piątek, 25 listopada 2016

Nasza propaganda



Nikogo pewnie nie zaskoczę, jeśli napiszę, że przygnębiła mnie i zniesmaczyła wygrana Trumpa w wyborach. Ale zniesmaczyła mnie też lektura propagandy wyprodukowanej z tej okazji w polskiej prasie.
Propaganda jest jak brzydki zapach z ust – mają to inni. Wiadomo, że propagandę uprawiają Rosja, Chiny, Iran czy Wenezuela – my tymczasem mamy wolne media, które mówią jak jest. Oczywiście między różnymi tytułami są istotne różnice w doborze wiadomości i ich interpretacji, ale to tylko świadczy o tym, że są wolne i niezależne, a ich odbiorca ma możliwość skonstruować sobie w miarę obiektywny obraz świata – w każdym razie dużo bardziej obiektywny w porównaniu z odbiorcą mediów w państwie autorytarnym.
Takie jest powszechne przekonanie, ale wydaje mi się, że to w dużej mierze złudzenie. Różnice między tytułami są oczywiście faktem, ale dyskusja odbywa się w bardzo wąskich ramach. Cały medialny mainstream, od prawa do lewa, wyznaje pewne dogmaty, których podważanie jest praktycznie niemożliwe, i to mimo tego, że są one albo mocno dyskusyjne, albo wprost fałyszwe. Jedym z takich dogmatów jest wiara w to, że Stany Zjednoczone i ich sojusznicy generalnie starają się promować demokrację i prawa człowieka na świecie.
Zapoznanie się z podstawowymi faktami z powojennej historii Iranu, Iraku, Indonezji, Filipin, Egiptu, Izraela, Haiti, Chile, Kolumbii, Brazylii, Salwadoru, Gwatmali, Nikaragui, Panamy, Kuby, Wietnamu, Kambodży, Korei Południowej, Turcji i wielu innych miejsc prowadzi do jasnego wniosku, że w rzeczywistości jest dokładnie odwrotnie: Stany są światowym liderem w łamaniu prawa międzynarodowego, praw człowieka i dławieniu demokracji. Ale to herezja, więc można ją znaleźć najwyżej na niszowych blogach, w słabo dostępnych czasopismach i mało znanych książkach.
Przy okazji wyborów w Stanach dogmat przybrał w polskich mediach następującą formę: Amerykanie pod przywództwem Trumpa zrezygnują ze swojej opartej na bezinteresownym idealizmie misji cywilizacyjnej i nie będą już chcieli bronić nas przed zakusami imprerialistycznego demona Putina. Troskę o wartości, takie jak demokracja i prawa człowieka, Trump zastąpi – w jednej wersji – chłodną kalkulacją zysków i strat, lub – w drugiej – irracjonalnymi posunięciami wynikającymi z jego irracjonalnych popędów.
Oto kilka przykładów z ostatnich dni (skupiam się na Gazecie Wyborczej, bo głównie tam zaglądam, ale mogę się założyć, że np. w Rzeczpospolitej czy Gazecie Prawnej wygląda to bardzo podobnie): Katarzyna Kolenda-Zaleska zauważa, że po wyborze Trumpa Zachód może przestać być „depozytariuszem zasad, w które wpisują się wolność, równość i braterstwo”. Dawid Warszawski ogłasza, że po wyborze Trumpa „nie można już mówić o Zachodzie jako o wolnym świecie” i wytyka błędy, które sprawiły, że Amerykanie, „od czterech pokoleń dźwigający główny ciężar obrony i umacniania wolnego świata”, nie będą już chcieli dłużej tego ciężaru dźwigać. Były ambasador Polski w Stanach Ryszard Schnepf wykazuje więcej optymizmu, bo wie, że „w społeczeństwie USA jest głęboko zakorzeniona filozofia służenia innym. Amerykanie są dumni, że walczą o demokrację i wolność na wielu frontach”. Adam Rotfeld, były minister spraw zagranicznych, martwi się, że Trump popchnie znane dotąd z głębokiego respektu dla prawa międzynarodowego państwo w stronę „unilateralizmu, czyli odrzucania w arbitralny sposób przyjętych wielostronnych zobowiązań i podejmowania decyzji w trybie jednostronnym”. Roman Imielski twierdzi, że Polska ma się czego bać, ponieważ Trump „dawał sygnały, że polityka to biznes, że trzeba przedkładać interesy nad wartości” (myślenie zapewne dotychczas obce amerykańskiej administracji). Maciej Jarkowiec cytuje New York Timesa, gdzie przeciwstawiają krwiożerczego i nieodpowiedzialnego Trumpa m.in. melancholijnemu Nixonowi, który „martwił się, że przedstawiane mu wojenne scenariusze »lekką ręką traktują miliony ofiar śmiertelnych«” (miliony ofiar śmiertelnych w Indochinach nie były najwidoczniej potraktowane lekką ręką). Niezawodna Anne Applebaum przypomina popierającemu Trumpa generałowi Flynnowi, że najazd na Afganistan świadczył „o wspólnym zaangażowaniu się w pokój, bezpieczeństwo, rządy prawa i wolność”; jest zatrwożona faktem, że Trump „chwalił dyktatorów świata” (domyślamy się, że żaden z jego poprzedników nie byłby zdolny do czegoś podobnego); obawia się, że Amerykanie przestaną dbać o to, by na inne narody spłynęło błogosławieństwo „wolnego handlu” i biada, że wolny świat właśnie utracił swojego lidera.
Groteskowość tych tekstów i ich oderwanie od rzeczywistości nie ustępują poziomowi Trybuny Ludu piszącej o Związku Radzieckim jako niezwyciężonej ostoi pokoju i postępu. Skąd się bierze to dziwne podobieństwo?
Najbardziej szczegółowe wyjaśnienie, jakie znam, to model propagandy Edwarda S. Hermana i Noama Chomsky'ego, wyłożony w wydanej w 1988 książce Manufacturing Consent. Oczywiście 1988 to nie 2016, Polska to nie Stany, a Gazeta Wyborcza to nie New York Times, ale wydaje mi się, że książka nie straciła na aktualności aż tak bardzo i że mutatis mutandis można za jej pomocą wytłumaczyć, jak powstają treści powyższego typu. We wstępie Herman i Chomsky piszą (moje tłumaczenie):

