Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ekonomia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ekonomia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 25 czerwca 2019

Praca bez sensu

Dorastałem w Polsce na przełomie wieków, co oznaczało, że nasłuchałem się od pokolenia moich rodziców o tym, jak bezsensowna była praca w PRL-u. Biurokraci byli niekompetentni, mówili, centralne planowanie niewydolne, do tego bezrobocie musiało być zerowe, więc tworzyło się mnóstwo nikomu niepotrzebnych miejsc pracy. Kiedy jednak dzisiaj rozmawiam ze znajomymi pracującymi w korporacjach, to odnoszę wrażenie, że wcale nie jest lepiej. Każdy z nich jest głęboko przekonany, że duża część tego, co robi on i co robią ludzie wokół jest kompletnie bez sensu. Że nie tylko społeczeństwo nie ma z tego żadnego pożytku, ale nawet udziałowcy. Produkowanie korporacyjnego pustosłowia, wdrażanie idiotycznych procedur, siedzenie na nasiadówkach, kretyńskie szkolenia – nie słyszałem o nikim, kto spędziłby choć chwilę w korporacji i tego nie zaznał.
Sam pracowałem kiedyś w firmie, która zajmowała się podnoszeniem produktywności innych firm, ale głównie w teorii. W praktyce często wyglądało to tak, że masowo wywalaliśmy całkiem produktywnych pracowników fizycznych, a zostawialiśmy w spokoju oczywistych darmozjadów w białych kołnierzykach. Do tego uczyliśmy menadżerów różnych zamordystycznych technik, by mogli skuteczniej dokładać nowych obowiązków tym, którzy przetrwają czystkę, co działało albo i nie, więc często kończyło się krótkoterminowymi oszczędnościami, po których następowała katastrofa. Nikt się jednak nie skarżył i dla wszystkich było jasne, że skarżyć zaczęliby się dopiero, gdybyśmy rzeczywiście próbowali eliminować bezsensowną pracę.
Moje odczucia wydają się potwierdzać badania: wg ankiety YouGov z 2015 37% Brytyjczyków uważa, że ich praca jest bez sensu. Potwierdza je też popkultura: taki np. Dilbert niewątpliwie zrobił się popularny, bo pracownicy openspace’ów świata odnaleźli w nim własne doświadczenia.
Kiedy jednak człowiek szuka czegoś bardziej naukowego na temat tego zjawiska, to praktycznie niczego nie da się znaleźć – a raczej nie dało się do zeszłego roku, kiedy książkę o pracy bez sensu opublikował antropolog David Graeber. Twierdzi on w niej, że, po pierwsze, przyrost bezsensownych stanowisk pracy (bullshit jobs) nie jest złudzeniem i, po drugie, że można go wyjaśnić odwołując się do kapitalistycznej struktury władzy. Wyjaśnienie jest takie, że współczesny kapitalista jest jak dawny pan feudalny, który zatrudniał całą armię ludzi nie robiących nic produktywnego, by uzależnić ich od siebie i tym samym utrzymać swoją pozycję. Weźmy na przykład USA. W ciągu ostatnich 50 lat dramatycznie wzrosła tam produktywność, ale nie sprawiło to ani że ludzie pracują mniej, ani że zarabiają istotnie więcej (o ile oczywiście nie należą do elity). W dodatku duża część produkcji przeniosła się do Azji. Co więc robią wszyscy ci pracownicy? Wg Graebera pracę realną w dużej mierze zastąpiła praca bezsensowna.
Szczerze mówiąc nie do końca mnie to przekonuje. Po pierwsze, momentami zaczyna to wszystko pachnieć teorią spiskową – np. kiedy czytam, że „klasa rządząca odkryła, że szczęśliwa i produktywna populacja z wolnym czasem w rękach to śmiertelne niebezpieczeństwo”. Gdzie indziej Graeber twierdzi jednak, że nie chodzi mu o żadne świadome odkrycie i planowanie, a raczej o to, że rynek sam załatwia sprawę – nie tłumaczy jednak, w jaki sposób.
Po drugie, jego definicja bezsensownej pracy jest problematyczna. Pisze on, że bezsensowne stanowisko to takie, którego wyeliminowanie nie zrobiłoby „zauważalnej różnicy w świecie”. Zniknięcie każdego stanowiska robi jednak różnicę – choćby taką, że zwiększa się bezrobocie, maleje konsumpcja, albo wpływy do budżetu się zmniejszają. Być może chodzi mu o likwidację stanowiska polegającą na tym, że pracownik przestaje pracować, ale nadal dostaje wypłatę, a firma pokrywa też inne koszty, które by generował, gdyby pracował? Nawet wtedy jednak eliminacja bezsensownego wg Graebera stanowiska może wpłynąć na finansowy wynik firmy. Pisze on np. o pachołkach, których główną rolą jest samo bycie zatrudnionym, po to by np. menedżer na górze mógł uchodzić za poważnego menedżera, mającego pod sobą tylu a tylu ludzi, albo by firma robiła wrażenie poważnej firmy, którą stać na zatrudnienie osoby na stanowisku takim a takim. I jak sam zauważa, pozbycie się takiego pachołka będzie oznaczało, że klienci czy kontrahenci zaczną firmę omijać, bo będzie im się wydawała podejrzana. Jak więc likwidacja takiej pracy ma „nie robić zauważalnej różnicy”?
Myślę, że Graeberowi wyszłoby na zdrowie, gdyby wyraźnie rozgraniczył bezsensowną pracę, z której nie mają pożytku ani udziałowcy, ani społeczeństwo i pracę, z której mają pożytek udziałowcy, ale nie ma społeczeństwo. Wtedy mogłoby się okazać, że wyjaśnienie jest dużo prostsze. Wydaje mi się, że część absurdów opisanych przez Graebera to wynik korporacyjnego autorytaryzmu. Każda tyrania prowadzi do marnotrawstwa i kapitalistyczna firma nie jest tu żadnym wyjątkiem. Oczywiście udziałowcy mają interes w tym, by maksymalizować zysk, ale ich możliwości kontroli nad biurokratyczną maszyną są mocno ograniczone. Poza tym mamy też bezsensowną pracę, która wynika z dążenia do maksymalizowania zysku. Kapitalizm musi nieustannie nakręcać spiralę produkcji i konsumpcji i robi to na coraz bardziej idiotyczne sposoby. Graeber pisze np. o oddziałach bankowych telemarketerów, których zadaniem jest wyszukać mniej ogarniętych klientów i wcisnąć im zupełnie niepotrzebne usługi – to jeden z wielu rodzajów takiej pracy. Myślę, że od rozpatrzenia tej hipotezy należałoby zacząć, zanim zacznie się forsować teorię o tym, jak wolny czas klasy pracującej zagraża klasie rządzącej.
Nawet jednak jeśli teoria Graebera nie jest przekonująca, to i tak warto tę książkę przeczytać – choćby po to, by poznać zgromadzone przez niego świadectwa nieszczęśników na bezsensownych stanowiskach i uzmysłowić sobie, jak współczesny kapitalizm marnuje ludziom życie.

