Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ateizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ateizm. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 19 sierpnia 2019

Moralność bez Boga



Czy moralność bez Boga jest możliwa? Jak trafnie zauważa filozof David Brink, hasło „moralność bez Boga” może oznaczać bardzo różne rzeczy (to i następne tłumaczenia moje, pogrubienia też):
Żeby ustalić, czy moralność wymaga religijnego fundamentu, musimy rozróżnić trzy różne role, jakie Bóg może odgrywać w tej kwestii. Po pierwsze, Bóg może odgrywać rolę metafizyczną, jeśli istnienie i natura wymogów moralnych zależy od jego istnienia i woli. Według jednego stanowiska tego typu, stosunek Boga do danego rodzaju postępowania czyni to postępowanie dobrym lub złym, słusznym lub niesłusznym. Po drugie, nawet jeśli Bóg nie odgrywa roli metafizycznej, może odgrywać rolę epistemologiczną – kiedy dostarcza nam niezbędnego źródła wiedzy o tym, co jest moralnie cenne. Nawet jeśli wola Boża nie sprawia, że coś jest dobre lub złe, to nadal może w wiarygodny sposób wskazywać, że coś jest dobre lub złe. Po trzecie, Bóg może grać w etyce rolę motywacyjną – jeśli dostarcza nam powodu czy bodźca koniecznego do bycia moralnym. Według powszechnego przekonania, jeśli uznajemy tylko doczesne zyski i straty płynące ze szlachetnego postępowania, to nie możemy pokazać, że bycie moralnym zawsze się opłaca. Jeśli jednak Bóg nagradza za szlachetność i karze za występność po śmierci, wtedy zyskujemy pragmatyczną motywację moralną.
Wszystkie te trzy tezy mają bogatą historię i wszystkie trzy mają się dobrze do dzisiaj. Tezy metafizycznej broni na przykład współczesny filozof William Lane Craig, kiedy pisze, że „bez Boga moralność jest tylko ludzką konwencją, co oznacza, że jest całkowicie subiektywna i niewiążąca.” Według Craiga niewierzący wcale nie muszą się zachowywać gorzej niż wierzący – nie zmienia to jednak faktu, że jeśli Boga nie ma, to nic tak naprawdę nie jest etyczne ani nieetyczne.
Tezę epistemologiczną wyznają wszyscy ci, którzy twierdzą, że rozróżnianie dobra i zła jest możliwe dzięki Bożemu objawieniu. Często można na przykład usłyszeć, że gdyby nie Dekalog, to nie wiedzielibyśmy, jak postępować. Mniej popularnej wersji tej tezy bronił natomiast Francis Hutcheson, kiedy pisał, że Stwórca wyposażył nas w specjalny „zmysł moralny”, byśmy mogli odróżniać dobro od zła – tak jak wyposażył nas w zmysł smaku, byśmy mogli odróżniać słodkie od słonego.
Jeśli chodzi o tezę motywacyjną, to dobrym przykładem może być słynny List o tolerancji Johna Locke’a z 1689. Locke pisze w nim, że nie ma sensu prześladować ludzi za ich przekonania religijne, nawet jeśli mamy pewność, że są to błędne przekonania. Każda tolerancja ma jednak swoje granice – według Locke’a są dwie grupy, których tolerować nie wolno, mianowicie katolicy i ateiści. Katolików nie możemy tolerować, bo nie są w stanie być lojalni wobec własnego państwa, a ateistów, bo ich obietnice i przysięgi są nic niewarte. Jak niby ateista, pyta Locke, ma się przejmować własnymi obietnicami, skoro nie wierzy w nikogo, kto go po śmierci ukarze za ich niespełnienie? Z ateistą zatem, podobnie jak z katolikiem, nie da się żyć w jednym społeczeństwie.
Myślę, że wszystkie te trzy tezy są całkowicie błędne. Ale żeby pokazać, że są błędne, trzeba zdać sobie sprawę z tego, że to trzy różne, logicznie niezależne od siebie twierdzenia – a zatem obalenie jednego nie spowoduje, że którekolwiek z pozostałych zostanie naruszone.
Mają z tym wyraźny problem pop-ateiści z Richardem Dawkinsem na czele. Na przykład podczas tego wykładu pewien teista prosi Dawkinsa, by ten odniósł się do tezy metafizycznej (od 5:05) – i robi to w sposób tak jasny, że naprawdę trudno mieć jakiekolwiek wątpliwości. Dawkins jednak nie rozumie (albo udaje, że nie rozumie?) i w odpowiedzi odnosi się wyłącznie do tezy motywacyjnej. Po czym następuje oczywiście burza oklasków.
Twórczość Dawkinsa jest pełna takich prostych nieporozumień, o wielu z nich pisałem tu wcześniej.* Dlatego jeśli ktoś chce się dowiedzieć, co jest nie tak z popularnymi argumentami osób religijnych, to Dawkins jest jedną z ostatnich rzeczy, po które ten ktoś powinien sięgać. Po co sięgać w takim razie? Jak tu kiedyś wspominałem, jeśli chodzi o książki przystępne i zrozumiałe dla początkujących, to jest z tym trochę problem – akademiccy filozofowie religii najczęściej nie są zainteresowani pisaniem tego typu rzeczy. Ale na przykład The Cambridge Companion to Atheism pod redakcją Michaela Martina, z którego pochodzi cytowany wyżej artykuł Brinka, jest na pewno godny polecenia.



* Oto lista:

„Nie da się udowodnić nieistnienia.” (część pierwsza i druga)
„Argumenty teistów to tylko łatanie Bogiem dziur w naukowym rozumieniu świata.” (część pierwsza, druga i trzecia)
„Nauka tłumaczy, dlaczego istnieje raczej coś niż nic.” (część pierwsza i druga)


sobota, 6 stycznia 2018

Pożytki z reformacji

M. Luther: Wider die Mordischen und Reubischen Rotten der Bawren, Wittenberg 1525.

W październiku umknęła mi jakoś rocznica 500 lat reformacji. Dotarło to mnie dopiero teraz, kiedy posłanka PiS-u dzielnie zablokowała uchwałę mającą upamiętnić rocznicę. Posłanka doczekała się pochwał ze strony szeregu komentatorów, od których można było usłyszeć, że „katolicy nie mają czego świętować”, „rozłam w Kościele to nie powód do świętowania”, albo „jak można świętować wydarzenie, które zaowocowało wszystkimi tymi wojnami i całą tą przemocą” (w myśl starej zasady, że jak oni nas mordowali, to ich wina, a jak my ich mordowaliśmy, to też ich wina). Ja uważam, że jednak jest co świętować – nawet jeśli się nie jest protestantem i nawet jeśli się nie jest chrześcijaninem. Pomyślałem więc, że wytłumaczę dlaczego.
Pochodzę z regionu, który nazywany jest czasem bastionem luteranizmu w Polsce i na podstawie własnych doświadczeń z członkami obu kościołów (tzn. katolickiego i ewangelicko-augsburskiego) mogę powiedzieć, że ten drugi wydaje się mieć wszelkie możliwe cechy mniejszego zła.
Główny zarzut znanych mi luteran pod adresem katolików jest taki, że katolicyzm to taka trochę hybryda pogańsko-chrześcijańska, z całą jego magią, zaklęciami, gusłami, amuletami, czarownikami i kiepsko ukrywanym politeizmem. Generalnie się zgadzam, ale nie uważam, że to akurat stanowi zasadniczą przewagę jednego wyznania nad drugim (z mojego punktu widzenia kiedy się irracjonalnie wierzy, że Chrystus umarł dla naszego zbawienia, to dodatkowe irracjonalne przekonania – np. że spojrzenie zdjęcia Jana Pawła II w gazecie cudownie wyleczyło tętniaka mózgu, czy że demona wegetarianizmu można wypędzić salcesonem – nie robią wielkiej różnicy). Dla mnie istotniejsze mniej chore podejście luteran do etyki seksualnej (mniej chore nie znaczy oczywiście, że zdrowe), albo to, że mają bardziej demokratyczną strukturę, przez co mniej jest u nich patologii nierozerwalnie związanych z autorytaryzmem (myślę np., że instytucjonalna ochrona pedofilów byłaby tam dużo trudniejsza). Czy nawet to, że lepiej śpiewają.
Oczywiście zdaję sobie sprawę, że ewangelicyzm augsburski to tylko jedna z milijona wersji protestantyzmu i że są wersje, przy których katolicyzm jawi się jako ostoja racjonalności i przyzwoitości. Te nie są jednak w Polsce licznie reprezentowane, dlatego można powiedzieć, że dzięki Lutrowi mamy w Polsce obok katolicyzmu chrześcijaństwo z trochę bardziej ludzką twarzą, co już jest jakimś powodem do świętowania. Nie jest to jednak mój główny powód.
Główny powód jest taki: wystąpienie Lutra było w pewnym sensie źródłem wyznawanych przez nas wszystkich – bez względu na religię czy przekonania polityczne – wartości. I choć stało się to raczej wbrew woli samego Lutra, to źródło pozostaje źródłem. Postaram się wyjaśnić, o co mi chodzi, na historycznym przykładzie.
Kiedy w 1524 zainspirowani wystąpieniem Lutra niemieccy chłopi rozpoczęli antyfeudalne powstanie – argumentując, że w Piśmie Świętym nie ma nic, co usprawiedliwiałoby ich położenie – Luter stwierdził, że reformacja reformacją, ale nie pora teraz na spory o płatne odpusty czy rolę łaski w zbawieniu, bo najważniejsze jest załatwienie sprawy tej wolnościowej herezji. Z błogosławieństwem Lutra powstał więc katolicko-protestancki sojusz panów feudalnych przeciwko antyfeudalnemu protestantyzmowi. Tymi słowy Luter zagrzewał jaśnie panów do boju (moje tłumaczenie – zdaje się, że polski przekład tego tekstu w ogóle nie istnieje):