W państwach, gdzie narzędzia władzy są w rękach państwowej biurokracji, a monopolistyczna kontrola nad mediami jest często wzmocniona przez oficjalną cenzurę, jest oczywiste, że media służą interesom elity rządzącej. Dużo trudniej jest dostrzec pracę systemu propagandowego tam, gdzie media są prywatne i gdzie formalna cenzura nie istnieje. Zwłaszcza w sytuacji, kiedy media aktywnie ze soba konkurują, od czasu do czasu ujawniają i krytykują występki rządu, a także w agresywny sposób portretują same siebie jako rzeczników wolności słowa i interesu publicznego. To, co nie jest oczywiste (i o czym nie dyskutuje się w mediach), to ograniczona natura takiej krytyki, olbrzymia nierówność w kontroli nad zasobami oraz wpływ tej nierówności na dostęp do prywatnego systemu medialnego, a także na jego funkcjonowanie.
Nasz model propagandy skupia się na nierówności pod względem zasobów i władzy oraz na jej wielopoziomowym wpływie na interesy i wybory mass mediów. Śledzi on sposoby, którymi kapitał i władza filtrują wiadomości nadające się do druku, marginalizują głosy sprzeciwu oraz pozwalają rządowi i prywatnemu biznesowi dotrzeć ze swoim przekazem do społeczeństwa. Podstawowe elementy naszego modelu, inaczej „filtry” wiadomości, to: (1) rozmiar, struktura własnościowa, zamożność właściciela i orientacja na zysk dominujacych spółek medialnych; (2) reklama jako główne źródło przychodu mass mediów; (3) pozyskiwanie przez media informacji pochodzących od rządu, biznesu i „ekspertów” finansowanych i zatwierdonych przez powyższe źródła i podmioty władzy; (4) „ostrzał” („flak”) jako środek dyscyplinowania mediów i (5) „antykomunizm” jako narodowa religia i mechanizm kontroli. Elelementy te są ze sobą powiązane i wzajemnie się wzmacniają. Surowy materiał wiadomości musi zostać przez nie kolejno przepuszczony, by oczyszczona pozostałość mogła trafić do druku. Filtry ustanawiają warunki dyskursu i interpretacji, definiują, co jest w ogóle warte uwagi mediów i wyjaśniają sposób działania czegoś, co w praktyce sprowadza się do kampanii propagandowych.
Dominacja elity nad mediami i marginalizacja dysydentów, która wynika z działania filtrów, odbywają się w sposób tak naturalny, że ludzie mediów, często działając z pełną uczciwością i w dobrej wierze, są w stanie wmówić sobie, że wybierają i interpretują wiadomości „obiektywnie” i zgodnie z wartościami profesji. Często są oni zresztą obiektywni w ramach wyznaczanych przez filtry, jednak same ramy są tak silne i tak fundamentalnie wbudowane w system, że inne zasady tworzenia wiadomości są praktycznie niewyobrażalne.

