści, ale nie trzeba chyba tłumaczyć, że oni tym bardziej odrzucali istnienie państwa w komunizmie?
W jednym Caplan ma rację: warto oddzielić komunizm przedrewolucyjny od komunizmu porewolucyjnego. W 1918 bolszewicy dokonali rebrandingu: przestali nazywać się socjaldemokratami, a zaczęli komunistami. W związku z tym socjaliści krytyczni wobec bolszewizmu zaczęli unikać etykiety „komunizm”. Ale rozumienie komunizmu przez komunistów pozostało niezmienione: powszechnie uważano, że nie da się go pogodzić z istnieniem państwa. Dlatego też, o ile mi wiadomo, żaden komunista nigdy nie nazywał ustroju Związku Radzieckiego komunizmem (w wersji historii Caplana – „prawie każdy komunista”). W ZSRR nie mogło być komunizmu, bo w żadnym państwie być go nie mogło.
Tak samo jak nonsensem jest definiowanie komunizmu jako systemu z państwowymi środkami produkcji, nonsensem jest definiowanie socjalizmu jako systemu z państwowymi środkami produkcji. Od zarania socjalizmu socjaliści spierali się o to, na czym socjalizm ma dokładnie polegać, ale praktycznie wszyscy (wyłączając może wczesnych socjalistów utopijnych, takich jak Saint-Simon czy Fourier) zgadzali się co do jednego: socjalizm oznacza likwidację podziału na niewielką grupę posiadaczy środków produkcji i większość sprzedającą się tym posiadaczom do pracy. W socjalizmie klasa ludzi żyjących z własności ma zniknąć, a środki produkcji mają być wspólnie kontrolowane przez samych pracowników. Co to znaczy „wspólnie kontrolowane”? To już zależy od konkretnego modelu socjalizmu. Są modele rynkowe, w których zamiast rywalizujących ze sobą kapitalistycznych dyktatur mamy rywalizujące ze sobą pracownicze demokracje. Są modele nierynkowe, w których producenci i konsumenci biorą udział w takim lub innym planowaniu aktywności gospodarczej i podziału dóbr. Państwo może w tym wszystkim odgrywać taką lub inną rolę, ale nie musi. Znowu: wystarczy nie więcej niż godzina lektury porządnego podręcznika, by się o tym przekonać.
A kiedy już ktoś się o tym przekona, to szybko zrozumie, że ustrój Związku Radzieckiego nie miał nic wspólnego z tradycyjnie rozumianym socjalizmem, bo był tyranią, w której pracownicy nie kontrolowali niczego i o niczym nie decydowali. O ile można mówić o elementach socjalizmu w Zachodniej Europie (w RFN wprowadzono na przykład ustawą udział pracowników w zarządzaniu prywatnymi firmami), o tyle w Bloku Wschodnim było go zero.
Leninowi trzeba oddać, że nigdy ustroju porewolucyjnej Rosji czy ZSRR nie próbował nazywać socjalizmem. Sytuacja zmienia się dopiero w listopadzie 1936, kiedy Stalin ogłasza:
Nasze społeczeństwo radzieckie urzeczywistniło już w zasadzie socjalizm, stworzyło ustrój socjalistyczny, czyli urzeczywistniło to, co marksiści nazywają inaczej pierwszą albo niższą fazą komunizmu.
Kłamstwo to pozostało fundamentem sowieckiej propagandy do końca ZSRR. W 1961 Chruszczow stwierdza, że socjalizm jest obecnie „doskonalony” przez partię i że komunizm zostanie osiągnięty do roku 1980. Następnie propaganda Breżniewa zupełnie ignoruje tę zapowiedź, wprowadza za to pojęcie „rozwiniętego socjalizmu”. W 1985 okazuje się, że rozwinięty socjalizm rozwinął się tak bardzo, że wymaga „moralnego oczyszczenia i odnowy”. Epoka socjalizmu moralnie oczyszczonego nie trwa jednak zbyt długo.
Jest rok 2020, Związek Radziecki umarł dawno temu, ale stalinowskie kłamstwo żyje i ma się świetnie. Nie w umysłach socjalistów, tylko w umysłach liberałów, którzy zrobili sobie z niego religijny dogmat, czy raczej podstawę religijnego dogmatu. W całości wygląda to jakoś tak: „W ZSRR panował socjalizm. A skoro w ZSRR środki produkcji należały do państwa, to na tym właśnie socjalizm musi polegać. Komunizm natomiast to, jak wiadomo, taki bardziej hardkorowy socjalizm, dlatego w komunizmie wszystko i wszyscy są całkowicie kontrolowani przez państwo.”
Z moich doświadczeń wynika, że wyprowadzanie liberałów z tego błędu jest ekstremalnie trudne, bo w grę wchodzi obraza uczuć religijnych. I to jest główna (choć na pewno nie jedyna) przyczyna frustrującego braku porozumienia między fanami i przeciwnikami socjalizmu.
Zapyta ktoś teraz: jak to właściwie możliwe, że zdeklarowani wrogowie bolszewizmu ślepo wierzą bolszewickiej propagandzie? Mam na ten temat hipotezę, ale o niej dopiero w następnym odcinku.