Chłopi przyjęli na siebie ciężar trzech straszliwych grzechów przeciwko Bogu i człowiekowi, którymi po wielokroć zasłużyli sobie na śmierć cielesną i duchową. Po pierwsze, przysięgali być wierni i oddani, podporządkowani i posłuszni swoim władcom, tak jak nakazuje Chrystus, kiedy mówi „Oddawajcie więc, co jest cesarskiego, cesarzowi” i jak jest powiedziane w Liście do Rzymian, XIII: „Każdy człowiek niech się poddaje władzom zwierzchnim”.


A zatem niech każdy, kto tylko może, wali w nich, dusi ich i dźga, potajemnie lub otwarcie, pamiętając, że nie ma nic bardziej trucicielskiego, szkodliwego i diabelskiego niż buntownik. To tak samo, jak kiedy trzeba zabić wściekłego psa: albo ty jego, albo on ciebie, a razem z tobą całą okolicę.


Zasłaniają ewangelią swój ohydny i potworny grzech, nazywają się „braćmi chrześcijańskimi”, przyjmują przysięgi i hołdy, skłaniają ludzi do trwania z nimi w tym plugastwie. Stali się największymi z bluźnierców przeciwko Bogu i oszczerców Jego Świętego Imienia. Służąc diabłu pod przykryciem ewangelii zasłużyli sobie na śmierć duchową i cielesną po dziesięciokroć. Nigdy nie słyszałem o bardziej odrażającym grzechu.


Nie pomaga to chłopom, kiedy twierdzą, że według Księgi Rodzaju I i II wszystkie rzeczy zostały stworzone wolnymi i wspólnymi, i że wszyscy tak samo zostaliśmy ochrzczeni. (…) Albowiem chrzest nie czyni człowieka wolnym pod względem ciała i własności, ale tylko pod względem duszy. Ewangelia natomiast nie czyni dóbr wspólnymi. (...)


A zatem każdy pan i władca musi pamiętać, że w tej sytuacji jest Bożym namiestnikiem i sługą Jego gniewu (List do Rzymian, XIII), któremu powierzono miecz, by go używał wobec swoich braci. (…) A zatem nie czas na sen, nie pora na cierpliwość i litość. Nadszedł czas miecza i gniewu, nie czas łaski.


Zatem, moi panowie (…), dźgajcie, siekajcie, duście, kogo się da! Jeśli robiąc to zginiecie – dobrze dla was! Nigdy nie poniesiecie bardziej błogosławionej śmierci, ponieważ umrzecie broniąc Słowa Bożego i przykazania z Listu do Rzymian, XIII, pełniąc miłosierną posługę swoim bliźnim, których chcecie wyrwać z objęć piekła i diabła. (…) Jeśli ktokolwiek uważa, że to zbyt trudne, niech pamięta, że rebelii nie można tolerować i że końca świata należy się spodziewać każdej godziny.






Panowie zdecydowanie wzięli sobie do serca rady Lutra i powstanie skończyło się krwawą łaźnią. A później historia powtarzała się wielokrotnie z innymi ruchami tzw. radykalnej reformacji – mennonitami, kwakrami czy braćmi polskimi (a i wcześniej np. z husytami czy waldensami). Za każdym razem, kiedy ktoś próbował wyprowadzić z Pisma Świętego jakieś sensowne wnioski, chrześcijański mainstream (tak katolicki jak protestancki) odpowiadał więzieniem, torturami, wypędzaniem, konfiskatą majątku czy po prostu mordowaniem, najczęściej w wyjątkowo okrutny sposób. Pisząc „sensowne wnioski” nie mam na myśli niczego kontrowersyjnego – jedynie wartości, które praktycznie wszyscy dzisiaj wyznajemy – jak np. wolność sumienia, wolność słowa, sprzeciw wobec niewolnictwa, feudalnej eksploatacji, zamordyzmu, rasizmu, kolonialnego spustoszenia, często o ludobójczym wymiarze, wszczynania krwawych wojen, dla których jedynym uzasadnieniem było „pan tak zadecydował” czy „pan uznał, że mu się opłaca” itp. Tzw. cywilizacja chrześcijańska przez długie wieki kwitła na glebie idei, które praktycznie wszyscy, od prawa do lewa, zgodnie uznajemy dziś za obrzydliwe. A chrześcijanie, którzy się owym ideom przeciwstawiali, byli wściekle zwalczanym marginesem.

Jakoś jednak wyszło na ich. Czy dlatego, że wnioski, które wyciągali z Pisma Świętego, były słuszne? Szczerze mówiąc, nie wydaje mi się. Tak Stary, jak i Nowy Testament jest niejednolitym zbiorem dość mętnych i często sprzecznych ze sobą wzajemnie tekstów. W dodatku ich autorzy często zupełnie nie byli zainteresowani zajmowaniem stanowiska w sprawach, które później interesowały chrześcijan. Nie sądzę, że rację miał Luter, kiedy pisał, że zgodnie z ewangelią chłop powinien się posłusznie płaszczyć przed feudalnym panem, ale nie sądzę też, że rację miał Müntzer, kiedy twierdził, że zgodnie z ewangelią chłop powinien z feudalizmem walczyć do upadłego. Bo w ogóle nie sądzę, że istnieje coś takiego, jak ewangeliczne stanowisko w tej sprawie. Dla mnie urok reformacji nie polega na tym, że dzięki niej udało się w końcu odkryć prawdziwe znaczenie Słowa Bożego, co zaowocowało bądź co bądź znaczącym postępem moralnym ostatnich 500 lat. Urok reformacji polega, wydaje mi się, na tym, że dzięki niej narodziła się tradycja pewnej intelektualnej samodzielności, która w wielkiej mierze przyczyniła się do tego postępu. Gdyby rozstrzyganie w kwestiach etyki i istoty chrześcijaństwa zostawić papieżowi i jego pachołkom, to obawiam się, że wiele by się nie zmieniło. I za to należy się Lutrowi pomnik, choć on sam pewnie przerwaca się w grobie widząc, do czego doprowadził.

piątek, 14 kwietnia 2017

O jednego boga dalej?



Pisząc drugą część tekstu o micie udowadniania nieistnienia, musiałem się znowu zanurzyć w świat internetowego pop-ateizmu. Gdzie zauważyłem, że z mitem tym ściśle związany jest inny mit, który można by nazwać mitem o ateizmie wierzących. Oto jego kanoniczna wersja z „Boga urojonego” Dawkinsa:

Odkryłem, że całkiem dobrą strategią, gdy ktoś pyta mnie, czy jestem ateistą, jest uświadomić mu, że on również jest ateistą, wszak nie wierzy w Zeusa, Apollona, Amona Ra, Mitrę, Baala, Thora, Wotana, Złotego Cielca ani w Latającego Potwora Spaghetti. Ja po prostu poszedłem o jednego Boga dalej.
Podchwycił to m.in. aktor Ricky Gervais (to i wszystkie następne tłumaczenia moje):
Jest około 3000 bogów, z których można wybierać – bogów, w których ludzie wierzyli w historii. Więc w zasadzie negujesz istnienie tylko jednego boga mniej, niż ja. Ty nie wierzysz w 2999 bogów, a ja nie wierzę w jednego więcej.
Mówię im: powiedz mi, dlaczego nie wierzysz w innych bogów – to jest właśnie powód, dla którego ja nie wierzę w twojego.