Po pierwsze, główne media są dużymi korporacjami, w których udziały mają inne duże korporacje. Celem korporacji nie jest przedstawianie obiektywnego obrazu świata, tylko robienie zysku. Między jednym a drugim często występuje konflikt: np. kiedy jakiś dyktator w Trzecim Świecie jest skłonny otworzyć kraj na zagraniczne inwestycje, zwalczać związki zawodowe i generalnie tworzyć „klimat przyjazny dla biznesu”, korporacje nie mają interesu w robieniu szumu wokół jego zbrodni. Z drugiej strony kiedy jakiś rząd nie chce uzależniać swojej gospodarki od międzynarodowych korporacji, korporacje te mają dobry powód, by chcieć go przedstawić w złym świetle i dążyć do jego obalenia – tym bardziej że ewentualny sukces mógłby zainspirować inne państwa w regionie do zrobienia czegoś podobnego. Ponadto zysk korporacji jest na tysiąc sposobów uzależniony od działań rządu: rząd przyznaje koncesje, może obniżyć lub podnieść podatki, ułatwić lub utrudnić inwestycje itd. Dlaczego media miałyby postępować wbrew swoim interesom starając się przedstawiać polityków i ich poczynania w bezstronny sposób?
Po drugie, media żyją przede wszystkim z reklam – a więc ich głównym produktem jest przestrzeń reklamowa, a głównym klientem inne korporacje. Dlaczego reklamodawcy mieliby chcieć zamieszczać swoje reklamy obok treści, które zniechęcają do kupowania ich produktów lub popierają politykę, która zmniejsza ich zysk? W 1964 zamknięto Daily Herald, lewicowy brytyjski dziennik czytany prawie wyłącznie przez klasę robotniczą. Problemem nie był brak czytelników – jeszcze w ostatnim roku istnienia gazeta miała nakład 4,7 mln egzemplarzy, czyli prawie dwa razy tyle, co The Times, Financial Times i Guardian razem wzięte. Kłopot polegał na tym, że duże firmy nie chciały tam zamieszczać reklam, a czytelników nie było stać, by płacić dużo więcej za egzemplarz. To jeden z wielu przykładów na to, że kupujące reklamy korporacje generalnie uciekają od mediów o profilu socjalistycznym, antyglobalistycznym czy antyimperialistycznym. Do tego wiadomo, że biedni odbiorcy, którzy kupują głównie artykuły pierwszej potrzeby, nie są dla reklamodawcy łakomym kąskiem. W ten sposób elicie nie potrzeba centralnego urzędu cenzorskiego, bo wolny rynek sam eliminuje głosy sprzeciwu.
Po trzecie, media są zawsze uzależnione od źródeł informacji. Każde medium potrzebuje codziennego dopływu niusów, których nie da się wygenerować utrzymując korespondentów wszędzie i każąc im prowadzić mozolne dociekania na wzór badań naukowych – zwyczajnie nie ma na to czasu ani środków. Korespondenci muszą więc gromadzić się głównie przy ośrodkach władzy, gdzie rządzący karmią ich treścią, zarówno oficjalnie (np. w wywiadach i podczas konferencji prasowych), jak nieoficjalnie (robiąc tzw. przecieki). Dziennikarze wiedzą, że jeśli nie będą tych treści prezentowali w sposób, w jaki oczekują tego rządzący, to rządzący zaczną ich bojkotować – skończą się akredytacje, wywiady, występy w programach i przecieki.
Poza tym rząd i korporacje wydają potężne pieniądze na przemysł public relations i public information, który produkuje raporty, broszury, magazyny, informacje prasowe, organizuje konferencje, wykłady, wizyty itp. Kiedy dziennikarz pisze np. o amerykańskich podbojach, to bardzo łatwo jest mu skorzystać ze źródeł kontrolowanych przez Pentagon, a trudno z innych źródeł. Dodatkowo rząd i korporacje wydają też ogromne pieniądze na think tanki i organizacje pozarządowe, które produkują tzw. ekspertów – zawsze gotowych, by z minami bezstronnych badaczy przedstawić w mediach swoje opinie, dziwnie zbieżne z interesami instytucji, które ich finansują. Inni eksperci są trudno dostępni, albo w ogóle ich nie ma, bo kto ma ich finansować – rolnicy z Gwatemali, szwaczki z Bangladeszu, bezrobotni z Michigan? W związku z tym dziennikarze często ze zwykłej wygody przedstawiają punkt widzenia elity jako obiektywną prawdę.