niedziela, 31 sierpnia 2014

Robert Gwiazdowski myśli ekonomicznie




Sam nie wiem, jak do tego doszło, ale spędziłem ostatnio noc na blogu dra hab. Roberta Gwiazdowskiego, profesora Uczelni Łazarskiego, prezydenta (sic) Centrum im. Adama Smitha i znanego telewizyjnego eksperta od wolnego rynku.
Pod wieloma względami jest to typowy blog wolnorynkowy. Mamy wolnorynkową ortografię („płóg”, „intelektualnym podstawą”), wolnorynkową interpunkcję (standardowo od trzech do pięciu wykrzykników tam, gdzie normalny człowiek zastanawia się, czy postawić jeden), wolnorynkową znajomość łaciny („ »cui bono, qui prodest« – »czyja korzyść, tego sprawka«”; „ »argumentum non numeranta sed ponderanda sunt« – »argumentów nie należy mierzyć, tylko ważyć«”), wolnorynkową znajomość łaciny połączoną z wolnorynkową etymologią („[kapitalizm] Swoją nazwę zawdzięcza nie angielskiemu pojęciu »capital« tylko łacińskiemu pojęciu »capita«– głowa!”), wolnorynkową naukę o klimacie („w historii ludzkości, i to całkiem niedalekiej jak dla geologów, bywało już i dużo zimniej i dużo cieplej. Z pewnością nie spowodował tamtych zmian człowiek. Mało tego – nic wielkiego się w ich rezultacie z ludzkością nie stało. Więc o co ten dzisiejszy hałas?”), wolnorynkowe poczucie humoru („najlepiej do zwiększania kobiecego libido nadaje się Mercedes SLK coupe. Oczywiście czerwony”) i wolnorynkową estetykę:



Ponadto jak każdy szanujący się liberał Gwiazdowski zdaje się wyznawać zasadę, że wolny rynek wolnym rynkiem, ale najważniejsze to dowalić biednym – dlatego im akurat chce podatki podnosić (konkretnie VAT na żywność). Jak sam szacuje, po wprowadzeniu tej światłej zmiany jakieś 5 milionów Polaków musiałoby stać w upokarzających kolejkach do ośrodków pomocy społecznej, ale nie ma się co burzyć, bo na tym właśnie polega „myślenie ekonomiczne”. Ja bym im jeszcze kazał nosić opaski z napisem „biedna/biedny”. Myślenie ekonomiczne mogłoby wtedy zatriumfować ostatecznie.
Z drugiej strony nasz profesor-prezydent to jednak nie ten poziom prymitywizmu i ciemnoty co, powiedzmy, Korwin. Według Gwiazdowskiego nie wszędzie i nie zawsze prywatyzacja, deregulacja i konkurencja są rozwiązaniem wszystkich problemów ludzkości. Poza łaskawym dopuszczeniem istnienia ośrodków pomocy społecznej uważa on na przykład, że chociaż służbę zdrowia trzeba sprywatyzować, to jednak państwo powinno nadal pełnić rolę powszechnego ubezpieczyciela i finansować wszystkim leczenie z podatków. W ten sposób z jednej strony nie będzie problemów z tym, że kogoś nie stać, a z drugiej konkurencja doprowadzi do „obniżenia kosztów oraz podniesienia jakości opieki medycznej”. Widać tutaj, że Gwiazdowskiemu chyba udało się przezwyciężyć zabobon o rynku, który sprawi, że wszystkich będzie stać (a jeśli kogoś nie będzie, to już jego wina), ale jeszcze przed nim jest zmierzenie się z zabobonem o błogosławieństwie, jakim jest dla konsumenta nieskrępowana rynkowa konkurencja. 
Charles E. Lindblom, profesor ekonomii i nauk politycznych z Yale, napisał kiedyś dość prostą i przystępną książkę o tym, jak działa rynek. Książka ogólnie podoba mi się tak sobie, ale Lindblom wspomina w niej o kilku zjawiskach, które powodują, że rynkowa konkurencja wcale nie musi się przyczyniać do obniżenia kosztów i podniesienia jakości. Jedno z nich jest związane jest z brakiem racjonalności i asymetrią informacji: 

Ceny kalkulacyjne i analiza kosztów nie czynią wszechwiedzących mędrców ze sprzedających i kupujących. Chociaż zwracałem wcześniej uwagę na analizę kosztów jako konieczny warunek wydajności, uczestnicy gry rynkowej są ograniczeni przez ogólną irracjonalność i ignorancję, które wpływają na ludzi we wszystkich systemach społecznych. Fakt, że konsumenci często nie wiedzą, co wybierają, wynika ze skomplikowania wielu produktów. Co przeciętny konsument może wiedzieć o konkretnych mechanizmach, którymi różnią się pralki pod obudowami? Albo o trafności diagnozy lekarza? 
[s. 160, moje tłumaczenie]

Co jeśli prywatne firmy medyczne będą miały ochotę leczyć nieistniejące choroby, albo niepotrzebnie przeciągać leczenie, albo wręcz szkodzić pacjentom, żeby ich później móc leczyć? Albo zwinąć interes, zanim ktokolwiek się zorientuje w sytuacji i za zarobione pieniądze otworzyć jakiś inny? Że będą miały ochotę, można być pewnym, bo zwyczajnie zwiększy to zyski. Odpowiedź tzw. liberałów jest przeważnie taka, że oszuści będą mieli złą reputację i klienci pójdą do uczciwych. Tylko że w wielu sytuacjach nie pójdą, bo nie będą mieli możliwości, żeby dokonać sensownego porównania przez zupełny brak potrzebnych informacji. Dodatkowo wiadomo, że na reputację często dużo bardziej wpływa charyzma albo to, ile ktoś wyda na reklamę, a nie to, jakiej jakości są usługi czy produkty tego kogoś.
Rynkowa konkurencja może być jednoznacznie korzystna dla konsumenta w jakichś bardzo małych, prymitywnych społecznościach – chociaż tu też nie zawsze. W naszym świecie – z jego tempem zmian, technologicznym zaawansowaniem, wielkością ludzkich skupisk, specjalistyczną wiedzą, asymetrią informacji i możliwościami manipulacji – często na rynku wygrywa nie ten, kto produkuje taniej i lepiej, tylko ten, kto skuteczniej wciska swój badziew. Przewaga państwowego monopolu nad rynkową konkurencją prywatnych firm polega na tym, że w tym pierwszym znika pokusa oszukiwania konsumentów i marnotrawienia środków na przekonywanie ich, że wcale nie są oszukiwani. Rynek ma też oczywiście swoje zalety i można dyskutować, w której branży te zalety są większe od wad, ale trudno na ten temat dyskutować z kimś, kto nie ma większego pojęcia o elementarnych rynkowych mechanizmach.

