piątek, 13 kwietnia 2018

Etyka aborcji #12: Argument z przyszłości-takiej-jak-nasza

Etyka aborcji” to cykl, w którym podsumowuję i komentuję książkę Davida Boonina „A Defense of Abortion”. Jeśli jesteś tu nowa/-y, zacznij od Wstępu


Na początek kilka ważnych uwag: rozdział o argumencie z przyszłości-takiej-jak-nasza jest znacząco dłuższy od każdego z poprzednich rozdziałów, więc żeby utrzymać go w ryzach jednego wpisu, będę skracał i przeskakiwał bardziej niż w przypadku tych rozdziałów.
Rozdział jest taki długi z dwóch powodów. Po pierwsze, argument ten jest uważany przez akademickich filozofów z obu stron barykady za jeśli nie najpoważniejszy, to jeden z kilku najpoważniejszych argumentów przeciwko aborcji. A skoro tak, to należy mu się więcej uwagi. Po drugie, w rozdziale tym Boonin zaczyna przedstawiać swoje pozytywne stanowisko w kwestii prawa do życia – podczas gdy do tej pory posługiwał się tylko negatywnymi argumentami przeciwko innym stanowiskom. Dlaczego akurat tu? Otóż dlatego, że Boonin w dużym stopniu zgadza się z przesłankami argumentu z przyszłości-takiej-jak-nasza. Uważa jednak, że jest w nich drobny błąd – i jeśli go skorygujemy, to okaże się, że nie jest to argument za prawem płodów do życia, tylko wprost przeciwnie.
Argument z przyszłości-takiej-jak-nasza jest wynalazkiem filozofa Dona Marquisa i choć są też inni filozofowie, którzy bronią różnych wersji tego argumentu, skupimy się tu na Marquisie i jego wersji. Marquis zaczyna w ten sposób: weźmy kilka różnych istot, których zabicie jest na pewno moralnie złe: niemowlę, zamierzającego popełnić samobójstwo nastolatka w depresji, dorosłą osobę w stanie śpiączki i osobę taką jak ty czy ja. Następnie zastanówmy się: co sprawia, że ich zabicie będzie złe? Jeśli jest to jakaś jedna cecha, to wystarczy sprawdzić, czy ludzki zarodek czy płód też ma tę cechę. Jeśli ma, to jego zabicie jest tak samo złe, a więc ma prawo do życia. Jeśli nie ma, to albo nie ma prawa do życia, albo ewentualnie jego prawo do życia wynika z czegoś innego.
Odpowiedzią Marquisa jest następująca zasada:

Zasada Marquisa (ZM): Jeśli jednostka P ma przed sobą przyszłość-taką-jak-nasza F i jeśli albo (a) obecnie pragnie, by F zaszła, albo (b) P w późniejszym okresie będzie pragnąć, by mieć doświadczenia zawarte w F (jeśli P nie zostanie zabita), wtedy P jest jednostką mającą takie samo prawo do życia jak ty czy ja.