Po czwarte, kiedy już zdarzy się, że jakaś nieprawomyślna treść przedostanie się do medium, następuje jego „ostrzał” w postaci telefonów, listów, zapytań, skarg, gróźb, petycji, wystąpień w parlamencie i pozwów sądowych. Korporacje i rząd finansują różne organizacje (często o orwellowskich nazwach, jak Accuracy in Media czy Freedom House), które specjalizują się w takich atakach, tropiąc przypadki „uprzedzeń wobec ludzi biznesu” czy „sprzyjania wrogom wolności”. Intesywny „ostrzał” może być dla mediów kosztowny: procesy mogą pochłonąć spore pieniądze, reklamodawcy mogą odpłynąć. Dziennikarze doskonale o tym wiedzą i unikają publikowania rzeczy, które mogą się elicie nie spodobać.
Ostatni filtr, czyli ideologia „antykomunizmu”, nieco się zdezaktualizował po zakończeniu Zimnej Wojny, ale we wstępie do wydania z 2001 Herman i Chomsky twierdzą, że był on w zasadzie tylko elementem czegoś większego, mianowicie wiary w magię wolnego rynku: „Triumf kapitalizmu i wzrost potęgi tych, którzy mają interes w prywatyzacji i rządach rynku wzmocniły działanie ideologii rynkowej, w każdym razie wśród elity, co sprawiło, że bez względu na fakty rynki są uznawane za dobroczynne, a nawet demokratyczne (Thomas Frank nazywa to »populizmem rynkowym«), natomiast mechanizmy nierynkowe są podejrzane – choć ideologia pozwala na wyjątki, kiedy prywatne firmy potrzebują subsydiów i pomocy rządu w robieniu interesów za granicą.” Ludzie mediów zazwyczaj wyznają tę wiarę (choć trzeba przyznać, że w niewielkim stopniu się to zmieniło po kryzysie w 2008), w związku z czym są skłonni ignorować lub dziwnie interpretować fakty, które się z tą wiarą kłócą.
Herman i Chomsky starają się testować działanie modelu m.in. porównując parami przypadki zbrodni, które różniły się głównie tym, że jedna była ich, a druga nasza – poza tym były podobne. Mamy m.in. drobiazgową analizę tego, ile i jak pisano w amerykańskiej prasie o zabójstwie księdza Popiełuszki w porównaniu z tym, i ile i jak pisano o zabójstwach kilkudziesięciu księży-opozycjonistów w Salwadorze, Gwatemali i Hondurasie, mamy też prównanie relacji z rzezi Kambodży w wykonaiu Pol Pota z relacjami (a raczej ich brakiem) z rzezi Timoru Wschodniego w wykonaniu Suharto. Przepaść między jednym a drugim jest zawsze gigantyczna.
Podobnie jest, wydaje mi się, z Trumpem: Trump sugeruje tylko, że będzie robił dokładnie to, co jego poprzednicy: dogadywał się z dyktatorami, łamał prawo międzynarodowe, dokonywał zbrodni wojennych, torturował, zabijał ludzi uznanych za wrogów razem z rodzinami i generalnie na każdym kroku „przedkładał interesy nad wartości”. Jednak po przepuszczeniu tego przez filtry Gazety Wyborczej wychodzi, że Trump to koniec cywilizacji Zachodu z jego świętymi wartościami, podczas gdy np. Obama to niezłomny strażnik owych wartości.
Podsunowując: według Hermana i Chomsky'ego w tzw. liberalnej demokracji tak samo jak w państwie totalitarnym media są głównie po to, by za ich pomocą rządząca elita mogła indoktrynować społeczeństwo. Mechanizm działania aparatu propagandowego jest u nas zupełnie inny – nie ma cenzury, nie ma poleceń z centralnego urzędu – ale efekty bardzo podobne. Od siebie mógłbym dodać, że jest też inna różnica: nasz aparat bywa dużo skuteczniejszy. Kiedy np. w latach 80. Trybuna Ludu ogłaszała, że ZSRR w całej swojej szlachetności wziął na siebie ciężar kierowania obozem pokoju i postępu, to praktycznie nikt nie brał tego na poważnie. Kiedy dzisiaj Anne Applebaum pisze o misji lidera wolnego świata, to nasza inteligencja często łyka to bez popijania. Warto podkreślić: inteligencja, niekoniecznie już całe społeczeństwo, ale to do tej pory nie miało wielkiego znaczenia, bo społeczeństwo pełniło rolę przewidzianą dla niego przez elitę, czyli było bierne i posłuszne. Wygląda na to, że zaczyna się to zmieniać, ale dopóki bunt będzie przybierał formę głosowania na Trumpa i jemu podobnych, to obwiam się, że będzie tylko gorzej.