środa, 22 maja 2013

Zabójcza efektywność wolnego rynku



Nie potrafię sobie przypomnieć, kiedy ostatnio słuchałem dyskusji na temat gospodarki, w której nie padłoby z ust jakiegoś tzw. eksperta, że wolny rynek (po cichu utożsamiany w takich dyskusjach praktycznie zawsze z kapitalistycznym wolnym rynkiem) jest dobry, a państwowa ingerencja niedobra, a to dlatego, że tylko wolny rynek zapewnia wydajność, efektywność i nic się na nim nie marnuje. Ciężko o popularniejszą ekonomiczną kliszę. Jak pisze ekonomista Stephen LeRoy:

Najważniejsze twierdzenie teorii ekonomicznej mówi, że, ogólnie rzecz biorąc, konkurencja rynkowa, która jest względnie (choć nie całkowicie) wolna od sterowania przez rząd lepiej sobie radzi z alokacją zasobów od gospodarki, w której rząd odgrywa dominującą rolę.
[to i następne tłumaczenia moje]

Brzmi to całkiem sensownie: każdy przyzna, że wydajność, efektywność czy lepsza alokacja zasobów są czymś dobrym, a skoro ekonomiści odkryli, że wolny rynek bardziej sprzyja tej efektywności, to chyba jasne, że wszyscy powinniśmy pragnąć wolnego rynku. Problem tylko w tym, że tak naprawdę ani ekonomiści nie odkryli, ani efektywność nie musi być niczym fajnym.
„Efektywność” czy „lepsza alokacja zasobów” mogą brzmieć atrakcyjnie, ale to bardzo wieloznaczne pojęcia. Efektywność w czym dokładnie? Alokacja lepsza dla kogo i pod jakim względem? Okazuje się, że przez efektywność ekonomiści rozumieją najczęściej tzw. optymalność/optimum Pareto (Cały czas nie wiem jak odmieniać: Pareto? Pareta? Parety? Zostanę przy tym pierwszym, bo chyba najczęstsze). Optymalność Pareto to taka sytuacja, w której nie możemy poprawić niczyjej sytuacji, żeby jednocześnie nie pogorszyć sytuacji kogoś innego. Nie możemy nikomu dać jakiegoś dobra (czegokolwiek, czego ten ktoś pragnie), żeby nie odebrać jakichś dóbr komuś innemu. Sytuacja, w której możemy to zrobić, nie jest optymalna w sensie Pareto. Dogodzenie jakiejś osobie (lub osobom) przy nienaruszeniu potrzeb pozostałych nazywa się korzyścią w sensie Pareto (Pareto improvement).
Ekonomiści zazwyczaj twierdzą, że rynkowa konkurencja prowadzi do serii takich korzyści i zbliża społeczeństwo do stanu optymalnego w sensie Pareto. Jest na to matematyczny dowód, który wymyślili w latach pięćdziesiątych Kenneth Arrow i Gérard Debreu. Dowód ten jest jednak oparty na pewnych założeniach: że wszystko jest urynkowione, a zatem nie istnieją efekty zewnętrzne, że wszyscy uczestnicy wymiany mają pełne i prawdziwe informacje, że nie ma monopolistów, że nie istnieją koszty transakcji, że funkcje użyteczności poszczególnych ludzi nie są ze sobą powiązane.
Są to oczywiście założenia z kosmosu. W realnym świecie zawsze mamy do czynienia np. z jakimiś efektami zewnętrznymi (używając podręcznikowego przykładu: kiedy osoba A sprzedaje samochód osobie B, wpływa to też na osobę C, bo więcej jest zanieczyszczenia, hałasu, drogi są bardziej zapchane itp.), zawsze mamy do czynienia z niepełnymi i błędnymi informacjami uczestników rynkowej wymiany itd. W latach osiemdziesiątych Joseph Stiglitz i Bruce Greenwald spróbowali stworzyć model, który bierze pod uwagę efekty zewnętrzne i niepełność informacji i wyszło im, że coś takiego nie będzie już prowadziło do optymalności Pareto.
W trochę inny sposób efektywność wolnego rynku próbował uzasadniać Friedrich Hayek: dla niego niepełność, subiektywność i rozproszenie informacji nie były problemem, tylko przeciwnie, przesłanką argumentu za efektywnością. Nie do końca tylko wiadomo, co Hayek przez tę efektywność rozumiał – posługuje się on dość mętnymi frazami typu „racjonalny porządek ekonomiczny”. Jedni ekonomiści uważają, że chodziło mu o optymalność Pareto, a inni, że wcale nie. Można mieć do argumentu Hayeka kilka poważnych zastrzeżeń, ale żeby był sens w ogóle się nimi zajmować, to wypada najpierw ustalić, czy w ogóle wolnorynkowa efektywność musi być czymś społecznie czy moralnie pożądanym.
Kiedy się bliżej przyjrzeć, to okaże się, że optymalność Pareto niczym takim być nie musi. Ekonomista Itzhak Gilboa (link powyżej) wyjaśnia to na prostym przykładzie:

Wyobraźmy sobie, że mamy bochenek chleba do podziału między dwiema osobami i że obie osoby interesuje tylko, żeby dostać jak najwięcej. W takich warunkach każdy podział bochenka będzie optymalny w sensie Pareto. Jedna osoba może dostać cały bochenek, a druga umrzeć z głodu – i będzie to alokacja optymalna w sensie Pareto.

Nieoptymalna będzie tylko wtedy, kiedy część się zmarnuje – kiedy np. każda osoba chce zjeść tylko pół bochenka, a cały bochenek trafi do jednej z nich. Trzeba jednak zastrzec, że osobie, która dostanie cały bochenek, musi wtedy autentycznie w żaden sposób nie zależeć na połowie, która się zmarnuje. Kiedy np. będzie miała ochotę zrobić z tej połowy chlebowe kulki i rzucać nimi dla hecy w przechodniów – będziemy mieli optymalność Pareto. Kiedy okaże się, że jest sadystą i lubi patrzeć, jak druga osoba skręca się z głodu – będziemy mieli optymalność Pareto. Każda fanaberia, każdy kaprys i każda sadystyczna żądza liczy się tutaj tak samo jak jakakolwiek inna potrzeba.
Raczej nie lepiej wygląda to z „racjonalnym porządkiem ekonomicznym” Hayeka, czymkolwiek on dokładnie jest. Hayek nawet nie próbuje ukrywać, że w warunkach nieskrępowanej konkurencji niektórzy ludzie nie będą mieli co jeść ani gdzie mieszkać (o dostępie do edukacji czy opieki zdrowotnej nie wspominając) i opowiada się w związku z tym za gwarantowanym dochodem minimalnym dla każdego. Ilu będzie takich, którzy będą mogli przeżyć tylko dzięki temu dochodowi, jakie w ogóle grupy społeczne będą mogły zaspokoić jakie potrzeby – tego już Hayek, o ile mi wiadomo, nie precyzuje. Nawet jeśli wziąć jego argument za dobrą monetę (nie wydaje mi się, że należy, ale powiedzmy) i przyjąć, że państwowa ingerencja zawsze będzie prowadzić do jakiegoś marnotrawstwa, to nie wiadomo, o jaką skalę marnotrawstwa może chodzić i od czego może ona zależeć. Bez tego trudno w ogóle odgadnąć, dlaczego konkretna osoba (zwłaszcza taka nie będąca akurat kapitalistą), ani dlaczego całe społeczeństwo miałoby chcieć jak najszerszej rynkowej konkurencji.
Wracając jeszcze do optymalności Pareto – jej pozorny urok, twierdzi Gilboa, wynika trochę z tego, że intuicyjnie nie kojarzymy słowa „optymalny” z tzw. porządkiem częściowym. Wydaje się nam oczywiste, że rozwiązanie optymalne musi być co najmniej tak samo dobre jak jakiekolwiek inne. Relacja dominacji w sensie Pareto jest jednak porządkiem częściowym, co oznacza, że niektórych rozwiązań nie da się tutaj porównać:

Jest możliwe, że rynek poprowadzi nas do punktu x [wszystkie dobra jakiegoś rodzaju trafiają w jedne łapy, reszta nic nie dostaje – przyp. TH], kiedy to zacznie nam zależeć na równości i będziemy chcieli zrobić transfer od osoby 1 do osoby 2. Jeśli ten transfer polega na opodatkowaniu, to zazwyczaj okazuje się, że traci się optymalność Pareto. Możemy w ten sposób dojść do punktu takiego jak y [każdy dostaje po równo, przy czym jakaś część dóbr się marnuje – przyp. TH]. Nie będzie to jednak wcale oznaczać zgody przeciwko takiemu transferowi. Nie będzie prawdą, że pierwszy z tych punktów dominuje w sensie Pareto (Pareto-dominates) nad punktem drugim, pomimo że pierwszy jest optymalny w sensie Pareto, a drugi nie.