Czyli ateista może pokonać teistę jego własną bronią zauważając, że teista jako wyznawca religii x nie wierzy w tysiące bogów innych religii, a jego powody, by tych bogów odrzucić, są też zapewne dobrymi powodami, by odrzucić boga religii x. Ostatecznie dowody na to, że np. Jezus jest tym prawdziwym bogiem, wydają się tak samo liche jak dowody na to, że prawdziwym bogiem jest Amon Ra. Jeśli więc teista chce być konsekwentny, to powinien zostać ateistą.
Wszystko ładnie, problem tylko w tym, że ludzie religijni wcale nie odrzucają bogów innych religii w taki sposób. Zrobiłem przegląd tego, co chrześcijanie mówią i piszą o innych religiach – i wynika z niego jednoznacznie, że Dawkins nie ma racji. Teorii jest wiele, ale nie trafiłem na nic, co dałoby się podsumować jako „jesteśmy ateistami wobec bogów innych religii”. Skupiłem się na chrześcijanach, ale wydaje mi się, że z innymi religiami sprawa wygląda podobnie.



To samo odniesienie

W przypadku religii spokrewnionych z chrześcijaństwem (takich jak judaizm, islam, zaratusztrianizm, gnostycyzm czy druzyzm) najczęściej pada stwierdzenie, że religie te czczą tego samego Boga, tylko w niedoskonały sposób go rozumieją. Weźmy np. popularnego protestanckiego teologa Miroslava Volfa, który mówiąc o Bogu muzułmanów nawiązuje, zdaje się, do słynnego rozróżnienia na znaczenie-sens (Sinn) i znaczenie-nominat (Bedeutung):
Nie wszyscy chrześcijanie czczą tego samego Boga i nie wszyscy muzułmanie czczą tego samego Boga. Myślę jednak, że muzułmanie i chrześcijanie, którzy przyjmują normatywne tradycje swojej wiary, odnoszą się do tego samego obiektu, tego samego Bytu, kiedy się modlą, kiedy biorą udział w obrzędach i kiedy mówią o Bogu. Odniesienie jest to samo. Jedynie opis Boga częściowo się różni.
Według Volfa opis chrześcijański jest trafniejszy i tyle. To na pewno nie oznacza, że Allah nie istnieje.



Promień Prawdy

To może przynajmniej chrześcijanie są ateistami w stosunku do bogów religii mocno różniących się od chrześcijaństwa, takich jak hinduizm? Też niespecjalnie. Weźmy Nostra aetate, deklarację Soboru Watykańskiego II o religiach innych niż chrześcijańska:
Od pradawnych czasów aż do naszej epoki znajdujemy u różnych narodów jakieś rozpoznanie owej tajemniczej mocy, która obecna jest w biegu spraw świata i wydarzeniach ludzkiego życia; nieraz nawet uznanie Najwyższego Bóstwa lub też Ojca. (...)
Tak więc w hinduizmie ludzie badają i wyrażają boską tajemnicę poprzez niezmierną obfitość mitów i wnikliwe koncepcje filozoficzne, a wyzwolenia z udręk naszego losu szukają albo w różnych formach życia ascetycznego, albo w głębokiej medytacji, albo w uciekaniu się do Boga z miłością i ufnością.
(...)
Kościół katolicki nic nie odrzuca z tego, co w religiach owych prawdziwe jest i święte. Ze szczerym szacunkiem odnosi się do owych sposobów działania i życia, do owych nakazów i doktryn, które chociaż w wielu wypadkach różnią się od zasad przez niego wyznawanych i głoszonych, nierzadko jednak odbijają promień owej Prawdy, która oświeca wszystkich ludzi.

Z deklaracji nie wynika oczywiście, że hinduiści czczą tego samego boga co chrześcijanie, ale na pewno nie można też powiedzieć, że według Kościoła bogowie hinduizmu to fikcja literacka od a do z.


Kult Szatana

Poza podejściem „inne religie rozumieją Boga w niedoskonały sposób” istnieje też podejście „inne religie czczą Szatana”. Dobrym przykładem będzie Pat Robertson, popularny amerykański pastor, komentator polityczny i magnat medialny, który przy okazji trzęsienia ziemi na Haiti w 2010 wyjawił, że owo trzęsienie to kara boża za oddawanie czci Szatanowi w ramach vodou:

[Haitańczycy] żyli pod francuskim butem. Wiesz, Napoleon Trzeci, czy który tam. Więc zebrali się i zawarli pakt z Diabłem. Powiedzieli mu: będziemy ci służyć, jeśli nas uwolnisz od Francuzów. Tak było! Więc Diabeł powiedział: dobra, umowa stoi. No i wywalili tych Francuzów. Widzisz, Haitańczycy zbuntowali się i wyzwolili. Ale od tego czasu spada na nich jedna plaga za drugą i żyją w strasznej nędzy.

Robertson uczy, że vodou to tak naprawdę kult Szatana występującego pod różnymi postaciami. Szatana, który jak najbardziej istnieje. Nie można więc w żadnym razie powiedzieć, że Robertson jest „ateistą wobec bogów vodou”, jak chciałby Dawkins.

Do wyrzynania walczących o niepodległość i zniesienie niewolnictwa Haitańczyków Napoleon posłał dzielnych Polaków, którzy przywieźli ze sobą kopie obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej. Wizerunek szybko zrobił się popularny, bo skojarzono go z Erzulie Dantor, boginią-mścicielką opiekującą się kobietami, które doświadczyły przemocy domowej (w końcu czarna i ma blizny na twarzy, więc wszystko się zgadza). W ten sposób Matka Boska została wcieleniem Diabła.


Kult demonów

W Polsce nie brakuje nam religioznawców klasy Robertsona. Np. mój ulubiony ksiądz Posacki, tropiciel demonów i znawca UFO, twierdzi o buddyzmie:

Dla katolika niepokojący powinien być też stosunek buddyzmu do złych duchów czy demonów i symbolów zła. Buddyzm zen także posiada swoje doświadczenie tego, co demoniczne, a nawet rozwija swoistą demonologię. W tradycji buddyjskiej występuje rodzaj akceptacji, a nawet kult złych duchów, charakterystyczny dla pogaństwa.

Buddyści i poganie czczą więc złe duchy, które zdaniem księdza Posackiego istnieją tak samo, jak istnieje Bóg Trójjedyny.


Wszyscy mają rację

Na jednym biegunie chrześcijańskiego ekumenizmu mamy Robertsonów i Posackich, a na drugim różnych liberałów, pluralistów i inkluzywistów, według których nie da się powiedzieć, że inne religie są mniej prawdziwe, albo że bogowie tych religii są mniej istniejący. Tu dobrym przykładem będzie John Shelby Spong, biskup Kościoła Episkopalnego:
Bóg nie jest chrześcijaninem. Bóg nie jest żydem, muzułmaninem, hinduistą ani buddystą. Wszystko to są ludzkie systemy, które ludzie stworzyli, próbując wejść w tajemnicę boską. Uznaję moją tradycję. Idę poprzez moją tradycję. Nie uważam jednak, że moja tradycja definiuje Boga. Ona tylko kieruje mnie do Boga.
Czy to podejście ma sens? Nie wydaje mi się, co nie zmienia faktu, że są teologowie i filozofowie, którzy bronią różnych jego wersji.


Tak to wygląda. Żadnego ateizmu (ani mocnego, ani słabego) w stosunku do bogów innych religii. Nie twierdzę, że podejście, o którym pisze Dawkins, absolutnie nigdy nie występuje. Nie twierdzę też, że wierzący nie stosują podwójnego standardu do myślenia o wiarygodności własnej religii – wydaje mi się dość oczywiste, że to robią. Jednak odbijanie piłeczki w kierunki teisty i wmawianie mu, że sam jest ateistą „wobec tysięcy bogów” nie ma prawa być skuteczne – bo najczęściej zwyczajnie nim nie jest.

wtorek, 14 marca 2017

Udowadnianie nieistnienia (II)



W pierwszej części pisałem o zasadzie „nie da się udowodnić nieistnienia”, która mimo tego, że jest gwałtem na elementarnej logice, ma się świetnie, zwłaszcza wśród wojujących ateistów internetowych. Za rozpowszechnienie tego nonsensu odpowiada na pewno w dużym stopniu kilka tyleż popularnych, co niezbyt bystrych postaci, takich jak Ayn Rand. Ale dlaczego akurat ten nonsens, a nie jakiś inny? Myślę, że są co najmniej cztery źródła nieporozumienia: zasada domniemania niewinności, problem indukcji, tezy o przewadze afirmacji nad negacją i argument z czajniczka Russella. 