*Demokracja w rozumieniu Lenina jest nierozerwalnie związana z państwem, bo oznacza sytuację, w której większość może narzucić swoją wolę mniejszości dzięki temu, że dysponuje specjalnym aparatem przymusu. Dlatego demokracja w komunizmie ma umrzeć razem z państwem.

11 komentarzy:

  1. Bardzo piękny tekst, ale mnie zdumiało, że u homosapiensów jest możliwe aż takie pomieszanie pojęć - a może to celowy zabieg liberałów, nie żaden błąd?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szczerze mówiąc w przypadku Caplana miałem takie podejrzenia, bo on ewidentnie obcował ze źródłami, ale wydaje mi się, że chyba jednak nauczył się przeskakiwać wszystko, co nie pasuje do dogmatu.

      Usuń
  2. W takim potocznym dyskursie (tylko taki znam), to dla liberała „państwowe” jest synonimem „uwspólnione”, „publiczne”, z mniejszym naciskiem na to, w jakiej formie ma to nastąpić (czy państwo, czy jakieś bardziej samorządne formy). Zarzut dotyczy często nieracjonalności tego „uwspólnienia”: niemożność sensownego planowania, tragedy of the commons, problem gapowicza itd. I opowieści żyjących w PRL, jak to wspólne było niczyje, i się wszystko wynosiło/niszczyło, bo nikomu na wspólnym nie zależało itd. W każdym razie każdy znany mi liberał machnie ręką na argument, że chodzi o „wspólnie kontrolowane środki produkcji”, a nie „państwowe”, dla nich te formy mają zwykle te same wady. Nie o sam etatyzm im chodzi.
    No i ukąszeniu chyba już uległa większość współczesnej socjaldemokracji, która programowo koncentruje się teraz na problemie koniecznej redystrybucji, a nie zmiany formy prawa do majątku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I opowieści żyjących w PRL, jak to wspólne było niczyje, i się wszystko wynosiło/niszczyło, bo nikomu na wspólnym nie zależało itd.

      Zawsze ogarnia mnie rozpacz, kiedy to słyszę. Na jakiej niby podstawie mamy uznać, że to było wspólne? Skoro było pod całkowitą kontrolą grupki biurokratów, których ludzie nie wybierali ani nie mogli odwołać? Problem ze środkami produkcji w PRL-u polegał na tym, że one nie były wspólne – a nie, że były.
      Z tego właśnie powodu się wynosiło – i z tego samego powodu wynosi się w kapitalizmie. A jeśli w kapitalizmie wynosi się mniej, to nie dlatego, że ludzie mają szacunek dla Świętej Własności Jeffa Bezosa czy innego oligarchy, tylko dlatego, że aparat represji jest skuteczniejszy: przeszukuje się torby, montuje kamery, stawia elektroniczne bramki etc. I nie jest to kwestia „peerelowskiej mentalności”, jak często można przeczytać. W Anglii jest tak samo.
      To, o czym piszesz, to argument za socjalizmem, nie przeciwko. Kiedy pracownicy rzeczywiście współdecydują, to są mniej skłonni do wynoszenia i ogólnie robią się dużo bardziej produktywni – jest na to góra empirycznych dowodów.