Płód jest taką właśnie jednostką, a więc tak jak niemowlę, nastolatek-samobójca, osoba w śpiączce i osoba taka jak ty czy ja, ma prawo do życia* – tak najogólniej wygląda argument.
Według Boonina Marquis ma rację, kiedy twierdzi, że zabijanie jest złe ze względu na przyszłość-taką-jak-nasza. Myli się jednak, jeśli chodzi o szczegóły relacji jednostki z tą przyszłością. Żeby to zrozumieć, trzeba wprowadzić dwa ważne rozróżnienia.
Po pierwsze, istnieje różnica między przekonaniami dyspozycyjnymi (dipositional) a świadomymi (occurrent). Od wielu lat mam np. przekonanie, że Urugwaj graniczy z mniej niż 52974 państwami, ale aż do tego momentu nigdy o tym nie myślałem – a więc moje przekonanie przez lata było dyspozycyjne, a dopiero przed chwilą stało się świadome. Pragnienia, tak jak przekonania, mogą być dyspozycyjne lub świadome. Przykład Boonina: żona zajęta akurat grą w brydża nie ma świadomego pragnienia bycia niezdradzaną przez męża – ale oczywiście ma dyspozycyjne pragnienie bycia niezdradzaną. I właśnie ze względu na to dyspozycyjne pragnienie – twierdzi Boonin – zdradzanie żony jest nie w porządku.
ZM mówi o pragnieniach świadomych, przyszłych lub obecnych. Boonin proponuje, by zastąpić je pragnieniami dyspozycyjnymi, wyłącznie obecnymi. Zabicie osoby w stanie śpiączki nie jest złe dlatego, jak chce Marquis, że osoba ta w przyszłości będzie miała pragnienie posiadania pewnych pozytywnych doświadczeń, ale dlatego, że obecnie ma ona dyspozycyjne pragnienie posiadania tych doświadczeń.
Tu ktoś może powiedzieć: „Ok, to może działać dla osoby w śpiączce, ale co z nastolatkiem w depresji? Nastolatek nie ma ani świadomego, ani dyspozycyjnego pragnienia doświadczania czegokolwiek w przyszłości. Wersja Marquisa tłumaczy, dlaczego zabicie go jest nie w porządku, ale wersja Boonina już nie”. I tu Boonin wprowadza kolejne rozróżnienie: na pragnienia rzeczywiste i idealne. Wyobraźmy sobie – powiada Boonin – turystę, któremu zależy przede wszystkim na własnym bezpieczeństwie, ale również na widokach i na łatwości trasy. Turysta ten wie, że ścieżka A oferuje lepsze widoki i jest łatwiejsza niż ścieżka B, ale nie wie, że na ścieżce A ktoś umieścił minę lądową. Ktoś taki będzie miał rzeczywiste pragnienie udania się ścieżką A, ale idealne pragnienie udania się ścieżką B. Różnica będzie wynikać z tego, że idealne pragnienie jest uformowane na podstawie pełniejszych informacji. O samobójczym nastolatku również możemy powiedzieć, że choć nie ma on rzeczywistego pragnienia posiadania jakichkolwiek doświadczeń w przyszłości, to ma on idealne pragnienie posiadania takich doświadczeń. W tym wypadku różnica między jednym a drugim będzie wynikała z tego, że przedmiot pragnienia został rozważony „z odpowiedniej perspektywy” i w odpowiednim stanie emocjonalnym. I to właśnie idealne pragnienie samobójczego nastolatka sprawia, że zabicie go jest moralnie złe.
Boonin nie jest niestety zabójczo precyzyjny, jeśli chodzi o teorię pragnień idealnych, ale twierdzi, że to, co powyżej, powinno nam wystarczyć do zrozumienia błędu Marquisa. Poza tym Marquis też nie jest zabójczo precyzyjny, jeśli chodzi np. o teorię pragnień przyszłych, więc mamy tu tak jakby remis.
Z tego wszystkiego wynika, że wg Boonina zło zabijania można wytłumaczyć następującą zasadą:

Zasada Boonina (ZB): Jeśli jednostka P ma przed sobą przyszłość-taka-jak-nasza F i jeśli ma aktualne, dyspozycyjne i idealne pragnienie, by F zaszła, wtedy P jest jednostką mającą takie samo prawo do życia jak ty czy ja.

Zanim przejdziemy do płodów, musimy odpowiedzieć na zasadnicze pytanie: Dlaczego właściwie ZB tłumaczy zło zabijania lepiej niż ZM? Boonin twierdzi, że z trzech powodów. Po pierwsze, ZB jest bardziej oszczędna. ZM mnoży byty ponad konieczność, zamiast jednej moralnie istotnej własności proponując dwie. Po drugie, ZB odwołuje się do cechy, która tłumaczy zło całego szeregu działań niezwiązanych z zabijaniem, czego nie można powiedzieć o ZM. Na przykład wspomniane wcześniej zdradzanie żony jest nie w porządku ze względu na aktualne, dyspozycyjne i idealne pragnienie żony – na pewno nie za względu na aktualne lub przyszłe, rzeczywiste i świadome pragnienie żony. Po trzecie, ZB tłumaczy zło zabijania (zło przynajmniej w mniemaniu przeciwników aborcji) w sytuacjach, w których ZM go nie tłumaczy. Wyobraźmy sobie np. zamierzającego popełnić samobójstwo człowieka w depresji, który ze względu na jakiś neurologiczny defekt nigdy nie będzie w stanie z owej depresji wyjść. Praktycznie wszyscy przeciwnicy aborcji powiedzą, że zabicie kogoś takiego jest złe – i wg ZB faktycznie jest złe, ale wg ZM nie jest.
I teraz pytanie najważniejsze: co ZB mówi o zabijaniu płodów? To zależy których – odpowiada Boonin. Trzeba rozróżnić między płodami, które nie mają jeszcze świadomości, a takimi, które ją już mają (o tym, kiedy się tę świadomość uzyskuje, będzie w części #19; tu na razie powiemy tylko, że płody, na których dokonuje się aborcji, to w znakomitej większości przypadków płody jeszcze bez świadomości, więc te nas tu przede wszystkim interesują). Te pierwsze nie mogą mieć rzeczywistych pragnień – w każdym razie nie pragnień w moralnie istotnym sensie, wychodzących poza zdolność do reagowania na bodźce. Ze względu na niewykształconą jeszcze świadomość, nie można powiedzieć, że na czymś tym płodom zależy, albo że coś cenią. ZB nie mówi wprawdzie o pragnieniach rzeczywistych, tylko idealnych, ale idealnych pragnień (interesujące nas) płody też mieć nie mogą, bo warunkiem ich posiadania jest posiadanie pragnień rzeczywistych. Jest tak dlatego, że pragnienia idealne to po prostu pragnienia rzeczywiste po usunięciu pewnych czynników „zakłócających” ich treść. Skoro więc płody pragnień nie mają, to nie mają też prawa do życia - chyba że ich prawo do życia wynika z czegoś zupełnie innego; ale żeby to pokazać, trzeba by innego argumentu.