Domniemanie niewinności

Jak wszyscy wiedzą, w sądach obowiązuje zasada domniemania niewinności: to nie oskarżony ma udowodnić, że nie popełnił czynu zabronionego, to oskarżyciel ma udowodnić, że oskarżony ten czyn popełnił. Dopóki oskarżycielowi się to nie uda, oskarżony jest uznawany za niewinnego.
Zdaje się, że niektórzy wysnuli z tego taki niemądry wniosek: nie da się udowodnić, że ktoś czegoś nie zrobił (choć da się udowodnić, że coś zrobił) i tak jak na oskarżycielu w sądzie spoczywa ciężar dowodu, tak spoczywa on na każdym, kto twierdzi, że coś miało miejsce, albo że coś istnieje. I dopóki się nie udowodni, że coś miało miejsce, albo że coś istnieje, to należy przyjąć, że nie miało miejsca, albo że nie istnieje.
Jest to nieporozumienie okrutne. Jak pisałem w komentarzu pod tekstem o ignorancji Dawkinsa, domniemanie niewinności to zasada prawna i przenoszenie jej do epistemologii nie ma najmniejszego sensu. Sąd działa w systemie zerojedynkowym: jeśli kogoś nie można uznać za winnego, to trzeba go uznać za niewinnego. Do tego poprzeczka dla oskarżenia jest zawieszona bardzo wysoko: dowody muszą być bardzo mocne, a wątpliwości rozstrzyga się na korzyść oskarżonego. Często nie udaje się jej przeskoczyć z powodów innych niż czyjaś rzeczywista niewinność.
Januszowi Palikotowi nie udowodniono nielegalnego finansowania kampanii wyborczej, ale czy to oznacza, że wszystko było z tym finansowaniem było w porządku? Czy racjonalna osoba ma przyjąć, że kilkudziesięciu studentów i emerytów nagle znalazło wolne kilkanaście lub kilkadziesiąt tysięcy i postanowiło je wpłacić na kampanię milionera, bo akurat nie miało lepszego pomysłu, co z tym szmalcem zrobić? Takich przykładów jest przecież milijon.
Poza tym nie da się nawet powiedzieć, że w sądach obowiązuje zasada, że nie udowadnia się, że ktoś czegoś nie zrobił – ani nawet że ktoś nie zrobił czegoś, co było zabronione. Obrona oskarżonego bardzo często polega właśnie na udowadnianiu, że się czegoś zabronionego nie zrobiło. Domniemanie niewinności to tylko stwierdzenie, że w przypadku braku dowodów za lub przeciw zostanie się uniewinnionym. Nie wynika z tego w żaden sposób, że coś się da, albo że czegoś się nie da.


Problem indukcji

W wielu podręcznikach problem indukcji często wprowadza się za pomocą przykładu albo z białymi łabędziami, albo z czarnymi krukami: jeśli wszystkie dotychczas zaobserwowane kruki były czarne, to czy możemy przyjąć, że wszystkie kruki czarne?
Ktoś to gdzieś usłyszał i najwidoczniej dalej rozumował w ten sposób: dopóki ktoś nie zaobserwuje nieczarnego kruka, to należy uznać, że wszystkie kruki są czarne. Czyli jeśli białe kruki istnieją, to można udowodnić, że istnieją – mianowicie udowodnić przez obserwację. Ale jeśli nie istnieją, to nie da się udowodnić, że nie istnieją, prawda? Bo nie da się udowodnić, że coś nie istnieje, prawda?
Otóż nieprawda. Istnieje mnóstwo teorii na temat tego, jak dokładnie działa indukcja i jak odróżnić mocne argumenty indukcyjne od słabych, ale z żadna z tych teorii nie zakłada, że nie da się udowodnić nieistnienia. W wielu wypadkach z tego, że wszystkie zaobserwowane x są y wynika, że twierdzenie „wszystkie x są y” jest bardziej prawdopodobne niż nieprawdopodobne, ale w żaden sposób nie oznacza to, że „nie da się udowodnić nieistnienia takich x, które nie są y”, a już tym bardziej, że w ogóle nie da się udowodnić nieistnienia czegokolwiek.


Przewaga afirmacji nad negacją

W języku naturalnym istnieje niewątpliwie coś w rodzaju nierównowagi między zdaniami, które mówią, że coś jest, a zdaniami, które mówią, że czegoś nie ma. Różni dawni filozofowie różnie tę nierównowagę tłumaczyli. Arystoteles np. pisze w Metafizyce, że ktoś, kto „zna rzecz pod względem istnienia” (τῷ εἶναι γνωρίζει τὸ πρᾶγμα) wie więcej niż ktoś, kto zna rzecz pod względem nieistnienia. Tomasz z Akwinu w komentarzach do Arystotelesa pisze, że negacja jest wtórna wobec afirmacji, ponieważ afirmacja „jest prostsza”, „oznacza złożenie, a nie dzielenie” i ponieważ „posiadanie czegoś ma naturalne pierwszeństwo nad pozbawianiem czegoś”.
Nie da się zaprzeczyć, że relacja między afirmacją i negacją jest jakoś tam asymetryczna (np. morfosyntaktycznie), ale na czym by ta asymetria dokładnie nie polegała, na pewno nie polega ona na tym, że jedne twierdzenia da się udowadniać, a drugich się nie da – a to z powodu, o którym pisałem w poprzedniej części: każde twierdzenie pozytywne ma swój negatywny logiczny ekwiwalent (czyli coś z takimi samymi warunkami prawdziwości) i każde twierdzenie negatywne ma swój pozytywny logiczny ekwiwalent.


Czajniczek Russella

Kiedy ktoś wspomina o tym, jak to nie można dowieść nieistnienia, można się spodziewać, że za chwilę padnie argument z czajniczka Russella. Argument wygląda następująco: nie można udowodnić, że nie istnieje porcelanowy czajniczek krążący wokół Ziemi, a jednak wszyscy przyjmujemy, że czajniczek nie istnieje. Należy więc też przyjąć, że Bóg nie istnieje, chociaż nie da się tego udowodnić. Wystarczy, że nie ma dowodów na istnienie Boga – tak samo jak nie ma dowodów na istnienie czajniczka.
Jest to, jak pisałem w osobnym tekście, kolejne nieporozumienie: jeśli przyjmujemy, że czajniczek nie istnieje, to nie dlatego, że nie ma dowodów na istnienie czajniczka, tylko dlatego, że są dowody na nieistnienie czajniczka. Błąd czajniczkowy jest wyraźne związany z błędem nieistnieniowym: wygląda na to, że dla wielu osób nie da się udowodnić nieistnienia czajniczka, bo najwyraźniej w ogóle nieistnienia czegokolwiek nie da się udowodnić, a czajniczek jest tylko przykładem.


Wydaje mi się, że te cztery błędy nałożyły się na siebie, wzajemnie się uwiarygodniły i tak urodził się nasz potwór. Potwór, który pozostanie świadectwem intelektualnej nędzy współczesnego „racjonalizmu”. Co gorsza, to tylko jeden z przykładów, jest tego dużo więcej.
Trochę mnie to wszystko smuci, bo sam jestem ateistą i nie mogę zupełnie spokojnie patrzeć, jak siostry i bracia w niewierze robią z siebie idiotów posługując się tymi argumentami. Myślę, że bardzo by się nam przydał ktoś, kto łączyłby znajomość choćby podstaw epistemologii, logiki, metodologii nauk i filozofii religii z retorycznym talentem Hitchensa czy popularyzatorskim talentem Dawkinsa. Wszystkich krytyków teizmu, jakich znam, mógłbym podzielić na filozoficznych dyletantów piszących większe lub mniejsze bzdury w atrakcyjny sposób (Dawkins, Hitchens, Shermer, Krauss, Coyne) i fachowców przedstawiających porządne argumenty w nieprzystępny sposób (Sobel, Grim, Oppy, Martin, Schellenberg, Smith, Draper). Między obiema grupami jest jakaś dziwna przepaść – ktoś mógłby w końcu zacząć ją zasypywać.

wtorek, 19 lipca 2016

Udowadnianie nieistnienia (I)