      No i ukąszeniu chyba już uległa większość współczesnej socjaldemokracji, która programowo koncentruje się teraz na problemie koniecznej redystrybucji, a nie zmiany formy prawa do majątku.

      Oznaką ukąszenia jest wiara w to, że w ZSRR i podległych mu państwach panował socjalizm. Socjaldemokraci raczej się przy tym nie upierają, a jeśli już zgadzają się na nazywanie tego czegoś socjalizmem, to natychmiast dodają, że ich socjalizm to zupełnie inny socjalizm. I to inny nie tylko przez to, że chcą upaństwowić mniej niż bolszewicy.

      Usuń
    2. Problem ze środkami produkcji w PRL-u polegał na tym, że one nie były wspólne – a nie, że były. Z tego właśnie powodu się wynosiło – i z tego samego powodu wynosi się w kapitalizmie. A jeśli w kapitalizmie wynosi się mniej, to nie dlatego, że ludzie mają szacunek dla Świętej Własności Jeffa Bezosa czy innego oligarchy, tylko dlatego, że aparat represji jest skuteczniejszy.

      Jeśli dobrze czytam rozumowanie liberałów, to oni nieefektywność poprzedniego systemu wiążą właśnie z brakiem motywacji do stosowania aparatu represji: nikomu nie zależało, żeby pilnować. A skoro – według ekonomicznych liberałów – wiadomo, że każdy najskuteczniej działa we własnym bezpośrednim interesie, to oczywiste jest, że wszyscy grabili i marnowali. A prywaciarz na to nie pozwoli. Wady i nieracjonalności współczesnych korpo też przypisują temu, że akcjonariat zbyt odległy od zarządu i pracowników. I pomysły nie idą w stronę akcjonariatu pracowniczego, ale zwiększenia kontroli właścicielskiej.

      Oznaką ukąszenia jest wiara w to, że w ZSRR i podległych mu państwach panował socjalizm.

      Chyba nie jest to do końca jasne, może się wyjaśni w części drugiej, ale zrozumiałam – przynajmniej po zacytowaniu przez Ciebie Caplana – „ukąszenie” w ten sposób, że polega ono na (mylnym) przekonaniu, że zarówno komuniści, jak i socjaliści postulowali upaństwowienie środków produkcji.
      W zdaniu o współczesnej socjaldemokracji (przepraszam, znów mówię o tym, co się przebija do mainstreamu, o programach partii politycznych, o paru słynnych amerykańskich i francuskich nazwiskach) to chodziło mi o to, że obecnie na tapecie są nierówności, koncentracja kapitału, konieczność redystrybucji. Pomysły krążą wokół opodatkowania kapitału czy jego transferów, ponadpaństwowej kontroli kapitału, mocnym opodatkowaniu najwyższych dochodów itd. Tak jakby dzisiejsi – również ukąszeni - socjaldemokraci odżegnywali się od zamachu na instytucję prywatnej własności, bo widzą, że to nie wyszło w ZSRR i demoludach, i w paru innych miejscach. „Ukąszenie” miałoby polegać na tym, że socjaldemokracja również dała się wpuścić w fałszywą alternatywę państwowe/prywatne. W tym sensie nie chcą radykalnej zmiany reguł gry (prywatna własność jest ok, tylko ją lepiej podzielmy).

      Nie wiem, może cały czas żywe są idee, aby diametralnie zmienić status prywatnej własności, bądź przynajmniej status środków produkcji, ale to chyba nie jest jakiś socjaldemokratyczny mainstream.