* Marquis nie zajmuje zdecydowanego stanowiska w sprawie momentu rozpoczęcia bycia indywidualną jednostką, o której mówi ZM – twierdzi tylko, że nawet najwcześniejsze aborcje przeprowadza się na takich jednostkach. A zatem jego argument nie jest, ściśle rzecz biorąc, argumentem za kryterium poczęcia – my tu sobie jednak założymy, że chodzi o moment zapłodnienia. Właściwie nie jest jakoś szczególnie istotne, co sobie przyjmiemy – jeśli weźmiemy jakiś późniejszy moment, np. zagnieżdżenie, to cała krytyka Boonina będzie się odnosiła tak samo do tej wersji argumentu – będzie ją tylko trzeba przekleić do rozdziału o kryterium zagnieżdżenia, czyli #14 w mojej serii.

poniedziałek, 15 stycznia 2018

Prawidłowa logika



Kilka lat temu udzielałem tu dość beztroskich odpowiedzi w ankiecie z trzydziestoma palącymi pytaniami współczesnej filozofii. Jedno z pytań, na które nie wiedziałem, jak odpowiedzieć – nawet beztrosko – brzmiało „Logika: klasyczna czy nieklasyczna?”.
Nie wiedziałem, bo, po pierwsze, logika klasyczna (swoją drogą, nie mam pojęcia, dlaczego nazywa się klasyczną, tak jakby miała ona coś wspólnego ze starożytnością) jest w pytaniu przeciwstawiona logice nieklasycznej, ale ta druga to tak naprawdę wielki wór z bardzo różnymi systemami. Mamy logiki wielowartościowe, logiki rozmyte, logiki parakonsystentne, logiki warunkowe, logiki właściwe (o ile tak się tłumaczy relevant logics), logiki kwantowe, wolne logiki itd., które ciężko porównywać z czymkolwiek jako całość. Po drugie, logiki nieklasyczne często trafniej jest chyba rozumieć jako rozwinięcie logiki klasycznej, a nie jako konkurencję dla niej. Po trzecie, nawet jeśli ustalimy, o jaką konkretnie logikę nieklasyczną nam chodzi i że trudno ją traktować jako rozwinięcie logiki klasycznej, to pytanie nadal będzie mocno niejasne. Czy ma chodzić o to, że logika klasyczna bardziej niż nieklasyczna pomaga w rozumowaniu? A może że lepiej odpowiada naszym intuicjom w kwestii tego, co z czego wynika? A może że w jakiś sposób (w jaki?) lepiej odpowiada językowi angielskiemu, czy polskiemu? Albo może że w jakiś sposób (w jaki?) lepiej odpowiada rzeczywistości? Wydawało mi się i nadal wydaje, że odpowiedzią na żadne z tych pytań nie będzie ani jednoznaczne „tak”, ani jednoznaczne „nie”.I zdaje się, że zgadza się ze mną Heinrich Wansing, logik i filozof logiki, który właśnie udzielił wywiadu Richardowi Marshallowi w 3:AM Magazine (moje tłumaczenie):

Marshall: Jest sens pytać, czy istnieje prawidłowa (right) logika? I jeśli tak, to czy jest nią logika klasyczna?