„Nie można udowodnić nieistnienia. To logika.” – napisał jeden z komentujących pod ostatnim wpisie o Dawkinsie. Za każdym razem, kiedy to słyszę, zastanawiam się: jak coś tak pomylonego mogło się aż tak rozpowszechnić? Żeby się przekonać, że to bzdura nie trzeba wiedzieć niczego o epistemologii, ontologii czy logice – wystarczy kilka zdroworozsądkowych przykładów pokazujących, że często udowadnianie nieistnienia polega na tym samym, co udowadnianie istnienia.
Można udowodnić, że istnieje liczba pierwsza większa od 79 i mniejsza od 87, ale nie można już udowodnić, że nie istnieje liczba pierwsza większa od 89 i mniejsza od 97? Można udowodnić, że istnieje piłkarz Cracovii z senegalskim obywatelstwem, ale nie można udowodnić, że nie istnieje piłkarz Cracovii z norweskim obywatelstwem? Można udowodnić, że istnieje banknot stuzłotowy, ale nie można udowodnić, że nie istnieje banknot trzystuzłotowy? Naprawdę?
Funkcjonuje też trochę inna wersja tej zasady, jeszcze powszechniejsza i chyba jeszcze bardziej absurdalna: „Nie można udowodnić twierdzenia negatywnego” („You can't prove a negative”). Obie wersje namiętnie propagują gwiazdy środowiska ateistyczno-sceptyczno-racjonalistycznego:
Dawkins („OK, nie można udowodnić twierdzenia negatywnego – co z tego? Istnieje nieskończona liczba twierdzeń negatywnych, których nie można udowodnić i nie ma sensu próbować”), Michael Shermer („Mocny ateizm to twierdzenie, że Bóg nie istnieje, co nie jest rozsądnym stanowiskiem – nie da się udowodnić twierdzenia negatywnego”) czy James Randi („Nie można wymagać, żebym udwodnił twierdzenie negatywne – nie jestem w stanie tego zrobić. Nie mogę udowodnić, że telepatia nie istnieje”). A po nich powtarzają to ich niezliczeni akolici, często dodając coś o „elementarnej logice” albo „podstawowych prawach rozumowania”.
Próbowałem znaleźć źródło mitu i najdalej dotarłem do Ayn Rand, mojej ulubionej szarlatan (szarlatanki?) filozoficznej („Nigdy nie można wymagać dowodu twierdzenia negatywnego. To prawo logiki”). Mamy więc „prawo logiki”, o którego istnieniu zapewniają nas Ayn Rand i nastoletni ateiści z youtube'a, ale o którym nie słyszeli logicy.
Nie słyszeli, bo wiedzą, że, po pierwsze, w klasycznej logice każde twierdzenie pozytywne jest jednocześnie twierdzeniem negatywnym (p ≡ ¬¬p). Czyli jeśli nie da się udowodnić twierdzenia negatywnego, to pozytywnego też się nie da. Po drugie, każdą negację kwantyfikatora egzystencjalnego można zastąpić kwantyfikatorem ogólnym (¬∃x P(x) ≡ ∀x ¬P(x)). Czyli jeśli nie da się udowodnić, że coś nie istnieje, to nie da się też udowodnić jakiegokolwiek twierdzenia uniwersalnego. Po trzecie, nasze logiczno-epistemologiczne pseudoprawo w obu wersjach w dość oczywisty sposób podkopuje samo siebie: jeśli nie można udowodnić twierdzenia negatywnego, to twierdzenia „nie można udowodnić twierdzenia negatywnego” nie można udowodnić. Jeśli nie istnieje możliwość udowodnienia, że coś nie istnieje, to twierdzenia „Nie istnieje możliwość udowodnienia, że coś nie istnieje” nie da się udowodnić. A skoro nie można, to dlaczego właściwie mamy je uważać za prawdziwe?
Nie tłumaczyłbym jednak całego tego nieporozumienia wyłącznie intelektualną kondycją postaci w rodzaju Dawkinsa czy Ayn Rand. Wydaje mi się, że nałożyły się tu na siebie co najmniej cztery kwestie: zasada domniemania niewinności, problem indukcji, filozoficzne twierdzenia o asymetrii między pozytywnym a negatywnym i w końcu nieszczęsny czajniczek Russella, ale o tym więcej dopiero w następnej części. 

poniedziałek, 29 lutego 2016

Czy Mahomet poleciał do nieba na skrzydlatym koniu?



Po ostatnim wpisie na temat biblijnych mądrości kilka osób pytało, dlaczego tak się czepiam tego Dawkinsa. Postram się wyjaśnić na przykładzie. Niedawno Mehdi Hasan (swoją drogą jeden z ciekawszych brytyjskich dziennikarzy) zaprosił Dawkinsa na debatę w Oksfordzie na temat wiary w Boga i domniemanych pożytków z niej płynących. Doszło tam do takiej wymiany zdań:

Dawkins: Jeśli naprawdę wierzysz, że Mahomet poleciał do nieba na skrzydlatym koniu... To przekonanie jest antynaukowe.
Hasan: Być może to nieprawda...
Dawkins: To jest nieprawda.
[śmiech publiczności]
Hasan: Skąd wiesz, że to nieprawda?
Dawkins: Daj spokój. Jesteś człowiekiem XXI wieku...
Hasan: Pytam tylko. Wracamy do mojego wcześniejszego pytania. Racjonalną postawą powinien być agnostycyzm.
Dawkins: Dlaczego akurat tam, do góry?
Hasan: Nie powiedziałem, że akurat tam, do góry. Nie sprecyzowałem miejsca.
Dawkins: Dlaczego akurat skrzydlaty koń miałby być środkiem podróży do nieba? Skoro to nie tam, u góry?
Hasan: Zadałem pytanie. Ty pytałeś o dowód – odpowiedziałem, że nie potrafię tego udowodnić. Ale czy ty potrafisz udowodnić, że tego nie zrobił? Tu rozmowa się kończy.
Dawkins: [parska, przewraca oczami, kręci głową] Czy potrafię udowodnić, że nie poleciał do nieba na skrzydlatym koniu?
[śmiech publiczności]
Hasan: Pytam tylko o twoje kryteria.
Dawkins: Nie, nie potrafię tego udowodnić. Nie potrafię też udowodnić, że nie był to złoty jednorożec.
[śmiech publiczności]
(...)
Dawkins: Fascynuje mnie to, jak szanowany i obyty dziennikarz w XXI wieku może wierzyć, że prorok poleciał do nieba na skrzydlatym koniu.

Koń nazywał się Burak i wyglądał tak.

Hasan zadaje całkiem sensowne pytanie: skąd właściwie wiadomo, że nie poleciał? Skoro nie ma przekonujących dowodów ani za, ani przeciw, to czy nie powinniśmy być agnostykami w tej kwestii? Dawkins nie potrafi odpowiedzieć, więc próbuje a to zmienić temat (“Dlaczego akurat tam, do góry?”), a to zawstydzić Hasana (“Jesteś człowiekiem XXI wieku...”), a to go ośmieszyć robiąc miny i przewracając oczami. Wszystko to triki, o których można przeczytać w podręcznikach logiki praktycznej dla początkujących. Np. D. Q. McInerny w książce Being logical wylicza różne retoryczne ciosy poniżej pasa, m. in. “Śmiech jako taktykę dywersyjną”:

Popełniamy ten błąd, kiedy nie umiemy predstawić uzasadnionej odpowiedzi na argument i próbujemy zrobić unik udając, że nie warto go brać na serio. (…) Doprowadzenie odbiorców do śmiechu może stanowić bardzo skuteczny sposób na odrzucenie argumentu, ale często nie ma to nic wspólnego z jego wartością. (…)
Oczywiście istnieją arguemnty komicznie głupie i tym samym zasługujące na wyśmianie, jednak nawet w ich przypadku lepiej jest podjąć wysiłek wykazania co jest z nimi nie tak niż załatwić sprawę prostą kpiną. (122-3)

Żeby było jasne: całkowicie się zgadzam z Dawkinsem, że historia o Mahomecie na latającym koniu to nieprawda. Problem polega na tym, że Dawkins zupełnie nie potrafi tego uzasadnić. Facet zajmuje się krytyką metafizycznych twierdzeń religii od co najmniej 10 lat, wyrósł przez ten czas na guru ateizmu, a nie potrafi odpowiedzieć na najbardziej elementarne pytanie z tego zakresu.
Żeby na nie porządnie odpowiedzieć, trzeba mieć pewne pojęcie m. in. o filozoficznych argumentach za i przeciw cudom, twierdzeniu Bayesa, nowym ewidencjalizmie, nowym fideizmie, epistemologii reformowanej, teoriach prawdy i historii powstawania hadisów. Tymczasem epistemologia Dawkinsa sprowadza się do powtarzania w kółko, że trzeba mieć uzasadnienie (evidence). Nie wyjaśnia, co rozumie przez uzasadnienie. Nie wyjaśnia, co z problemem uzasadnienia uzasadnienia, uzasadnienia uzasadnienia uzasadnienia itd. Nie wyjaśnia, co z przekonaniami, dla których nie ma żadnego oczywistego uzasadnienia, a jednak opieramy się na nich w praktycznie każdym rozumowaniu (takich jak prawa logiki czy pewne założenia metafizyczne). Nie wyjaśnia, dlaczego właściwą postawą wobec braku uzasadnienia nie powinien być agnostycyzm. Nie wyjaśnia, jaka jest rola nauki w dostarczaniu uzasadnień. Nie wyjaśnia, dlaczego w ogóle powiniśmy ufać nauce.
Te pytania to abc epistemologii, z którym Dawkinsowi wyraźnie nigdy nie chciało się zapoznać. A kiedy wychodzi na jaw, że się nie chciało, to Dawkins ucieka się do tanich retorycznych trików. Jeśli to ma być prorok racjonalizmu i krytycznego myślenia, to nie wiem, pod jakim względem ten racjonalizm ma być bardziej racjonalny od religijnego dogmatyzmu.