Inaczej mówiąc: nawet, jeśli wszyscy się zgodzimy, że skoro możemy dogodzić jednej osobie nie szkodząc jednocześnie innym, to zawsze należy to zrobić – w żaden sposób nie wynika z tego, że nie powinniśmy próbować zaszkodzić jednym, żeby dogodzić drugim, nawet kosztem utraty optymalności.
W realnym świecie są tysiące powodów, dla których możemy tego chcieć. Możemy np. uznać, że czyjeś pragnienie posiadania nowego jachtu jest jednak mniej ważne od pragnienia wielu osób, by pracować krócej niż 15 godzin na dobę. Możemy uznać, że ważniejsze są pragnienia, które istnieją niezależnie od okoliczności (jedzenia, bezpieczeństwa itd.) od pragnień, które mogą zniknąć, kiedy trochę zmodyfikuje się porządek społeczny (takich jak, powiedzmy, pragnienie posiadania służby). Byłoby oczywiście bardzo miło, gdyby się dało zaspokoić je wszystkie jednocześnie, ale nic nie wskazuje na to, że się da.
Kiedy słyszymy hasła takie jak „efektywność”, „wydajność”, „optymalność” i „racjonalność”, to zaraz intuicyjnie wyobrażamy sobie sytuację, w której panuje dobrobyt i przynajmniej te najbardziej podstawowe potrzeby większości są zaspokajane. Tymczasem efektywność, o której mówią ekonomiści, może oznaczać sytuację, w której jedna osoba pławi się w bogactwie, a cała reszta nie ma co jeść. Ciężko powiedzieć, co jest fajnego w takiej efektywności i co jest fajnego w wolnym rynku, jeśli do czegoś takiego prowadzi.

środa, 1 maja 2013

Instynktowni marksiści

Chomsky: "The Business Elites ... Are Instinctive Marxists" by Keane Bhatt, "truthout" 19.11.2010.


Jeżeli wiercimy jedną dziurę, ryzyko jest ogromne. Ale jeśli mamy ich sto, wystarczy dziesięć, w których coś się znajdzie. Wtedy ryzyko praktycznie spada do zera.

Powiedział tak niedawno w rozmowie z Gazetą Wyborczą Jan Kulczyk i trudno o lepszą ilustrację tezy o tym, jak to kapitaliści dużo zarabiają, bo ponoszą duże ryzyko. Muszę przyznać, że kiedy czytam wypowiedzi praktyków kapitalizmu, to częściej się zgadzam, niż kiedy czytam wypowiedzi teoretyków w postaci różnych komentatorów i ekonomistów z Centrum im. Adama Smitha. Kapitaliści, zwłaszcza ci najbogatsi, jakby inaczej rozumieją, jak kapitalizm funkcjonuje. Warren Buffett mówi np. coś takiego:

W porządku, istnieje walka klas. Ale to moja klasa, klasa bogatych, prowadzi tę wojnę. I to my wygrywamy.

Okazuje się, że Noam Chomsky ma podobne wrażenie:

Myślę, że było dla niego [Marksa] oczywiste, że elity są w gruncie rzeczy marksistowskie – wierzą w analizę klasową i wierzą w walkę klas. A w społeczeństwie naprawdę kontrolowanym przez biznes, takim jak Stany Zjednoczone, elity biznesu są głęboko zaangażowane w walkę klasową i cały czas w niej uczestniczą. Oni to rozumieją, są instynktownymi marksistami. Nie muszą do tego czytać Marksa.

Nie jestem pewien, czy „marksiści” to nie za dużo powiedziane, marksizm to w końcu dużo więcej niż walka klas: materializm dialektyczny, socjalizm naukowy, laborystyczna teoria pracy, teoria kryzysów, teoria alienacji itd. Nie wydaje mi się, żeby elity w ogóle dobrze to wszystko znały, a co dopiero w to wierzyły. Zgodziłbym się jednak z Chomskym w tym, że grube ryby kapitalizmu najwidoczniej nie wierzą w całą tę neoliberalną mitologię, mówiącą o harmonii interesów tzw. pracodawców i pracobiorców, o tym, że kiedy tylko obniżymy bogatym podatki i zniesiemy bariery w prowadzeniu biznesu, to bogaci zrobią wszystkim dobrze, o sprawiedliwej kapitalistycznej nagrodzie za ciężką pracę, talent, albo ryzyko, o lepszej wydajności prywatnych firm, o racjonalnych konsumentach, o tym, że pieniądze są zawsze najlepszą motywacją, więc jeśli podniesiemy prezesowi zarobki z miliona do trzech milionów, to będzie nam trzy razy lepiej prezesował itd.
Chomsky twierdzi, że kiedy czyta się teksty pisane raczej przez elitę dla elity – jak Wall Street Journal czy Financial Times – to można zauważyć, że walka klas i wyzysk nie są tam takim tabu, jak w gazetach dla szerokiego odbiorcy. Marzy mi się, żeby ktoś zrobił badania porównujące ilość neoliberalnych dogmatów w prasie biznesowej i prasie powszechnej (a może ktoś już zrobił?). Mógłbym coś postawić, że w tej pierwszej będzie ich znacząco mniej – wiara w te historie może tylko przeszkadzać w prowadzeniu biznesu.

sobota, 18 sierpnia 2012

Niewidzialna ręka

A. Smith: Of Restraints Upon the Importation from Foreign Countries of Such Goods as Can Be Produced at Home.


Witold Gadomski, publicysta Gazety Wyborczej, napisał kilka lat temu coś takiego:

To nie żaden cud, tylko skutek mechanizmu rynkowego, tej "niewidzialnej ręki rynku", o której pisał Adam Smith. Jednostka, kierując się egoizmem, czyli (...) pogonią za zyskiem, produkuje i sprzedaje to, co potrafi, z korzyścią dla konsumentów. Rynek wyzwala inicjatywę, zmusza do wysiłku, eliminuje produkujących drożej. Nie ma żadnej sprzeczności między "pogonią za zyskiem" a zaspokojeniem potrzeb społeczeństwa. Przeciwnie, im bardziej "kapitaliście" zależy na zysku, tym bardziej rośnie dobrobyt wszystkich.