niedziela, 13 listopada 2016

EMNN #9: Ratowanie żuczków



Wyobraźmy sobie stertę papierów na biurku. Zabieramy jedną kartkę, sterta nadal pozostaje stertą. Zabieramy kolejną, sterta nadal jest startą, bo przecież odjęcie tylko jednej kartki nie może zamienić sterty w nie-stertę. Zabieramy więc kolejne kartki i tak dochodzimy do wniosku, że jedna kartka papieru musi być stertą. A nawet że zero kartek też musi być stertą. Można też oczywiście jechać w drugą stronę i wychodząc od twierdzenia, że jedna kartka to na pewno nie sterta oraz że dodanie jednej kartki nie zamieni sterty w nie-stertę, dojść so wniosku, że sto tysięcy kartek nie może tworzyć sterty. Problem można przedstawić jako złożony argument dedykcyjny:

Jeden karta papieru to nie sterta papieru.
Jeśli jedna kartka to nie sterta, to dwie kartki to nie sterta.
A więc dwie kartki to nie sterta.
Jeśli dwie kartki to nie sterta, to trzy kartki to nie sterta.
A więc trzy kartki to nie sterta.
____________________________________________
Sto tysięcy kartek papieru to nie sterta papieru.


Filozofowie męczą się z tym paradoksem od starożytności. Współcześnie istnieje kilka konkurencyjnych rozwiązań. Można, jak Quine, uznać, że język naturalny jest nieuleczalnie chory, w związku z czym należy się przerzucić na język idealny, pozbawiony nieostrych predykatów takich jak „jest stertą”. Można, jak Williamson, uznać, że któraś z przesłanek argumentu musi być fałszywa i że istnieje (niepoznawalna) ostra granica między startą a nie-stertą, a więc wniosek jest fałszywy. Można, jak Fine, uznać, że argument jest logicznie poprawny, ale niektóre jego niewarunkowe przesłanki nie są ani prawdziwe, ani fałszywe, w związku z czym wniosek jest fałszywy. Można, jak Tye, uznać argument za logicznie niepoprawny całkowicie odrzucając logikę dwuwartościową. Można, jak Kamp, uznać, że argument może i jest poprawny, a przesłanki są prawdziwe, więc wniosek jest prawdziwy, ale w innym kontekście taki sam wniosek prawdziwy już nie będzie. Można, jak Unger, uznać argument za poprawny, a przesłanki za prawdziwe i stwierdzić, że nic nie jest stertą i nic nie jest też nie-stertą.

Istnieje też coś jakby etyczna wersja tego paradoksu, którą ładnie ilustruje słynna historia z Dziennika Gombrowicza.