środa, 30 grudnia 2015

Najlepsze masakry Pana Boga



Nie jestem wielkim fanem tzw. Nowych Ateistów z Richardem Dawkinsem na czele –  m. in. dlatego, że ich argumenty przeciwko istnieniu Boga wydają mi się nieporadne –  ale za jedno ich lubię: udało im się zwrócić uwagę na to, ile debilnych i amoralnych treści znajduje się w Biblii i jak dziwnie mało o tym wiedzą chrześcijanie.
Wpadła mi ostatnio w ręce książka Steve’a Wellsa, który zadał sobie trud policzenia wszystkich ofiar biblijnego Boga i opisania po kolei wszystkich rzezi, w których brał udział. Licząc tylko fragmenty, gdzie podana jest konkretna liczba ofiar, wychodzi podobno 2 821 364 (z księgami deuterokanonicznymi). Wells bawi się też w szacowanie liczby ofiar przy fragmentach, gdzie konkretna liczba nie jest podana (np. w przypadku siódmej plagi egipskiej liczy 300 tys. zakładając, że na polach przebywało wówczas 10% całej populacji Egiptu, która wynosiła wówczas ok. 3 milionów –  dane na podstawie pracy McEvedy’ego i Jonesa). Tu wychodzi, że Bóg odpowiada za śmierć jakichś 25 milionów ludzi.
Zainspirowało mnie to do stworzenia własnego subiektywnego rankingu najlepszych biblijnych masakr Pana Boga. Postanowiłem ograniczyć się tylko do rzezi, których Bóg dokonuje osobiście (Wells liczy też morderstwa z polecenia Boga, morderstwa w asyście Boga i morderstwa z własnej inicjatywy, które spotkały się z aprobatą Boga). Nie ma więc na liście historii o tym, jak Bóg zatrzymał słońce, żeby Jozue nie musiał mordować po ciemku, ani o tym, jak Samsona „opanował duch Pana” i zabił tysiąc ludzi „szczęką osła jeszcze świeżą”, ani o tym, jak Dawid z Bożą pomocą zamordował dwustu Filistynów, żeby kupić sobie żonę za ich napletki. Mordowanie za pomocą dzikich zwierząt liczę jako mordowanie osobiście. Zwierzęta w Biblii pełnią rolę bezwolnych egzekutorów, podczas gdy ludzie czasami sprzeciwiają się, kiedy Bóg każe im mordować – co zresztą z reguły (czy nawet zawsze?) kończy się tym, że Bóg zabija ich za nieposłuszeństwo.
No dobrze, oto lista, do kolejności nie jestem jakoś bardzo przywiązany.


  1. Bóg zsyła jadowite węże, żeby zabiły Izraelitów za narzekanie, że nie mają co jeść (Lb 21, 6).

Podróż z Egiptu do Kanaan na piechotę powinna zająć góra kilka tygodni. Przewodniczy talent Mojżesza sprawia, że Izraelitom po wyjściu z niewoli egipskiej zajmuje to 40 lat.* Błąkanie się po pustyni zaczyna im się trochę przykryć, tym bardziej, że nie mają jedzenia ani wody, więc stwierdzają, że lepiej już im było w tej niewoli, bo przynajmniej nie byli głodni. Bóg postanawia więc ich zabić za pomocą „węży o jadzie palącym”. Mojżesz biegnie błagać Boga o litość. Okazuje się, że Bóg jest nie tylko miłosierny, ale ma też fantazję, więc zamiast po prostu zatrzymać masakrę, każe Mojżeszowi zrobić miedzianego węża i umieścić na wysokim palu, by ukąszeni (i jeszcze żywi) mogli się uratować spoglądając na niego.


  1. Bóg morduje 14700 ludzi za narzekanie, że dużo ich morduje (Lb 17, 6-15).

Żeby nie było, że wyrywam z kontekstu, krótkie podsumowanie tego, co się działo wcześniej: Korach i jego zwolennicy narzekają na wyniosłość i autorytaryzm Mojżesza oraz twierdzą, że w niewoli egipskiej było dużo lepiej niż na pustyni. Za karę Bóg grzebie ich żywcem razem z żonami i dziećmi. Następnie 250 mężczyzn ofiaruje Bogu kadzidło, ale Bóg pali ich żywcem. Ludzie są średnio zadowoleni z całej sytuacji i winią za nią Mojżesza i Aarona. Co nie jest z ich strony specjalnie rozsądne, bo choć Bóg Starego Testamentu jest dość kapryśną postacią, to w jednym jest bardzo konsekwentny: nie lubi narzekania. Postanawia więc wszystkich zabić. Mojżesz biegnie zapalić kadzidło i błagać o litość, co odnosi skutek, ale dopiero kiedy 14700 osób pada trupem.


  1. Bóg morduje część mieszkańców Ekronu, a na pozostałą część zsyła hemoroidy. (1 Sm 5, 9-12).

Za to, że dostali Arkę Przymierza od mieszkańców Gat, na których Bóg też zesłał hemoroidy. A ci dostali ją wcześniej od mieszkańców Aszdodu, którzy chcieli się jej pozbyć, bo Bóg sami zgadnijcie, co im zrobił. Ostatecznie Filistyni dochodzą do wniosku, że być może to właśnie Bóg zsyła hemoroidy, bo chce, żeby oddać Arkę Izraelitom. Odsyłają więc Arkę do Bet-Szemesz razem ze zmyślnym prezentem pokutnym: pięcioma złotymi hemoroidami, pięcioma złotymi myszami (Bóg zsyłał też myszy) i kilkoma krowami do spalenia w ofierze. Tam Bóg morduje 50070 mieszkańców za zaglądanie do Arki.


  1. Bóg pali żywcem 102 ludzi za to, że chcieli, żeby prorok Eliasz zszedł z pagórka (2 Krl 1, 10-12).

Chodzi o posłańców króla Ochojasza, któremu Bóg ustami Eliasza zapowiedział śmierć za pytanie konkurencyjnego boga o przyszłość. Zapyta ktoś: czym zawinili posłańcy? Po pierwsze, byli posłani przez króla, którego Bóg nie lubił. Po drugie, chyba prosili w mało grzeczny sposób. Ostatecznie inni posłańcy padają przed Eliaszem na kolana, ten godzi się zejść i spotkać z królem, którego następnie Bóg zabija zgodnie z wcześniejszą zapowiedzią.


  1. Bóg zsyła lwy, żeby rozszarpały mieszkańców Samarii za to, że nie wiedzą, w jaki sposób go czcić (2 Krl 17, 25-26).

Król asyryjski posyła więc po kapłana, by nauczył ich właściwego obrzędu. Odnosi to taki skutek, że od tamtej pory czczą oni Boga, ale nie przestają też czcić wielu innych bóstw, palą np. swoje dzieci żywcem na cześć Adrameleka i Anammeleka. Pamiętam, że czytając tę historię po raz pierwszy, pomyślałem sobie w tym miejscu „no dobrze, a teraz jak zwykle kolejna masakra, ale może przynajmniej dzieci ofiarne zostaną uratowane”. A tu nic z tych rzeczy, Bóg z jakiegoś powodu nie decyduje się na następną rzeź, a dzieci są palone „aż do dnia dzisiejszego”.


  1. Bóg zsyła niedźwiedzie, żeby rozszarpały 42 dzieci za to, że śmiały się z łysiny proroka Elizeusza (2 Krl 2, 23-24).

Bóg wyraźnie nie jest zwolennikiem wychowania bezstresowego. Gdyby ktoś się zastanawiał, czy chce dać nam tą historią przykład, Księga Powtórzonego Prawa rozwiewa wątpliwości: syna, który jest nieposłuszny nawet po upomnieniach, należy oddać do ukamienowania (21, 18-21). Nie robiąc tego sprzeciwiamy się Bogu i narażamy na to, że za karę zmusi nas do zjedzenia naszych dzieci (Kpł 26, 29; Pwt 28, 53). Lepiej chyba ukamienować niegrzeczne dziecko, niż musieć je zjeść?


  1. Bóg wybija Amorytów rzucając w nich z nieba wielkimi kamieniami (Joz 10, 10-11).

Księga Jozuego to właściwie jedna masakra za drugą. Zasadniczo morduje sam Jozue na polecenie Boga, ale w tym przypadku Bóg najwidoczniej postanawia się popisać i pokazać, że swoimi kamieniami zabije więcej Amorytów niż armia Jozuego mieczami.