Wszyscy znają tę teorię, Gadomski opisuje ją na różne sposoby w co drugim felietonie: na wolnym rynku producenci muszą ze sobą konkurować, więc starają się produkować jak najwydajniej i sprzedawać jak najtaniej, z czego konsumenci mają same korzyści. Problem w tym, że Adam Smith nie pisał o żadnej „niewidzialnej ręce rynku”, a co najwyżej o „niewidzialnej ręce”, i rozumiał przez nią coś zupełnie innego, niż to, co się wydaje Gadomskiemu. 
Nie będę się tutaj zajmował rzekomym brakiem sprzeczności między chęcią zysku a zaspokajaniem potrzeb społeczeństwa (trochę na ten temat było tu już wcześniej), ani tym, co Smith naprawdę myślał o kapitalizmie, ani ortografią Gadomskiego, która kwalifikuje się na „Bloga” z „niepotrzebnymi” cudzysłowami. Chodzi mi tylko o nieporozumienie z „niewidzialną ręką”.
W „Badaniach nad naturą i przyczynami bogactwa narodów” Smith używa frazy „niewidzialna ręka” dosłownie raz*:

Ponieważ zaś każdy człowiek stara się, jak tylko może, aby użyć swego kapitału w wytwórczości krajowej oraz tak pokierować tą wytwórczością, ażeby jej produkt posiadał możliwie największą wartość, przeto (...) pracuje z konieczności nad tym, by dochód społeczny był jak największy. Co prawda, nie zamierza on na ogół popierać interesów społecznych ani też nie wie, w jakim stopniu je popiera. Kiedy woli popierać wytwórczość krajową, a nie zagraniczną, ma wyłącznie na uwadze swe własne bezpieczeństwo, a gdy kieruje wytwórczością tak, aby jej produkt posiadał możliwie najwyższą wartość, myśli tylko o swym własnym zarobku, a jednak w tym, jak i w wielu innych przypadkach, jakaś niewidzialna ręka kieruje nim tak, aby zdążał do celu, którego wcale nie zamierzał osiągnąć. Społeczeństwo zaś, które wcale w tym nie bierze udziału, nie zawsze na tym źle wychodzi. Mając na celu swój własny interes człowiek często popiera interesy społeczeństwa skuteczniej niż wtedy, gdy zamierza służyć im rzeczywiście.
[IV, 2, przeł. A. Prejbisz]

Kluczowe są w tym fragmencie pojęcia „wytwórczości krajowej” i „wytwórczości zagranicznej”. Gdyby Gadomski czytał Adama Smitha, wiedziałby, że to fragment rozdziału pt. „O ograniczeniach importu z obcych krajów tych dóbr, które można produkować u siebie”. Smith zastanawia się w nim, czy państwowa ochrona rodzimej gospodarki, np. poprzez cła, ma sens i dochodzi do wniosku, że nie bardzo. Nie należy się, twierdzi Smith, obawiać, że kiedy zlikwidujemy cła, krajowi producenci od razu przeniosą swoje firmy za granicę, a kupcy będą automatycznie bardziej zainteresowani handlem zagranicznym niż krajowym. Niewidzialna ręka to metafora siły, która uchroni gospodarkę przed odpływem kapitału za granicę. Jest to siła, której działania nie są zazwyczaj świadomi producenci i kupcy starający się tylko realizować własny interes.
Smith nie pisze tutaj nic o rynkowej rywalizacji, która wyzwala inicjatywę i eliminuje producentów mało wydajnych, towary za drogie albo zbyt niskiej jakości itd. na korzyść całego społeczeństwa. Niewidzialna ręka chroni nie społeczeństwo jako takie, tylko krajową gospodarkę przed zagrożeniem ze strony gospodarki zagranicznej.
Fragment „Bogactwa narodów” często wyrywa się z kontekstu eliminując zdania o wytwórczości krajowej i zagranicznej, robi tak np. niewidzialna ręka prawicowego polskiego wikipedysty. Na podstawie tak okrojonego cytatu można rzeczywiście odnieść wrażenie, że Smithowi chodzi o tezę na temat rynku, który automatycznie zamienia egoizm i pogoń za zyskiem na społeczne korzyści.
„Niewidzialna ręka” pojawia się też u Smitha w „Teorii uczuć moralnych”, ale tu tym bardziej nie ma ona z tezą o rynku nic wspólnego:

Kieruje nimi [bogaczami] niewidzialna ręka, która dokonuje niemal takiej samej dystrybucji środków do życia, jaka miałaby miejsce, gdyby zasoby Ziemi były podzielone na równe części między wszystkich jej mieszkańców. W ten sposób bez ich zamiaru ani wiedzy realizowany jest interes społeczny.
[IV, I, 10, tłumaczenie moje]

Tu Smith przedstawia coś w rodzaju tzw. trickle-down theory, czyli teorii o tym, że istnienie egoistycznych bogaczy służy całemu społeczeństwu, ponieważ bogacze ci chcą sobie ze swoich egoistycznych pobudek stawiać wymyślne pałace itp., co daje okazję do zarobku dużej liczbie osób (teoria nie jest oczywiście zbyt mądra, podobnie zresztą jak, myślę, wszystkie inne, o których tutaj wspominam, ale nie o tym ten post). Znów nie ma tu nic na temat rynkowej konkurencji i jej związku z interesem konsumentów.
Nie wydaje mi się, że ignorancja w sprawie „niewidzialnej ręki rynku” jest charakterystyczna dla polskich liberalnych publicystów, w przeinaczaniu Smitha duże zasługi ma amerykańska prawica i to z Ameryki prawdopodobnie to przeinaczanie do nas dotarło. Nieznajomość własnych autorytatywnych tekstów nie ogranicza się też na pewno do gospodarczych liberałów, co najmniej tak samo źle jest na przykład ze znajomością Biblii u chrześcijan. Jeśli chodzi o moje podwórko, to pisałem tu kiedyś o rozpowszechnionym nieporozumieniu dotyczącym „opium ludu”. Nie chcę pierwszy rzucać kamieniem, bo wiem, że gdyby mnie ktoś przepytał z, powiedzmy, Bakunina, to też mogłoby wyjść coś kompromitującego. Wydaje mi się jednak, że Gadomski przekracza dopuszczalne granice nieuctwa. Jeśli nie czytał Adama Smitha, jeśli nawet najsłynniejszych fragmentów Adama Smitha nie czytał, to co on czytał właściwie?
Nie mogę się pozbyć wrażenia, że kiedy czołowy polski apologeta kapitalizmu próbuje przeczytać książkę, to jakaś niewidzialna ręka mu ją złośliwie zamyka, a robi to tym złośliwiej, im bardziej chodzi o klasyczne teksty jego własnego idola.