Wansing: Myślę, że jest sens pytać, czy istnieje prawidłowa logika, jeśli się to pytanie doprecyzuje. System logiczny wymaga języka, a istnieją różne rodzaje języków z różnymi słownikami logicznymi. Logika klasyczna w swoim standardowym języku z pewnością nie jest jedyną poprawną logiką – zwyczajnie dlatego, że jej dość ekspresywny słownik logiczny nie jest wystarczająco ekspresywny. Można się zastanawiać, czy istnieje obejmujący wszystko słownik logiczny, ale że łatwo jest uczynić swój słownik logiczny niesamowicie skomplikowanym, przynajmniej z praktycznych powodów jest sens pracować z ograniczonym słownikiem, dopasowanym do konkretnych zastosowań. Jeśli ktoś nie zamierza rozmawiać o konieczności, to nie ma potrzeby używać modalnego operatora konieczności mówiącego „jest konieczne, że”. Ale załóżmy, że ktoś ustalił swój słownik logiczny i chce rozumować, dajmy na to, o konieczności. Wtedy ten ktoś szybko zorientuje się, że są różne rodzaje konieczności: np. konieczność logiczna, konieczność fizyczna, czy nawet konieczność metafizyczna. Oczywiście w danym języku można używać różnych operatorów modalnych reprezentujących różne rodzaje konieczności. Czy istnieje poprawna logika konieczności logicznej, czy nie, jest jasne, że logika modalna zwana „S5” oddaje pojęcie konieczności logicznej znacznie trafniej niż inne systemy logiki modalnej. A zatem powiedziałbym, że jest sens pytać, czy dana logika jest właściwa dla określonych zastosowań, a próby odpowiedzi na to pytanie mogą prowadzić do ciekawych wniosków. Jasne na przykład wydaje się, że klasyczna logika nie jest właściwą logiką przetwarzania informacji, ani właściwą logiką dla rozumowania konstruktywnego. Jasne jest, że logika parakonsystentna taka jak FDE [first degree entailment] jest dużo lepiej dostosowana do rozumowania o informacji od logiki klasycznej, a konstruktywna logika parakonsystentna Nelsona jest dużo lepiej dostosowana do rozumowania konstruktywnego od FDE.

Na ile powyższe ma sens zależy oczywiście od tego, jakie mamy wyobrażenie o relacjach w trójkącie system formalny – język naturalny – rzeczywistość. Ja sam nie znam się za dobrze ani na logikach nieklasycznych, ani na filozofii języka, ani na metafizyce, więc nie mam sprecyzowanych poglądów w tej kwestii. Wydaje mi się jednak, że jakiekolwiek sensowne wyobrażenie o tych relacjach będzie musiało prowadzić do wniosku, że nie ma czegoś takiego, jak jedynie słuszna logika.