  1. Bóg zabija dziecko Dawida przez siedem dni (2 Sm 12, 15-18).

To właściwie nie masakra, a pojedyncze morderstwo, ale uznałem, że dostanie dziką kartę. Generalnie Bóg bardzo lubi Dawida i pomaga mu w dokonaniu całej serii aktów ludobójstwa, ale w pewnym momencie Dawid podpada Bogu pozbywając się Uriasza, by móc dobrać się do jego żony. Bóg postanawia ukarać swojego ulubieńca doprowadzając do tego, że żony Dawida będą publicznie uprawiały seks z jego współzawodnikiem (w innych tłumaczeniach: sąsiadem) i na dokładkę zabijając Dawidowi dziecko. Pastwi się nad tym dzieckiem przez siedem dni, a w tym czasie Dawid pości, leży na ziemi i błaga o litość. Kiedy dziecko w końcu umiera, Dawid natychmiast odzyskuje dobry humor i tłumaczy, że nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem i hulaj dusza.


  1. Bóg zabija milion Kuszytów, żeby pokazać, jak bardzo lubi Asę, króla Judy (2 Krn 14, 12-13)

Asa „czynił to, co jest dobre i słuszne w oczach Pana”, tzn. demolował świątynie innych bogów i wysiedlał homoseksualistów. Kiedy więc Kuszyci w liczbie miliona zaatakowali Judę, Bóg nie tylko pomógł odeprzeć atak, ale z pomocą Asy zabił wszystkich, co do jednego, i umożliwił wielkie plądrowanie ich miast. Oznacza to największą masakrę w Biblii spośród tych, przy których podana jest konkretna liczba ofiar. Milion Kuszytów to jakieś pięć razy więcej, niż ich wszystkich wówczas istniało.


  1. Bóg morduje całą ludzkość (z wyjątkiem Noego i jego rodziny) za całokształt (Rdz 7, 21-23).

Największa masakra, przy której liczba ofiar nie jest podana, to oczywiście potop. Bóg widzi, że ludzie są zepsuci, zaczyna żałować, że ich stworzył i w końcu postanawia utopić wszystkich z wyjątkiem Noego z rodziną. Po masakrze stwierdza, że ludzie są zepsuci, bo taki już ich urok i że nie ma sensu się na nich denerwować, obiecuje więc nie urządzać więcej masowych mordów. O czym zapomina** już kilka stron dalej mordując wszystkich w Sodomie i Gomorze. Za to, że byli zepsuci.


Żeby było jasne: nie chcę sugerować, że chrześcijanie to zwyrodnialcy albo idioci, skoro wierzą, że właśnie poprzez te historie postanowił objawić się ludzkości wszechmogący, wszechwiedzący i moralnie doskonały Bóg. Jak wspomniałem, większość zwyczajnie nie zna tych treści, a tylko mała grupka próbuje je jakoś usprawiedliwiać. Jedni biorą je dosłownie – i wtedy brzmią zazwyczaj jak jacyś staliniści tłumaczący, że okoliczności były wyjątkowe, a ukochany przywódca na pewno miał dobre powody, których być może nie jesteśmy w stanie do końca zrozumieć. Inni twierdzą, że to jakieś metafory, w których jest zawarte coś bardzo mądrego i głębokiego – co najczęściej brzmi rozpaczliwie, delikatnie mówiąc. Jest jeszcze jedno wytłumaczenie: treść Biblii jest odzwierciedleniem prymitywizmu, okrucieństwa i ciemnoty społeczeństw, które ją wyprodukowały, a żadna moralnie doskonała, nadprzyrodzona istota nie miała z tym nic wspólnego. Ale to pewnie byłoby zbyt proste.


* Trochę niesprawiedliwie zwaliłem winę na nieudolność Mojżesza, na co pomógł mi zwrócić uwagę komentator o wymownym nicku Prawda. W rzeczywistości to Bóg skazuje Izraelitów na 40 lat na pustyni, bo wyrażają wątpliwości co do tego, czy uda im się wybić mieszkańców Ziemi Obiecanej i zaczynają myśleć o powrocie do Egiptu. Początkowo Bóg postanawia wymordować wszystkich Izraelitów i znaleźć sobie inny naród wybrany, ale Mojżesz zwraca mu uwagę, że jeśli to zrobi, to inne ludy będą go miały za nieudacznika, Bóg postanawia więc złagodzić karę.

**Inny komentator zwraca uwagę, że różnie można ten fragment czytać: Bogu może chodzić o to, że nie ześle już więcej potopu (ale inne kataklizmy – czemu nie), może też mu chodzić o to, że nie będzie więcej mordował jednorazowo całej ludzkości (ale pojedyncze miasta czy ludy – czemu nie).

sobota, 3 października 2015

Problemy z naturalizmem


Niedawno pisałem tu złe rzeczy o Timothym Williamsonie, ale nie należy z tego wyciągać wniosku, że go generalnie nie lubię. Spodobała mi się ostatnio na przykład jego polemika na temat naturalizmu z Alexem Rosenbergiem w książce Philosophical Methodology: The Armchair or the Laboratory? pod redakcją M. C. Hauga.
Naturalizm to, sądząc po deklaracjach, chyba najbardziej rozpowszechniony światopogląd wśród współczesnych filozofów. I całkiem możliwe, że również wśród naukowców. Różni naturaliści różnie naturalizm definiują, ale najczęściej można usłyszeć coś w tym rodzaju: istnieje tylko świat naturalny, a nie istnieje świat nadprzyrodzony, tzn. bogowie, duchy, demony, czary, magia, niebo, piekło itp. Nie ma też takich zjawisk, do których nauka nie ma dostępu: świadomość, moralność, normatywność, intencjonalność, wolna wola, obiekty abstrakcyjne czy obiekty matematyczne to wszystko mogą być problemy trudne, ale w pełni naukowo wytłumaczalne.
Z pierwszą częścią tej definicji jest jednak taki kłopot, że nie mówi ona nic konkretnego na temat tego, co to jest świat przyrodzony i czym różni się od nadprzyrodzonego. Próby rozwiązania tego problemu kończą się zazwyczaj utożsamieniem przyrodzonego z badanym albo odkrywanym przez naukę. A więc według porządniejszej definicji istnieje tylko to, co nauka mówi, że istnieje (naturalizm ontologiczny albo metafizyczny), a metoda naukowa jest jedyną wiarygodną metodą zdobywania wiedzy o czymkolwiek (naturalizm metodologiczny). Można oczywiście być naturalistą ontologicznym, ale nie metodologicznym i odwrotnie, jednak większość naturalistów to raczej naturaliści w obu znaczeniach. Tak zdefiniowany naturalizm, twierdzi Williamson, napotyka kilka zasadniczych trudności, z których jego zwolennicy często nie zdają sobie sprawy.
Pierwsza trudność pojawia się, kiedy zaczynamy się zastanawiać, o jaką naukę naturalistom chodzi. Jeśli o naukę w obecnym stanie, to naturalizm jest prawie na pewno fałszywy: jest mnóstwo rzeczy, których współczesna nauka nie potrafi wyjaśnić, mnóstwo praw do odkrycia, są sprzeczności między obowiązującymi teoriami. Wszystko wskazuje na to, że pewne teorie naukowe zostaną zmodyfikowane, a inne całkiem odrzucone i zastąpione nowymi – tak jak wielokrotnie działo się to w przeszłości. Naturalizm musi się więc odwoływać do jakiejś przyszłej albo raczej idealnej nauki, która odkryła i wytłumaczyła wszystko, co było do odkrycia i wytłumaczenia. Problem w tym, że zupełnie nie wiadomo, jak taka nauka miałaby wyglądać. Skąd właściwie wiadomo, że idealna nauka nie postulowałaby istnienia bogów albo demonów dla wyjaśnienia jakichś zjawisk?
Po drugie, naturalistom ciężko się zdecydować, które dyscypliny mają się do nauki zaliczać, a które nie. Jako przykładu używają oni chętnie dyscyplin opartych na metodzie, którą Williamson nazywa hipotetyczno-dedukcyjną: „formułowaniu teoretycznych hipotez i testowaniu ich przewidywań za pomocą systematycznej obserwacji i kontrolowanych eksperymentów.” Jeśli jednak ograniczymy naukę do dyscyplin wykorzystujących tę metodę, to zostaną nam tylko nauki przyrodnicze, i to też raczej nie w całości.
Czy naprawdę nie można wiedzieć, w którym roku powołano I Międzynarodówkę, albo jak się nazywał główny bohater „Rzeźni numer pięć”, bo historia i nauka o literaturze nie korzystają z metody hipotetyczno-dedukcyjnej? Williamson pisze tak: „Kiedy [naturaliści] atakują, przyjmują restrykcyjną definicję nauki jako dyscypliny hipotetyczno-dedukcyjnej. Kiedy sami są atakowani, opierają się na definicji bardziej inkluzywnej, co mocno rozmywa naturalizm. Takie manewry czynią z naturalizmu mętne wyznanie wiary.”
Po trzecie, zupełnie już nie wiadomo, co zrobić z matematyką. Nauki przyrodnicze opierają się na matematyce, ale sama matematyka jest wybitnie nieempiryczna. W jaki sposób matematycy są w stanie poszerzać wiedzę matematyczną, bez obserwacji i eksperymentów? Czy może zdaniem naturalistów to nie jest wiedza? Ale co w takim razie z wiarygodnością nauk przyrodniczych, których powodzenie jest od matematyki uzależnione? A może jednak matematyka jest empiryczna w jakimś sensie?
Po czwarte, naturalizm metodologiczny pachnie wewnętrzną sprzecznością. Jeśli nauka jest jedynym dobrym źródłem wiedzy, to skąd wiemy, że nauka jest jedynym dobrym źródłem wiedzy? Nauka w żaden oczywisty sposób nie potwierdza samej treści naturalistycznego dogmatu. Wygląda więc trochę na to, że naturalizm sam siebie obala: zmusza do jednoczesnego twierdzenia, że cała wiedza pochodzi z nauki i że część wiedzy (mianowicie sama teza naturalizmu) nie pochodzi z nauki.
Trzeba przyznać, że na wszystkie te zastrzeżenia istnieją odpowiedzi. Nie wszystkie jednak wydają mi się na tyle dobre, żebym się sam bez skrępowania nazywał naturalistą – chociaż oczywiście nie wierzę w żadnych bogów, ani nie uważam, że są jakieś tajemnice, których nauka nigdy nie będzie w stanie rozwikłać. Bez skrępowania mógłbym się za to podpisać pod tym, jak Williamson podsumowuję sprawę:
Naturalizm próbuje skondensować ducha nauki w teorii filozoficznej. Żadna teoria nie jest jednak w stanie zastąpić tego ducha, ponieważ każdej teorii można używać w duchu nienaukowym – jako narzędzia polemicznego, które jedynie wzmacnia uprzedzenia. Naturalizm jako dogmat to tylko kolejny wróg ducha nauki.
Filozofię powinno się uprawiać w duchu naukowym. Nie powinniśmy jej więc uprawiać przez powtarzanie sloganów o naturalizmie, ani przez odrzucanie teorii czy metod filozoficznych na podstawie wyników badań nauk przyrodniczych, których filozoficzna istotność jest niejasna, ani przez popadanie w intelektualne lenistwo, do którego hasło „naturalizm” w jakiś dziwny sposób prowokuje.