*Przegrzebując internet w poszukiwaniu co smaczniejszych przykładów nieznajomości Smitha przez prawicę trafiłem na kuriozalny tekst „Adam Smith non-fiction” Witolda Jarzyńskiego, który twierdzi, że w „Bogactwie narodów” pojęcie „niewidzialna ręka rynku” pojawia się trzy razy. Dalej ubolewa nad tym, że Smitha nikt (zwłaszcza Krytyka Polityczna) nie czyta i nie rozumie, co dobrze pokazuje skalę problemu.

niedziela, 15 lipca 2012

Czym zastąpić kapitalizm? (I)

D. Schweickart: Nonsense on Stilts: Michael Albert's Parecon.


Na temat kapitalizmu można usłyszeć różne nieprzyjemne rzeczy: że promuje egoizm, chciwość, bezwzględność, intryganctwo i zakłamanie, zabija bezinteresowność, empatię, wrażliwość, szczerość i poczucie wstydu, wynagradza głównie za sam dostęp do zasobów i karze głównie za brak tego dostępu, opiera się na wielopoziomowym wyzysku większości przez bogatą grupkę pasożytów, skazuje na głód, nędzę i upokorzenie dużą część społeczeństwa, opiera się na cyklu okresów wzrostu i ponurych kryzysów, zamienia życie w idiotyczną pogoń za idiotycznymi dobrami a ludzi w trybiki maszyn do generowania zysku, dla większości ma do zaoferowania nudną, ogłupiającą, nie dającą krztyny spełnienia czy poczucia sensu pracę, w dodatku w ciągłym strachu o jej utratę, dewastuje środowisko naturalne, zamienia w towar to, co nie powinno być towarem, prowadzi do marnotrawstwa ludzkiego talentu na wielką skalę, nie zaspokaja prawdziwych potrzeb jednocześnie kreując pseudopotrzeby, pozbawia większość kontroli nad własnym życiem, dławi demokrację i niszczy stosunki międzyludzkie.
Osobiście myślę, że wszystko to generalnie prawda. Znalazłoby się też trochę osób, które myślą podobnie, ale większość z nich natychmiast doda, że nic lepszego na razie nie wymyślono, a każda próba zerwania z prywatną własnością środków produkcji połączoną z rynkową alokacją musi się skończyć czymś w rodzaju bolszewickiej tyranii. Jedyne ich zdaniem rozsądne rozwiązanie to próbować czynić kapitalizm znośniejszym poprzez narzucanie mu różnych ograniczeń, jak ubezpieczenia społeczne, publiczna edukacja, publiczna służba zdrowia, progresja podatkowa, ośmiogodzinny dzień pracy, zakaz pracy dzieci, płatne urlopy, płaca minimalna, ośrodki pomocy społecznej, przepisy BHP, ustawy o związkach zawodowych itd.
Alternatywnych wobec kapitalizmu modeli gospodarczych jest tymczasem całkiem sporo. Mało się o nich mówi, nawet w tzw. lewicowych środowiskach, ale myślę, że wynika to bardziej z upartego powtarzania, że one nie istnieją, niż z czegokolwiek innego.

Autorzy dwóch z nich, David Schweickart i Michael Albert, odbyli kilka lat temu coś w rodzaju debaty. Zaczęło się od brutalnej recenzji książki Alberta napisanej przez Schweickarta. Albert napisał odpowiedź, Schweickart odpowiedź na odpowiedź, a Albert odpowiedź na odpowiedź na odpowiedź. Później obaj spotkali się na konferencji, z której wideo wklejam obok (jakość jest dość podła, Albert i Schweickart bardziej przedstawiają swoje stanowiska niż polemizują, więcej pożytku będzie na pewno z przeczytania tekstów).
Swój system Schweickart nazywa „ekonomiczną demokracją”, jest to rodzaj tzw. rynkowego socjalizmu (system jest najpełniej opisany w książce After capitalism). Firmy prowadzą tu ze sobą rynkową rywalizację, ale są one kontrolowane i demokratycznie zarządzane przez samych pracowników. Nie istnieje więc praca najemna i podział na klasę kapitalistów i ludzi zmuszonych do wynajmowania się im do pracy. Rynkowość tego rodzaju socjalizmu polega oczywiście na zachowaniu rynku towarów i usług, przy likwidacji rynku pracy i rynku finansowego. W inwestycjach i zakładaniu nowych przedsiębiorstw dużą rolę grają publiczne banki. Istnieją pewne (oczywiście w porównaniu z kapitalizmem – nikłe)  nierówności społeczne i dość wyraźny podział zadań.
Propozycja Alberta jest bardziej radykalna i egalitarna. Nazywa się to „ekonomią uczestniczącą” (participatory economy, w skrócie parecon) – książka Alberta pod takim tytułem wyszła nawet po polsku. Chodzi o system, w którym rynek jest zastąpiony zdecentralizowanym planowaniem. Planowanie to odbywa się poprzez rady pracowników i konsumentów, w ramach których każdy deklaruje, ile i jak w danym okresie mógłby pracować i co chciałby za to dostać, po czym odbywają się negocjacje. Pracownicy są wynagradzani proporcjonalnie do tego ile, jak ciężko i w jakich warunkach pracują, a udział w decyzjach jest proporcjonalny do stopnia, w którym te decyzje danej osoby dotyczą. Nie istnieje też podział klasowy wynikający z podziału pracy – wszyscy biorą udział i w zarządzaniu, i w wykonywaniu „brudnej roboty”.
O tym, co ma Schweickart do Alberta, a co Albert do Schweickarta, w następnym odcinku.

czwartek, 22 września 2011

Co zostało z Marksa?

 J. Elster: What Is Living and What Is Dead in the Philosophy of Marx? in: Intorduction to Karl Marx, Cambridge University Press 1986.



W poprzednim wpisie było o tym, co wg Jona Elstera jest u Marksa martwe – teraz czas na listę tego, co u Marksa żywe:

1. Metoda dialektyczna (a przynajmniej jedna jej wersja). Nie chodzi tu Elsterowi o doktrynę opisaną w dziele Hegla przewrotnie nazwanym Nauką logiki, która to doktryna miała na Marksa pewien wpływ (chodzi o twierdzenie, że świat jest zbudowany ze „sprzeczności” w tym sensie, że dwa sprzeczne ze sobą twierdzenia mogą być jednocześnie prawdziwe). Chodzi o „wewnętrzne sprzeczności kapitalizmu”, przez który to (znowu – dziwaczny i mylący) termin Marks rozumiał raz logiczny błąd złożenia popełniany przez apologetów kapitalizmu, a raz same sytuacje, w których postępowanie korzystne dla jednostki jest jednocześnie katastrofalne dla społeczności. Dziś brzmi to może dość banalnie, ale w czasach Marksa absurdalny pogląd Adama Smitha mówiący, że zaspokajanie indywidualnych potrzeb jest zawsze w interesie całego społeczeństwa, był mocno rozpowszechniony, a nie, jak teraz, ograniczony głównie do grupy myślicieli z Centrum im. Adama Smitha.
2. Teoria alienacji. To teoria bardzo ciekawa po pierwsze przez to, że jest mocno, jak na Marksa, indywidualistyczna, a po drugie dlatego, że otwarcie czerpiąca z tradycji starożytnej, mianowicie etyki Arystotelesa. Kapitalizm nie tylko dlatego jest wg Marksa niemoralny, że prowadzi do niesprawiedliwego podziału dóbr, ale głównie dlatego, że zdecydowaną większość ludzi pozbawia on możliwości „dobrego życia”, które wiąże się z realizacją różnych ludzkich „potencjalności”, jak potrzeba twórczej pracy, samospełnienia, zabawy, kontroli nad własnym życiem itd. To podejście unika z jednej strony mnóstwa trudności, z którymi borykają się zwolennicy różnych odmian utylitaryzmu, twierdzący że dobro polega na maksymalizacji sumy przyjemności, szczęścia lub jeszcze czegoś innego, a z drugiej strony mnóstwa problemów, z którymi męczą się zwolennicy różnych odmian deontologii, twierdzący, że dobro polega na przestrzeganiu tych czy innych praw i wypełnianiu tych czy innych obowiązków. Trzeba przy tym wszystkim jednak pamiętać, że Marks nie zdobywa się nigdzie na żadne głębsze uzasadnienie swojej arystotelesowskiej koncepcji.
3. Teoria wyzysku. Często można usłyszeć, że marksistowska teoria wyzysku opiera się całkowicie na laborystycznej teorii wartości, a skoro ta druga jest błędna, to o żadnym wyzysku w kapitalizmie nie może być mowy. Elster (tak jak wielu innych analitycznych marksistów) stara się pokazać, że jedno z drugiego nie wynika, ale wydaje mi się, że w tej książce nie robi tego specjalnie przekonująco. Pisze on, że z LTW są podobne co z teorią wyzysku problemy, ale podczas gdy pierwsza jest do niczego, drugą da się jakoś uratować. Marks twierdzi, że z wyzyskiem mamy do czynienia zawsze, kiedy ludzie wykonują więcej pracy niż potrzeba do wyprodukowania dóbr, które konsumują, z  powodów takich jak przymus fizyczny (przypadek niewolnictwa i feudalizmu) czy przymus ekonomiczny (przypadek kapitalizmu). Coś jest na pewno na rzeczy jeśli chodzi o przymus, ale problem przeliczania dóbr na jednostki pracy pozostaje nierozwiązany. Ponadto Elster zastrzega, że wg niego wyzysk pochodzący z pracy najemnej nie jest jakimś fundamentalnym moralnym złem – możemy sobie wyobrazić dwie osoby, które w tych samych warunkach startują „od zera” (cokolwiek to znaczy), przy czym jedna pracuje mało konsumując dużo, a druga odwrotnie. Trudno znaleźć jakieś powody, dla których mielibyśmy mieć istotne moralne zastrzeżenia do sytuacji, w której druga osoba po jakimś czasie oferuje zatrudnienie pierwszej, a ta dobrowolnie przyjmuje ofertę.
4. Teoria zmian technologicznych. Marks zauważył, że pracownicy tym różnią się od tzw. kapitału stałego, że mają zdolność do stawiania zbiorowego i indywidualnego oporu pracodawcy i że ta zdolność musi wpływać na wysokość płacy. Wobec tego pracodawca może mieć powód, by nie wprowadzać nowej technologii, jeśli mogłoby się to wiązać ze zwiększeniem poziomu solidarności wśród pracowników, wzrostem ich siły przetargowej czy zbyt wysokimi kosztami nadzoru.
5. Teoria świadomości klasowej i walki klas. Jeśli intencją Marksa było uzasadnienie przy pomocy konfliktów klasowych teorii sił wytwórczych i stosunków produkcji, to nie udało mu się to (patrz lista tego, co martwe). Nie zmienia to faktu, że dużą ilość społecznych zjawisk udaje się za jej pomocą wyjaśnić, i to zarówno w dziewiętnastym wieku, jak dzisiaj. Nie można się jednak wg Elstera zadowolić tym, jak Marks potraktował konflikty między grupami, których granice biegną w poprzek podziałów klasowych – grupami takimi jak narody, rasy czy wyznawcy różnych religii. Bagatelizowanie przez Marksa tych konfliktów i sugerowanie, że są one w jakiś sposób „sztuczne” i że w jakiejś bliżej niezdefiniowanej „dalszej perspektywie” robią się nieistotne, nie jest wystarczająco dobrze uzasadnione.
6. Teoria ideologii. Nie jest on specjalnie żywa w sensie „popularna” czy „doceniana”, ale Elster twierdzi, że należałoby spróbować ją zrehabilitować. Drogą do tego byłoby sformułowanie na jej podstawie precyzyjnych hipotez, które można by przetestować za pomocą rygorystycznych eksperymentalnych procedur, ewentualnie skonfrontowanie tych hipotez z wynikami badań współczesnych (czyli teraz już ówczesnych, biorąc pod uwagę, że tekst pochodzi z 1986) psychologów kognitywnych. Na razie uzasadnienie teorii ideologii znajduje się wg Elstera w stadium anegdotyczno-funkcjonalistyczno-spiskowo-magicznym (co pokazuje, że wymogi stawiane pomysłom chcącym trafić na jego listę żywych teorii marksistowskich nie są specjalnie ostre).

          niedziela, 18 września 2011

          Co nie zostało z Marksa?

          J. Elster: What Is Living and What Is Dead in the Philosophy of Marx? in: Intorduction to Karl Marx, Cambridge University Press 1986.


          Marksizm analityczny, znany też pod bardziej wymowną nazwą „No-Bullshit Marxism”, jest (czy raczej był) próbą pogodzenia myśli Marksa z tradycją filozofii analitycznej, a konkretnie z takimi jej dobrodziejstwami jak klarowna argumentacja, precyzyjne definiowanie problematycznych pojęć czy robienie użytku z odkryć i metodologii „twardych nauk” oraz logiki formalnej. W przypadku konfliktu między Marksem a analitycznym rygorem przegrywał oczywiście Marks. W związku z tym, że takich konfliktów można znaleźć niemało, analityczny marksizm jest marksizmem mało ortodoksyjnym, a raczej istnieje kilka mało ortodoksyjnych marksizmów, ponieważ filozofowie, socjologowie i ekonomiści z tym nurtem kojarzeni (najbardziej znani to Gerald A. Cohen, John Roemer, Philippe van Parijs, Erik Olin Wright i Jon Elster) nie zgadzali się czasami zasadniczo co do tego, co można z Marksa uratować i co u Marksa jak interpretować.
          Jedną z najbardziej uniwersalnych książek analitycznych marksistów jest wydana w 1985 Making Sense of Marx Elstera. Jej mocno okrojona i przeredagowana wersja wyszła później pod nazwą An Introduction to Karl Marx. Kończy się ona zgrabnym wyliczeniem tego, co Elster uważa u Marksa za martwe i żywe.
          Przez „martwą teorię” Elster rozumie trzy rzeczy. Po pierwsze, może chodzić o teorię anachroniczną – prawdziwą, ale użyteczną jedynie w badaniu społecznych i ekonomicznych stosunków w dziewiętnastym wieku. Po drugie, może chodzić o teorię błędną, ale „nie z winy Marksa”, tzn. sformułowaną z wykorzystaniem najlepszych metod i na podstawie najlepszych danych, jakimi ktoś w jego położeniu mógł dysponować (a które, jak dzisiaj wiemy, były fałszywe lub niepełne). Po trzecie, może chodzić o teorię błędną „z winy Marksa”, czyli teorię opartą o dane, które jak już wtedy można było się zorientować, były błędne, lub (i) o teorię z logicznymi błędami.