      Usuń
    3. warto oddzielić komunizm przedrewolucyjny od komunizmu porewolucyjnego. W 1918 bolszewicy dokonali rebrandingu: przestali nazywać się socjaldemokratami, a zaczęli komunistami. W związku z tym socjaliści krytyczni wobec bolszewizmu zaczęli unikać etykiety „komunizm”. Ale rozumienie komunizmu przez komunistów pozostało niezmienione: powszechnie uważano, że nie da się go pogodzić z istnieniem państwa. Dlatego też, o ile mi wiadomo, żaden komunista nigdy nie nazywał ustroju Związku Radzieckiego komunizmem

      To jest właśnie istota problemu, że nie da się tego przedstawiać ahistorycznie . Niezależnie od niuansów myśli Engelsa czy Lenina, którzy perspektywicznie przewidywali rozkład (zbędność) państwa, podział na socjalistów i komunistów, przynajmniej w Europie w XX w., przebiegał na tle związków z Kominternem/Kominformem i po prostu ze Związkiem Radzieckim. Partie komunistyczne definiowane były przez związki z ZSRR, realizację jego interesów, zwykle także finansowanie. To były też te ugrupowania, które wierzyły, że na obecnym etapie właśnie to państwo najlepiej realizuje idee socjalizmu/komunizmu, i stamtąd należy czerpać wzory dla ogólnoświatowej rewolucji. Nie wiem, czy to byli „prawdziwi” komuniści, ale tacy wtedy mocno działali i tak się określali.
      Odżegnywanie się ruchów socjalistycznych od związków z komunizmem miało właśnie takie tło, kwestię zależności od nieprzyjemnego, ludobójczego imperium, to bardzo wyraźnie widać np. w trakcie wojny domowej w Hiszpanii czy w II RP – gdzie dodatkowo wchodziła jednak kwestia lojalności wobec świeżego państwa narodowego.

      Usuń
    4. Jeśli dobrze czytam rozumowanie liberałów, to oni nieefektywność poprzedniego systemu wiążą właśnie z brakiem motywacji do stosowania aparatu represji: nikomu nie zależało, żeby pilnować. A skoro – według ekonomicznych liberałów – wiadomo, że każdy najskuteczniej działa we własnym bezpośrednim interesie, to oczywiste jest, że wszyscy grabili i marnowali. A prywaciarz na to nie pozwoli. Wady i nieracjonalności współczesnych korpo też przypisują temu, że akcjonariat zbyt odległy od zarządu i pracowników. I pomysły nie idą w stronę akcjonariatu pracowniczego, ale zwiększenia kontroli właścicielskiej.

      Ok, tylko oni twierdzą przy tym, że jak było wspólne, to się marnotrawiło, a jak jest prywatne, to się nie marnotrawi, a to jest nonsens. Upraszczając: jak nie jest wspólne, to pracownicy wynoszą i kombinują, jak by się tu za bardzo nie narobić. Władza może na to patrzeć przez palce (przypadek PRL-u), albo może z tym walczyć represjami (przypadek kapitalizmu), ale aparat represji jest kosztowny, a jego możliwości ograniczone, więc w obu wypadkach produktywność jest niższa niż w przypadku własności wspólnej.

      Chyba nie jest to do końca jasne, może się wyjaśni w części drugiej, ale zrozumiałam – przynajmniej po zacytowaniu przez Ciebie Caplana – „ukąszenie” w ten sposób, że polega ono na (mylnym) przekonaniu, że zarówno komuniści, jak i socjaliści postulowali upaństwowienie środków produkcji.

      Ukąszenie polega na ślepej wierze w tezę sowieckiej propagandy, że w ZSRR panował socjalizm i na unikaniu konfrontowania tej tezy z pojęciem socjalizmu funkcjonującym wśród socjalistów. Mylne przekonanie, że i komunizm, i socjalizm polega na upaństwawianiu środków produkcji jest raczej próbą racjonalizacji ukąszenia.