czwartek, 26 grudnia 2013

Co ci katolicy to ja nawet nie

P. Pacewicz, dom: Polacy odpowiadają papieżowi: "Kościół nie wspiera nas na drodze wiary", "Gazeta Wyborcza" 18.12.2013.


Trafiłem ostatnio na stronie Wyborczej na mocno zaskakujące badanie przekonań religijnych Polaków. Badanie zrobił TNS, w artykule są niestety tylko gołe wyniki, nie mogłem się doklikać do szczegółów, a bardzo bym chciał, bo wiem, że odpowiedzi w takich sondażach są bardzo zależne od metodologii. Nie ufam więc tym wynikom tak do końca.
Jeśli jednak są w miarę wiarygodne, to jest to chyba najdziwniejszy sondaż pokazujący przepaść między deklarowaną religią a przekonaniami z tych, które widziałem, a widziałem naprawdę wiele. Wyniki są takie:

Czy wierzysz w:

Boga – 81%
Śmierć Chrystusa na krzyżu – 48%
Zmartwychwstanie Chrystusa – 47%
Ducha Świętego – 40%
Nieśmiertelność duszy – 39%
Sprawiedliwy sąd, który czeka po śmierci – 39%
Niepokalane poczęcie – 38%
Niebo – 38%
Anioły – 35%
Cuda dokonane przez Jana Pawła II – 35%
Piekło – 31%
Cuda dokonane przez świętych – 30%
Czyściec – 30%
Diabła – 28%

Jak rozumiem nie pytano o wyznanie, ale z innych badań wynika, że osoby deklarujące się jako katolicy to w Polsce ponad 90%. Np. w badaniu CBOS sprzed dwóch lat wyszło 95%. A do tego dochodzą przecież jeszcze prawosławni i protestanci, którzy też na większość powyższych pytań powinni odpowiadać twierdząco.
Wygląda więc na to, że większość polskich katolików nie wierzy w najbardziej elementarne chrześcijańskie prawdy wiary. Około dziesięciu procent tych, którzy nie wierzą w Boga, to jeszcze pół biedy, ale połowa nie wierząca w zmartwychwstanie Chrystusa, albo większość nie wierząca w nieśmiertelną duszę i Niebo (o Piekle nie wspominając)?
Pod względem niewiary w nieśmiertelność duszy Polska przebija np. Wielką Brytanię, gdzie w badaniu z 2011 65% osób stwierdziło, że w taką duszę wierzy. Trzeba co prawda być ostrożnym z tymi wynikami, bo w przeciwieństwie do polskiego badania była tam możliwość doprecyzowania, czy wierzy się mocno, średnio czy słabo – no ale jednak.
Jedyne pytanie, na które sam odpowiedziałbym „tak”, to pytanie drugie. Wierzę w śmierć Chrystusa na krzyżu w takim sensie, że według mnie istniał jakiś historyczny pierwowzór postaci Jezusa z Nazaretu opisanej w ewangeliach, że został on skazany na śmierć na czymś zwanym stauros (niekoniecznie był to krzyż w formie znanej z chrześcijańskiej ikonografii) i że wyrok wykonano. Uważa tak znakomita większość historyków zajmujących się tym tematem, niezależnie od wyznania. Wydawało mi się, że tak jak ja powinni odpowiedzieć wszyscy chrześcijanie i do tego spora część niechrześcijan, a tu taka niespodzianka. Prawdopodobnie jednak nie pokazuje to, że połowa Polaków nie wierzy w historycznego Jezusa, a tylko to, że jakoś inaczej rozumie to pytanie – ale jak dokładnie, ciężko mi powiedzieć.
Tak czy inaczej, pomijając Boga i ewentualnie śmierć Chrystusa, okazuje się, że moje przekonania religijne są takie jak przekonania większości Polaków. Powiedziałbym, że to całkiem budujące, ale u katolików dużo bardziej od dziwnych metafizycznych przekonań irytują mnie dziwne przekonania moralne, a związek między jednymi a drugimi jest dla mnie nieoczywisty.
Zresztą w ogóle związek między religijną praktyką a religijną wiarą jest dla mnie nieoczywisty. Wydaje mi się, że patrzymy na wszystkie religie przez pryzmat religii abrahamowych, a szczególnie protestanckiego chrześcijaństwa, w którym wiara w określoną kosmologię, eschatologię i metafizykę jest czymś najbardziej zasadniczym, obrzędy są na drugim planie, a z etyką bywa różnie. Tymczasem na świecie istnieje i istniało mnóstwo religii, w których wiara w dogmaty nie jest taka istotna, albo wręcz nie ma żadnych dogmatów. Takich starożytnych Greków mało interesowało, czy ktoś naprawdę wierzy w Zeusa i jak go rozumie. Tym bardziej nikt nie zastanawiał się, które mity z Zeusem to te prawdziwe. Nie oznacza to jednak, że było im wszystko jedno, czy bierze się udział w religijnych obrzędach, zwłaszcza jeśli chodziło o religię państwową.
Nie jest wykluczone, że polski katolicyzm ewoluuje w tę stronę. Nie jestem nawet pewien, czy już od dawna taki nie jest, przynajmniej jeśli chodzi o tzw. zwykłych ludzi. Z moich doświadczeń z ludowym katolicyzmem wynika na przykład, że pytanie o to, czy ktoś chodzi do kościoła, jest dużo istotniejsze od pytania, czy ktoś wierzy w Boga. Możliwe, że teologia nigdy nie była dla większości katolików niczym specjalnie istotnym, podobnie jak nie była niczym istotnym dla większości wyznawców wielu innych religii. Jeśli wierzyć powyższym wynikom, to jest pocieszające, że większość Polaków wbrew pozorom nie wierzy w głupstwa o życiu po śmierci, ale nie musi to wcale oznaczać rychłego upadku katolicyzmu.