sobota, 6 stycznia 2018

Pożytki z reformacji

M. Luther: Wider die Mordischen und Reubischen Rotten der Bawren, Wittenberg 1525.

W październiku umknęła mi jakoś rocznica 500 lat reformacji. Dotarło to mnie dopiero teraz, kiedy posłanka PiS-u dzielnie zablokowała uchwałę mającą upamiętnić rocznicę. Posłanka doczekała się pochwał ze strony szeregu komentatorów, od których można było usłyszeć, że „katolicy nie mają czego świętować”, „rozłam w Kościele to nie powód do świętowania”, albo „jak można świętować wydarzenie, które zaowocowało wszystkimi tymi wojnami i całą tą przemocą” (w myśl starej zasady, że jak oni nas mordowali, to ich wina, a jak my ich mordowaliśmy, to też ich wina). Ja uważam, że jednak jest co świętować – nawet jeśli się nie jest protestantem i nawet jeśli się nie jest chrześcijaninem. Pomyślałem więc, że wytłumaczę dlaczego.
Pochodzę z regionu, który nazywany jest czasem bastionem luteranizmu w Polsce i na podstawie własnych doświadczeń z członkami obu kościołów (tzn. katolickiego i ewangelicko-augsburskiego) mogę powiedzieć, że ten drugi wydaje się mieć wszelkie możliwe cechy mniejszego zła.
Główny zarzut znanych mi luteran pod adresem katolików jest taki, że katolicyzm to taka trochę hybryda pogańsko-chrześcijańska, z całą jego magią, zaklęciami, gusłami, amuletami, czarownikami i kiepsko ukrywanym politeizmem. Generalnie się zgadzam, ale nie uważam, że to akurat stanowi zasadniczą przewagę jednego wyznania nad drugim (z mojego punktu widzenia kiedy się irracjonalnie wierzy, że Chrystus umarł dla naszego zbawienia, to dodatkowe irracjonalne przekonania – np. że spojrzenie zdjęcia Jana Pawła II w gazecie cudownie wyleczyło tętniaka mózgu, czy że demona wegetarianizmu można wypędzić salcesonem – nie robią wielkiej różnicy). Dla mnie istotniejsze mniej chore podejście luteran do etyki seksualnej (mniej chore nie znaczy oczywiście, że zdrowe), albo to, że mają bardziej demokratyczną strukturę, przez co mniej jest u nich patologii nierozerwalnie związanych z autorytaryzmem (myślę np., że instytucjonalna ochrona pedofilów byłaby tam dużo trudniejsza). Czy nawet to, że lepiej śpiewają.
Oczywiście zdaję sobie sprawę, że ewangelicyzm augsburski to tylko jedna z milijona wersji protestantyzmu i że są wersje, przy których katolicyzm jawi się jako ostoja racjonalności i przyzwoitości. Te nie są jednak w Polsce licznie reprezentowane, dlatego można powiedzieć, że dzięki Lutrowi mamy w Polsce obok katolicyzmu chrześcijaństwo z trochę bardziej ludzką twarzą, co już jest jakimś powodem do świętowania. Nie jest to jednak mój główny powód.
Główny powód jest taki: wystąpienie Lutra było w pewnym sensie źródłem wyznawanych przez nas wszystkich – bez względu na religię czy przekonania polityczne – wartości. I choć stało się to raczej wbrew woli samego Lutra, to źródło pozostaje źródłem. Postaram się wyjaśnić, o co mi chodzi, na historycznym przykładzie.
Kiedy w 1524 zainspirowani wystąpieniem Lutra niemieccy chłopi rozpoczęli antyfeudalne powstanie – argumentując, że w Piśmie Świętym nie ma nic, co usprawiedliwiałoby ich położenie – Luter stwierdził, że reformacja reformacją, ale nie pora teraz na spory o płatne odpusty czy rolę łaski w zbawieniu, bo najważniejsze jest załatwienie sprawy tej wolnościowej herezji. Z błogosławieństwem Lutra powstał więc katolicko-protestancki sojusz panów feudalnych przeciwko antyfeudalnemu protestantyzmowi. Tymi słowy Luter zagrzewał jaśnie panów do boju (moje tłumaczenie – zdaje się, że polski przekład tego tekstu w ogóle nie istnieje):



Chłopi przyjęli na siebie ciężar trzech straszliwych grzechów przeciwko Bogu i człowiekowi, którymi po wielokroć zasłużyli sobie na śmierć cielesną i duchową. Po pierwsze, przysięgali być wierni i oddani, podporządkowani i posłuszni swoim władcom, tak jak nakazuje Chrystus, kiedy mówi „Oddawajcie więc, co jest cesarskiego, cesarzowi” i jak jest powiedziane w Liście do Rzymian, XIII: „Każdy człowiek niech się poddaje władzom zwierzchnim”.


A zatem niech każdy, kto tylko może, wali w nich, dusi ich i dźga, potajemnie lub otwarcie, pamiętając, że nie ma nic bardziej trucicielskiego, szkodliwego i diabelskiego niż buntownik. To tak samo, jak kiedy trzeba zabić wściekłego psa: albo ty jego, albo on ciebie, a razem z tobą całą okolicę.


Zasłaniają ewangelią swój ohydny i potworny grzech, nazywają się „braćmi chrześcijańskimi”, przyjmują przysięgi i hołdy, skłaniają ludzi do trwania z nimi w tym plugastwie. Stali się największymi z bluźnierców przeciwko Bogu i oszczerców Jego Świętego Imienia. Służąc diabłu pod przykryciem ewangelii zasłużyli sobie na śmierć duchową i cielesną po dziesięciokroć. Nigdy nie słyszałem o bardziej odrażającym grzechu.