Leżałem w słońcu, sprytnie zaszyty w łańcuchu górskim, jaki tworzy piasek naniesiony wiatrem na krańcu plaży. Są to góry piaskowe, wydmy, obfite w przełęcze, zbocza, doliny, labirynt obły i sypki, gdzieniegdzie porosły krzakiem wibrującym pod nieustannym parciem wiatru. Zasłaniała mnie spora Jungfrau, szlachetnie kubiczna, wyniosła — ale o dziesięć centymetrów od mojego nosa rozpoczynał się wicher, sieczący bez wytchnienia Saharę, paloną słońcem. Żuki jakieś — nie wiem, jak je nazwać — pracowicie snuły się po tej pustyni w celach niewiadomych. I jeden z nich, nie dalej niż na odległość mojej ręki, leżał do góry nogami. Wiatr go przewrócił. Słońce piekło mu brzuch, co zapewne było wyjątkowo nieprzyjemne zważywszy, że ten brzuch zwykł zawsze pozostawać w cieniu — leżał przebierając łapkami i wiadomo było, że nic innego mu nie pozostaje jak tylko to monotonne i rozpaczliwe przebieranie łapkami — i już omdlewał, po wielu może godzinach, już konał.
Ja, olbrzym, niedostępny mu swoim ogromem, który to ogrom czynił mnie dla niego nieobecnym — przyglądałem się temu machaniu... i, wyciągnąwszy rękę, wydobyłem go z kaźni. Ruszył naprzód, przywrócony w jednej sekundzie życiu.
Zaledwie to uczyniłem, ujrzałem trochę dalej identycznego żuka, w identycznym położeniu. I wymachiwał łapkami. Nie chciało mi się ruszać... Ale — dlaczego tamtego uratowałeś, a tego nie?... Dlaczego tamten... gdy ten?... Uszczęśliwiłeś jednego, drugi ma się męczyć? Wziąłem patyk, wyciągnąłem rękę — uratowałem.
Zaledwie to uczyniłem, ujrzałem nieco dalej identycznego żuka, w identycznym położeniu. Przebierającego łapkami. A słońce paliło mu brzuch.
Czyż miałem przemieniać moją sjestę w karetkę Pogotowia dla konających żuków? Ale zanadto już zadomowiłem się w tych żukach, w ich wymachiwaniu cudacznie bezbronnym... i chyba zrozumiecie, jeśli już zacząłem to ratowanie, nie miałem prawa zatrzymać się w dowolnym miejscu. Byłoby zbyt straszne wobec tego trzeciego żuka — zahamować akurat na progu jego klęski... zbyt okrutne i niemożliwe jakieś, nie do popełnienia... Ba! Gdybyż pomiędzy nim a tymi, których wybawiłem, była jakaś granica, coś co mogłoby upoważnić mnie do zaprzestania — ale właśnie nie było nic, tylko dalszych 10 cm piasku, ciągle ta sama przestrzeń piaskowa, „trochę dalej” wprawdzie, ale tylko „trochę”. A przebierał łapkami tak samo! Jednakże rozejrzawszy się, ujrzałem „trochę” dalej jeszcze cztery żuki, wymachujące i palone słońcem — nie było rady, wstałem w całym ogromie swoim i uratowałem wszystkie. Poszły.
Wtedy oczom moim ukazał się stok lśniąco-gorąco-piaszczysty sąsiedniego zbocza, a na nim z pięć lub sześć punkcików wymachujących: żuki. Pośpieszyłem z ratunkiem. Wybawiłem. I już tak sparzyłem się z ich męką, tak bardzo w nią wsiąkłem, że widząc opodal nowe żuki na równinach, przełęczach, w wąwozach, ową wysypkę torturowanych punkcików, jąłem po tym piasku ruszać się, jak oszalały, z pomocą, z pomocą, z pomocą! Ale, wiedziałem, to nie może trwać wiecznie — wszak nie tylko ta plaża, ale całe wybrzeże, jak okiem sięgnąć, było nimi usiane, więc musi nadejść moment, w którym powiem „dość” i musi nastąpić ten pierwszy żuk nie uratowany. Który? Który? Który? Co chwila mówiłem sobie „ten” — i ratowałem go nie mogąc się zdobyć na tę straszną, nikczemną prawie arbitralność — bo i dlaczego ten, dlaczego ten? Aż wreszcie dokonało się we mnie załamanie, nagle, gładko, zawiesiłem w sobie współczucie, stanąłem, pomyślałem obojętnie „no, dość tego”, rozejrzałem się, pomyślałem „gorąco” i „trzeba wracać”, zabrałem się i poszedłem. A żuk, ten żuk, na którym przerwałem, pozostał wymachując łapkami (co właściwie było mi już obojętne, jak gdybym zraził się do tej zabawy — ale wiedziałem, że ta obojętność jest mi narzucona przez okoliczności i niosłem ją w sobie, jak rzecz obcą).


