Dorastałem w Polsce na przełomie wieków, co oznaczało, że nasłuchałem się od pokolenia moich rodziców o tym, jak bezsensowna była praca w PRL-u. Biurokraci byli niekompetentni, mówili, centralne planowanie niewydolne, do tego bezrobocie musiało być zerowe, więc tworzyło się mnóstwo nikomu niepotrzebnych miejsc pracy. Kiedy jednak dzisiaj rozmawiam ze znajomymi pracującymi w korporacjach, to odnoszę wrażenie, że wcale nie jest lepiej. Każdy z nich jest głęboko przekonany, że duża część tego, co robi on i co robią ludzie wokół jest kompletnie bez sensu. Że nie tylko społeczeństwo nie ma z tego żadnego pożytku, ale nawet udziałowcy. Produkowanie korporacyjnego pustosłowia, wdrażanie idiotycznych procedur, siedzenie na nasiadówkach, kretyńskie szkolenia – nie słyszałem o nikim, kto spędziłby choć chwilę w korporacji i tego nie zaznał.
Sam pracowałem kiedyś w firmie, która zajmowała się podnoszeniem produktywności innych firm, ale głównie w teorii. W praktyce często wyglądało to tak, że masowo wywalaliśmy całkiem produktywnych pracowników fizycznych, a zostawialiśmy w spokoju oczywistych darmozjadów w białych kołnierzykach. Do tego uczyliśmy menadżerów różnych zamordystycznych technik, by mogli skuteczniej dokładać nowych obowiązków tym, którzy przetrwają czystkę, co działało albo i nie, więc często kończyło się krótkoterminowymi oszczędnościami, po których następowała katastrofa. Nikt się jednak nie skarżył i dla wszystkich było jasne, że skarżyć zaczęliby się dopiero, gdybyśmy rzeczywiście próbowali eliminować bezsensowną pracę.
Moje odczucia wydają się potwierdzać badania: wg ankiety YouGov z 2015 37% Brytyjczyków uważa, że ich praca jest bez sensu. Potwierdza je też popkultura: taki np. Dilbert niewątpliwie zrobił się popularny, bo pracownicy openspace’ów świata odnaleźli w nim własne doświadczenia.
Kiedy jednak człowiek szuka czegoś bardziej naukowego na temat tego zjawiska, to praktycznie niczego nie da się znaleźć – a raczej nie dało się do zeszłego roku, kiedy książkę o pracy bez sensu opublikował antropolog David Graeber. Twierdzi on w niej, że, po pierwsze, przyrost bezsensownych stanowisk pracy (bullshit jobs) nie jest złudzeniem i, po drugie, że można go wyjaśnić odwołując się do kapitalistycznej struktury władzy. Wyjaśnienie jest takie, że współczesny kapitalista jest jak dawny pan feudalny, który zatrudniał całą armię ludzi nie robiących nic produktywnego, by uzależnić ich od siebie i tym samym utrzymać swoją pozycję. Weźmy na przykład USA. W ciągu ostatnich 50 lat dramatycznie wzrosła tam produktywność, ale nie sprawiło to ani że ludzie pracują mniej, ani że zarabiają istotnie więcej (o ile oczywiście nie należą do elity). W dodatku duża część produkcji przeniosła się do Azji. Co więc robią wszyscy ci pracownicy? Wg Graebera pracę realną w dużej mierze zastąpiła praca bezsensowna.
Szczerze mówiąc nie do końca mnie to przekonuje. Po pierwsze, momentami zaczyna to wszystko pachnieć teorią spiskową – np. kiedy czytam, że „klasa rządząca odkryła, że szczęśliwa i produktywna populacja z wolnym czasem w rękach to śmiertelne niebezpieczeństwo”. Gdzie indziej Graeber twierdzi jednak, że nie chodzi mu o żadne świadome odkrycie i planowanie, a raczej o to, że rynek sam załatwia sprawę – nie tłumaczy jednak, w jaki sposób.