Nie pomaga to chłopom, kiedy twierdzą, że według Księgi Rodzaju I i II wszystkie rzeczy zostały stworzone wolnymi i wspólnymi, i że wszyscy tak samo zostaliśmy ochrzczeni. (…) Albowiem chrzest nie czyni człowieka wolnym pod względem ciała i własności, ale tylko pod względem duszy. Ewangelia natomiast nie czyni dóbr wspólnymi. (...)


A zatem każdy pan i władca musi pamiętać, że w tej sytuacji jest Bożym namiestnikiem i sługą Jego gniewu (List do Rzymian, XIII), któremu powierzono miecz, by go używał wobec swoich braci. (…) A zatem nie czas na sen, nie pora na cierpliwość i litość. Nadszedł czas miecza i gniewu, nie czas łaski.


Zatem, moi panowie (…), dźgajcie, siekajcie, duście, kogo się da! Jeśli robiąc to zginiecie – dobrze dla was! Nigdy nie poniesiecie bardziej błogosławionej śmierci, ponieważ umrzecie broniąc Słowa Bożego i przykazania z Listu do Rzymian, XIII, pełniąc miłosierną posługę swoim bliźnim, których chcecie wyrwać z objęć piekła i diabła. (…) Jeśli ktokolwiek uważa, że to zbyt trudne, niech pamięta, że rebelii nie można tolerować i że końca świata należy się spodziewać każdej godziny.






Panowie zdecydowanie wzięli sobie do serca rady Lutra i powstanie skończyło się krwawą łaźnią. A później historia powtarzała się wielokrotnie z innymi ruchami tzw. radykalnej reformacji – mennonitami, kwakrami czy braćmi polskimi (a i wcześniej np. z husytami czy waldensami). Za każdym razem, kiedy ktoś próbował wyprowadzić z Pisma Świętego jakieś sensowne wnioski, chrześcijański mainstream (tak katolicki jak protestancki) odpowiadał więzieniem, torturami, wypędzaniem, konfiskatą majątku czy po prostu mordowaniem, najczęściej w wyjątkowo okrutny sposób. Pisząc „sensowne wnioski” nie mam na myśli niczego kontrowersyjnego – jedynie wartości, które praktycznie wszyscy dzisiaj wyznajemy – jak np. wolność sumienia, wolność słowa, sprzeciw wobec niewolnictwa, feudalnej eksploatacji, zamordyzmu, rasizmu, kolonialnego spustoszenia, często o ludobójczym wymiarze, wszczynania krwawych wojen, dla których jedynym uzasadnieniem było „pan tak zadecydował” czy „pan uznał, że mu się opłaca” itp. Tzw. cywilizacja chrześcijańska przez długie wieki kwitła na glebie idei, które praktycznie wszyscy, od prawa do lewa, zgodnie uznajemy dziś za obrzydliwe. A chrześcijanie, którzy się owym ideom przeciwstawiali, byli wściekle zwalczanym marginesem.

Jakoś jednak wyszło na ich. Czy dlatego, że wnioski, które wyciągali z Pisma Świętego, były słuszne? Szczerze mówiąc, nie wydaje mi się. Tak Stary, jak i Nowy Testament jest niejednolitym zbiorem dość mętnych i często sprzecznych ze sobą wzajemnie tekstów. W dodatku ich autorzy często zupełnie nie byli zainteresowani zajmowaniem stanowiska w sprawach, które później interesowały chrześcijan. Nie sądzę, że rację miał Luter, kiedy pisał, że zgodnie z ewangelią chłop powinien się posłusznie płaszczyć przed feudalnym panem, ale nie sądzę też, że rację miał Müntzer, kiedy twierdził, że zgodnie z ewangelią chłop powinien z feudalizmem walczyć do upadłego. Bo w ogóle nie sądzę, że istnieje coś takiego, jak ewangeliczne stanowisko w tej sprawie. Dla mnie urok reformacji nie polega na tym, że dzięki niej udało się w końcu odkryć prawdziwe znaczenie Słowa Bożego, co zaowocowało bądź co bądź znaczącym postępem moralnym ostatnich 500 lat. Urok reformacji polega, wydaje mi się, na tym, że dzięki niej narodziła się tradycja pewnej intelektualnej samodzielności, która w wielkiej mierze przyczyniła się do tego postępu. Gdyby rozstrzyganie w kwestiach etyki i istoty chrześcijaństwa zostawić papieżowi i jego pachołkom, to obawiam się, że wiele by się nie zmieniło. I za to należy się Lutrowi pomnik, choć on sam pewnie przerwaca się w grobie widząc, do czego doprowadził.