          Lista tego, co martwe, wygląda tak:

          1. Socjalizm naukowy. Nie istnieje żaden poważny argument za tym, że historia podlega jakimś żelaznym prawom „postępu”, które muszą ostatecznie doprowadzić do wykształcenia się komunizmu. Ponadto socjalizm naukowy, twierdzi Elster, stwarza poważne problemy z moralnym uzasadnieniem jakiejkolwiek działalności politycznej eliminując z niej element moralnej odpowiedzialności i niepewności.
          2. Materializm dialektyczny. Po pierwsze, nie wiadomo, dlaczego mielibyśmy nazywać to „materializmem”. Ani Marks, ani żaden marksistowski filozof nie zajmował się filozoficznym materializmem z jego głównymi problemami, takimi jak problem stosunku ciała i umysłu czy problem danych zmysłowych. To, co Marks pisał o ideach i ich wpływie na struktury ekonomiczne sugeruje, że do materializmu było mu bardzo daleko. Nawet jeśli istniałaby jakaś dobrze zdefiniowana, specyficznie marksistowska wersja materializmu nie wiadomo jaki wpływ mogłaby ona mieć na materializm dialektyczny. Jeśli za materializmem dialektycznym kryje się w ogóle jakaś teoria, to jest ona trywialna. Wydaje się, że to tylko mętne i dziwaczne określenie raz na ogólne korelacje między wszystkimi rzeczami, raz na procesy sprzężenia zwrotnego.
          3. Marksistowska teleologia i funkcjonalizm. Na Marksa zgubny wpływ miał pomysł Hegla, że historia ma cel (choć nie ma podmiotu, który, jak tradycyjnie Bóg, by jej ten cel nadawał – tak jakby koncepcja celu bez podmiotu miała w ogóle jakiś sens). Celem historii miał być oczywiście komunizm, a dojść do niego ludzkość mogła tylko przez czyściec alienacji i walki klasowej. W opisie tego procesu ludzkość (czy raczej Ludzkość) staje się u Marksa jakimś tajemniczym podmiotem. Innym tego typu podmiotem staje się Kapitał. Teleologia Marksa umożliwia zastąpienie wyjaśnień przyczynowych (którymi posługuje się nauka) wyjaśnieniami celowymi – zjawisko x istnieje, bo zmierza do realizacji celu y.  Tego typu wyjaśnienia nigdy nie doprowadziły nikogo do jakichkolwiek poznawczych sukcesów.
          4. Marksistowska ekonomia. Jej fundament, czyli laborystyczna teoria wartości, to nieporozumienie. Nie radzi sobie ona m. in. z prostym zjawiskiem heterogeniczności pracy. Inna podstawa ekonomii Marksa – teoria spadającej stopy zysku – jest podobnie niedorzeczna, m. in. dlatego, że ignoruje fakt, że nawet zmiana technologiczna prowadząca do zaoszczędzenia pracy ma wpływ na wartość kapitału stałego, co z kolei przeciwstawia się tendencji stopy zysku do spadania. Inne teorie kryzysu naszkicowane przez Marksa są na tyle mętne, że trudno je w ogóle próbować obalić lub potwierdzić. Jedynym wyjątkiem – przykładem żywej teorii ekonomicznej Marksa – jest teoria zmian technologicznych, która trafia na listę żywych teorii.
          5. Teoria sił wytwórczych i stosunków produkcji. Ten przypadek jest wg Elstera bardziej kontrowersyjny od pozostałych. Główny problem z poglądem, według którego kształt stosunków własności w danej epoce jest uzależniony od tego, jak hamuje lub przyspiesza on rozwój sił wytwórczych jest taki, że nie ma on żadnego uzasadnienia na poziomie mikroekonomicznym; nie wiadomo jak miałby się przekładać na motywacje pojedynczych ludzi. Ponadto teoria ta jest sprzeczna z tym, co Marks pisze gdzie indziej (poza Kapitałem) o różnych historycznych sposobach produkcji.
            O tym, co z Marksa zostało, w następnym wpisie.

            niedziela, 31 lipca 2011

            Czy ekonomia to nauka?

            B. Leiter: Is Economics a "Science"?, "Leiter Reports" 08.10.2004.

            Brian Leiter to filozof znany głównie z bycia autorem jednego z najpopularniejszych blogów filozoficznych w sieci oraz poświęcania wielkiej ilości uwagi twórczości Nietzschego, co bardzo rzadkie wśród anglojęzycznych filozofów. 
            Temat, którym się tu zajmuje –   pseudonaukowość ekonomii (zwłaszcza ekonomii w jej mainstreamowym, neoklasycznym wydaniu) nie jest specjalnie popularny. Kiedy mowa jest o szarlatanerii uprawianej na uniwersytetach wymienia się najczęściej różne gałęzie psychologii (z psychoanalizą na czele) czy współczesną teorię literatury. Rzadko napiszą coś o ekonomii filozofowie nauki, a już chyba w ogóle różni pogromcy ciemnoty i zabobonu w rodzaju Michaela Shermera czy Richarda Dawkinsa. Wydaje mi się, że najwięcej na ten temat mają do powiedzenia sami co bardziej autorefleksyjni ekonomiści, jak Steve Keen, choć oczywiście stanowią oni bardzo niewielki ułamek całego ekonomicznego środowiska.
            Leiter cytuje tu przede wszystkim dwa teksty: krytyczny If Economics Isn't Science, What Is It? filozofa nauki Alexandra Rosenberga i umiarkowanie apologetyczny The Problems of Jurisprudence jurysty Richarda Posnera. Główny zarzut Rosenberga dotyczy głównego kryterium naukowości – zdolności dyscypliny do formułowania trafnych i precyzyjnych przewidywań. Wg Rosenberga ekonomiści są do formułowania takich przewidywań zupełnie niezdolni i nic nie wskazuje na to, by mieli stać się do tego zdolni w przyszłości. W ekonomii nie istnieje zatem praktycznie żaden postęp. Posner podaje przykłady trafnych przewidywań formułowanych przez ekonomistów, które Leiter –  i trudno się z nim nie zgodzić – uważa za żenująco banalne. Na podstawie zdrowego rozsądku, twierdzi Leiter, codziennie dokonujemy dziesiątek takich przewidywań, lecz nikt nie ma ochoty nazywać naszej zdroworozsądkowej psychologii nauką. Nauka musi potrafić formułować przewidywania nie tylko kwalitatywne, ale też kwantytatywne (albo przynajmniej dawać nadzieję na te drugie) – nie wystarczy stwierdzić, że jeśli zaistnieje fenomen A, to, ceteris paribus, zaistnieje fenomen B, trzeba też umieć wyrazić tą zależność w liczbach. Krytycy ekonomii najczęściej twierdzą, że indolencja tej dyscypliny wynika z tego, że większość jej fundamentalnych teorii – jak teoria racjonalnego wyboru czy teoria równowagi ogólnej – zostały albo empirycznie obalone, albo są nawet dla samych ekonomistów niezrozumiałe, albo są tautologiami.
            Co gorsza, w przeciwieństwie do takich teoretyków literatury, ekonomiści mają często ogromny wpływ na decyzje polityczne. Na decyzjach tych, jak nietrudno zauważyć, zazwyczaj korzysta bogata elita, a traci cała reszta, przy czym ekonomiści (zwłaszcza ci tzw. neoliberalni) wytrwale zapewniają, że zyskują wszyscy. Leiter domyśla się, że tu właśnie pies może być pogrzebany:

            Perhaps the ascendancy of economics as a force in public policy has much more to do with its ability to rationalize policies that tangibly benefit ruling groups in American society than with its empirical and cognitive credentials. 

            Trafiłem też ostatnio na ciekawą grafikę ilustrującą rolę amerykańskich profesorów ekonomii w doprowadzeniu do trwającego do dziś kryzysu finansowego i w jego „naprawianiu” oraz niemniej ciekawe badanie pokazujące, że 78,4% doktorów ekonomii nie potrafi rozwiązać prostego (wg nich samych) zadania dotyczącego innego fundamentalnego ekonomicznego konceptu - kosztu alternatywnego.