      Tak jakby dzisiejsi – również ukąszeni - socjaldemokraci odżegnywali się od zamachu na instytucję prywatnej własności, bo widzą, że to nie wyszło w ZSRR i demoludach, i w paru innych miejscach. „Ukąszenie” miałoby polegać na tym, że socjaldemokracja również dała się wpuścić w fałszywą alternatywę państwowe/prywatne. W tym sensie nie chcą radykalnej zmiany reguł gry (prywatna własność jest ok, tylko ją lepiej podzielmy).

      Jasne że nie chcą, socjaldemokracja od bardzo dawna nie chce likwidować kapitalizmu. O tym wszystkim będzie w następnej części!

      To jest właśnie istota problemu, że nie da się tego przedstawiać ahistorycznie . Niezależnie od niuansów myśli Engelsa czy Lenina, którzy perspektywicznie przewidywali rozkład (zbędność) państwa, podział na socjalistów i komunistów, przynajmniej w Europie w XX w., przebiegał na tle związków z Kominternem/Kominformem i po prostu ze Związkiem Radzieckim. Partie komunistyczne definiowane były przez związki z ZSRR, realizację jego interesów, zwykle także finansowanie. To były też te ugrupowania, które wierzyły, że na obecnym etapie właśnie to państwo najlepiej realizuje idee socjalizmu/komunizmu, i stamtąd należy czerpać wzory dla ogólnoświatowej rewolucji. Nie wiem, czy to byli „prawdziwi” komuniści, ale tacy wtedy mocno działali i tak się określali.
      Odżegnywanie się ruchów socjalistycznych od związków z komunizmem miało właśnie takie tło, kwestię zależności od nieprzyjemnego, ludobójczego imperium, to bardzo wyraźnie widać np. w trakcie wojny domowej w Hiszpanii czy w II RP – gdzie dodatkowo wchodziła jednak kwestia lojalności wobec świeżego państwa narodowego.


      Zgadzam się z tym wszystkim – na pewno było trochę ludzi, którzy nazywali się socjalistami/komunistami i autentycznie wierzyli, że ZSRR wprowadził socjalizm w życie. O nich też będzie w następnej części. Tylko że ci socjaliści/komuniści prawie zupełnie wyginęli, a liberałowie nadal wierzą.

      Usuń
  3. Hm... ale czy wspólnie kontrolowane środki własnosci różnią się od spółki giełdowej, posiadanej przez, np. oszczędzających na emeryturę?

    Tak, wiem, bywają tacy toksyczni liberałowie, powiedziałbym jednak raczej, że nauczyli się oni znaczenia słów na przykładach. Co oczywiście nie ma sensu w komentowaniu myślicieli lewicowych, ale czego też liberałowie tak często nie robią.

    ---
    A tak w ogóle, to zerkam bo zaciekawił mnie ten numer 'I'. Będzie ciąg dalszy?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale to są pytania, które można zadawać, powiedzmy, logikom (jacyś istnieją) lub Millowi, Benthamowi (nie da się, umarli), więc sama pan/i wiesz.

      Usuń
    2. Hm... ale czy wspólnie kontrolowane środki własnosci różnią się od spółki giełdowej, posiadanej przez, np. oszczędzających na emeryturę?

      Tym, że pracownicy takiej spółki o niczym nie decydują i niczego nie kontrolują, tylko wykonują rozkazy. A zwykli ludzie oszczędzający na emeryturę też o niczym nie decydują i niczego nie kontrolują, bo są drobnicą, a żeby kontrolować, to trzeba mieć pakiet kontrolny, czyli być kapitalistą.

      A tak w ogóle, to zerkam bo zaciekawił mnie ten numer 'I'. Będzie ciąg dalszy?

      Będzie!

      Usuń
    3. Ja tylko trochę prowokuję, bo liberałowie lubią spółki akcyjne, ale nie lubią spółdzielni pracowników. Przynajmniej nasi. Uważam to za pewną sprzeczność.

      Co do nr 2 -- czekam :D

      Usuń