Po drugie, jego definicja bezsensownej pracy jest problematyczna. Pisze on, że bezsensowne stanowisko to takie, którego wyeliminowanie nie zrobiłoby „zauważalnej różnicy w świecie”. Zniknięcie każdego stanowiska robi jednak różnicę – choćby taką, że zwiększa się bezrobocie, maleje konsumpcja, albo wpływy do budżetu się zmniejszają. Być może chodzi mu o likwidację stanowiska polegającą na tym, że pracownik przestaje pracować, ale nadal dostaje wypłatę, a firma pokrywa też inne koszty, które by generował, gdyby pracował? Nawet wtedy jednak eliminacja bezsensownego wg Graebera stanowiska może wpłynąć na finansowy wynik firmy. Pisze on np. o pachołkach, których główną rolą jest samo bycie zatrudnionym, po to by np. menedżer na górze mógł uchodzić za poważnego menedżera, mającego pod sobą tylu a tylu ludzi, albo by firma robiła wrażenie poważnej firmy, którą stać na zatrudnienie osoby na stanowisku takim a takim. I jak sam zauważa, pozbycie się takiego pachołka będzie oznaczało, że klienci czy kontrahenci zaczną firmę omijać, bo będzie im się wydawała podejrzana. Jak więc likwidacja takiej pracy ma „nie robić zauważalnej różnicy”?
Myślę, że Graeberowi wyszłoby na zdrowie, gdyby wyraźnie rozgraniczył bezsensowną pracę, z której nie mają pożytku ani udziałowcy, ani społeczeństwo i pracę, z której mają pożytek udziałowcy, ale nie ma społeczeństwo. Wtedy mogłoby się okazać, że wyjaśnienie jest dużo prostsze. Wydaje mi się, że część absurdów opisanych przez Graebera to wynik korporacyjnego autorytaryzmu. Każda tyrania prowadzi do marnotrawstwa i kapitalistyczna firma nie jest tu żadnym wyjątkiem. Oczywiście udziałowcy mają interes w tym, by maksymalizować zysk, ale ich możliwości kontroli nad biurokratyczną maszyną są mocno ograniczone. Poza tym mamy też bezsensowną pracę, która wynika z dążenia do maksymalizowania zysku. Kapitalizm musi nieustannie nakręcać spiralę produkcji i konsumpcji i robi to na coraz bardziej idiotyczne sposoby. Graeber pisze np. o oddziałach bankowych telemarketerów, których zadaniem jest wyszukać mniej ogarniętych klientów i wcisnąć im zupełnie niepotrzebne usługi – to jeden z wielu rodzajów takiej pracy. Myślę, że od rozpatrzenia tej hipotezy należałoby zacząć, zanim zacznie się forsować teorię o tym, jak wolny czas klasy pracującej zagraża klasie rządzącej.
Nawet jednak jeśli teoria Graebera nie jest przekonująca, to i tak warto tę książkę przeczytać – choćby po to, by poznać zgromadzone przez niego świadectwa nieszczęśników na bezsensownych stanowiskach i uzmysłowić sobie, jak współczesny kapitalizm marnuje ludziom życie.
Sam pracowałem kiedyś w firmie, która zajmowała się podnoszeniem produktywności innych firm, ale głównie w teorii. W praktyce często wyglądało to tak, że masowo wywalaliśmy całkiem produktywnych pracowników fizycznych, a zostawialiśmy w spokoju oczywistych darmozjadów w białych kołnierzykach. Do tego uczyliśmy menadżerów różnych zamordystycznych technik, by mogli skuteczniej dokładać nowych obowiązków tym, którzy przetrwają czystkę, co działało albo i nie, więc często kończyło się krótkoterminowymi oszczędnościami, po których następowała katastrofa. Nikt się jednak nie skarżył i dla wszystkich było jasne, że skarżyć zaczęliby się dopiero, gdybyśmy rzeczywiście próbowali eliminować bezsensowną pracę.
Moje odczucia wydają się potwierdzać badania: wg ankiety YouGov z 2015 37% Brytyjczyków uważa, że ich praca jest bez sensu. Potwierdza je też popkultura: taki np. Dilbert niewątpliwie zrobił się popularny, bo pracownicy openspace’ów świata odnaleźli w nim własne doświadczenia.
Kiedy jednak człowiek szuka czegoś bardziej naukowego na temat tego zjawiska, to praktycznie niczego nie da się znaleźć – a raczej nie dało się do zeszłego roku, kiedy książkę o pracy bez sensu opublikował antropolog David Graeber. Twierdzi on w niej, że, po pierwsze, przyrost bezsensownych stanowisk pracy (bullshit jobs) nie jest złudzeniem i, po drugie, że można go wyjaśnić odwołując się do kapitalistycznej struktury władzy. Wyjaśnienie jest takie, że współczesny kapitalista jest jak dawny pan feudalny, który zatrudniał całą armię ludzi nie robiących nic produktywnego, by uzależnić ich od siebie i tym samym utrzymać swoją pozycję. Weźmy na przykład USA. W ciągu ostatnich 50 lat dramatycznie wzrosła tam produktywność, ale nie sprawiło to ani że ludzie pracują mniej, ani że zarabiają istotnie więcej (o ile oczywiście nie należą do elity). W dodatku duża część produkcji przeniosła się do Azji. Co więc robią wszyscy ci pracownicy? Wg Graebera pracę realną w dużej mierze zastąpiła praca bezsensowna.
Szczerze mówiąc nie do końca mnie to przekonuje. Po pierwsze, momentami zaczyna to wszystko pachnieć teorią spiskową – np. kiedy czytam, że „klasa rządząca odkryła, że szczęśliwa i produktywna populacja z wolnym czasem w rękach to śmiertelne niebezpieczeństwo”. Gdzie indziej Graeber twierdzi jednak, że nie chodzi mu o żadne świadome odkrycie i planowanie, a raczej o to, że rynek sam załatwia sprawę – nie tłumaczy jednak, w jaki sposób.
Po drugie, jego definicja bezsensownej pracy jest problematyczna. Pisze on, że bezsensowne stanowisko to takie, którego wyeliminowanie nie zrobiłoby „zauważalnej różnicy w świecie”. Zniknięcie każdego stanowiska robi jednak różnicę – choćby taką, że zwiększa się bezrobocie, maleje konsumpcja, albo wpływy do budżetu się zmniejszają. Być może chodzi mu o likwidację stanowiska polegającą na tym, że pracownik przestaje pracować, ale nadal dostaje wypłatę, a firma pokrywa też inne koszty, które by generował, gdyby pracował? Nawet wtedy jednak eliminacja bezsensownego wg Graebera stanowiska może wpłynąć na finansowy wynik firmy. Pisze on np. o pachołkach, których główną rolą jest samo bycie zatrudnionym, po to by np. menedżer na górze mógł uchodzić za poważnego menedżera, mającego pod sobą tylu a tylu ludzi, albo by firma robiła wrażenie poważnej firmy, którą stać na zatrudnienie osoby na stanowisku takim a takim. I jak sam zauważa, pozbycie się takiego pachołka będzie oznaczało, że klienci czy kontrahenci zaczną firmę omijać, bo będzie im się wydawała podejrzana. Jak więc likwidacja takiej pracy ma „nie robić zauważalnej różnicy”?
Myślę, że Graeberowi wyszłoby na zdrowie, gdyby wyraźnie rozgraniczył bezsensowną pracę, z której nie mają pożytku ani udziałowcy, ani społeczeństwo i pracę, z której mają pożytek udziałowcy, ale nie ma społeczeństwo. Wtedy mogłoby się okazać, że wyjaśnienie jest dużo prostsze. Wydaje mi się, że część absurdów opisanych przez Graebera to wynik korporacyjnego autorytaryzmu. Każda tyrania prowadzi do marnotrawstwa i kapitalistyczna firma nie jest tu żadnym wyjątkiem. Oczywiście udziałowcy mają interes w tym, by maksymalizować zysk, ale ich możliwości kontroli nad biurokratyczną maszyną są mocno ograniczone. Poza tym mamy też bezsensowną pracę, która wynika z dążenia do maksymalizowania zysku. Kapitalizm musi nieustannie nakręcać spiralę produkcji i konsumpcji i robi to na coraz bardziej idiotyczne sposoby. Graeber pisze np. o oddziałach bankowych telemarketerów, których zadaniem jest wyszukać mniej ogarniętych klientów i wcisnąć im zupełnie niepotrzebne usługi – to jeden z wielu rodzajów takiej pracy. Myślę, że od rozpatrzenia tej hipotezy należałoby zacząć, zanim zacznie się forsować teorię o tym, jak wolny czas klasy pracującej zagraża klasie rządzącej.
Nawet jednak jeśli teoria Graebera nie jest przekonująca, to i tak warto tę książkę przeczytać – choćby po to, by poznać zgromadzone przez niego świadectwa nieszczęśników na bezsensownych stanowiskach i uzmysłowić sobie, jak współczesny kapitalizm marnuje ludziom życie.