Paradoks etyczny wygląda więc następująco: jeśli można uratować czyjeś życie poświęcając bardzo niewiele, należy to zrobić. A jeśli należy w ten sposób uratować jedno życie, to należy też uratować w ten sposób dwa życia. I tak dalej, aż sjesta zamieni się w karetkę pogotowia, aż życie zamieni się w nieprzerwany ciąg ratowania innym życia – a przecież trudno wymgać od każdego aż takiego poświęcenia.
Pytanie, które mnie interesuje, brzmi: czy rozwiązania wersji semantycznej paradoksu stosują się tak samo do wersji etycznej? Znam chyba tylko jednego filozofa, który jakoś się do tego odnosi. Proponuje on jedno rozwiązanie, niespecjalnie wspominając o innych. Tutaj ktoś pragmatycznie usposobiony może zapytać: zaraz, po co to w ogóle rozstrząsać? Sytuacja z żukami jest co najmniej bardzo mało realistyczna. Poza tym kwestia statusu moralnego owadów jest mocno dyskusyjna. Nie lepiej znaleźć sobie jakiś bardziej życiowy problem etyczny do rozwiązania? Peter Singer – bo o nim mowa – twierdzi jednak, wszyscy tu i teraz jesteśmy jak ten Gombrowicz, a zamiast żuczków są ludzie. Ma nawet pewien eksperyment myślowy, który ma to ilustrować – ale o nim w dopiero w następnym odcinku.


niedziela, 16 października 2016

EMNN #8: Dwaj pijani kierowcy



Dzisiaj najmniej wydumany eksperyment myślowy świata. Przez to, że jest tak mało wydumany, ciężko powiedzieć, kto go pierwszy wymyślił – historia funckjonuje w bardzo wielu wersjach w bardzo różnych tekstach. Poniżej stosunkowo niedawna wersja psychologa Fiery'ego Cushmana:

W śnieżne, niedzielne popołudnie Hal i Peter oglądają futbol pijąc piwo w lokalnej knajpie. Następnie nietrzeźwi wsiadają do swoich samochodów i obaj tracą nad nimi kontrolę na śliskich drogach. Hal uderza w drzewo sąsiada, natomiast Peter uderza w małą dziewczynkę bawiącą się w śniegu i ją zabija. W Massachusetts – stanie, z którego pochodzę – Hal może się spodziewać grzywny w wysokości kilkuset dolarów i czasowego zawieszenia prawa jazdy. Kara Petera będzie zdecydowanie inna: za spowodowanie śmierci w wypadku drogowym grozi mu od 2,5 do 15 lat więzienia.

Pytanie brzmi: dlaczego mamy ich karać w różny sposób, skoro obaj zawinili tak samo? Czy w porządku jest karanie kogoś surowiej tylko dlatego, że miał pecha? Z jednej strony intuicja mówi, że za zabicie dziecka kara powinna być większa niż za wjechanie w drzewo (i ogólniej, że kara powinna być proporcjonalna do wyrządzonej szkody). Z drugiej wydaje się, że ludzie są moralnie odpowiedzialni tylko za to, nad czym mają kontrolę. Historia z Halem i Peterem ma pokazywać, że między jednym a drugim jest zgrzyt.
Możliwości rozwiązania problemu jest kilka. Pierwsza jest taka, że odrzucamy intuicję pierwszą i uzanajemy, że Hal i Peter powinni dostac taką samą karę (oczywiście pozostaje pytanie jaką – obaj płacą kilka stówek, obu zamykamy na lata, a może coś pomiędzy?). Druga jest taka, że odrzucamy intuicję drugą i uznajemy, że stopień moralnej odpowiedzialności może być zależny od czynników poza naszą kontrolą, albo, inaczej mówiąc, można mieć moralnego pecha lub moralne szczęście. Trzecia jest taka, że próbujemy pogodzić ze sobą obie intuicje dzieląc włos na czworo i twierdząc, że np. „zasługuje na większą karę” to nie to samo co „jest bardziej moralnie odpowiedzialny”, albo „jest bardziej winny”, albo „zrobił coś gorszego”.
Druga opcja została po raz pierwszy wzięta na poważnie chyba przez Thomasa Nagela, który w swoim klasycznym artykule z 1979 wyróżnił cztery rodzaje szczęścia moralnego: resultant luck (czyli takie, jakie miał Hal w porównaniu z Peterem), circumstantial luck (czyli takie, jakie ma ktoś, kto dzisiaj w Polsce prowadzi życie przykładnego obywatela, ale gdyby urodził się w Niemczech osiemdziesiąt lat wcześniej, byłby oficerem SS w obozie koncentracyjnym), constitutive luck (czyli takie, jakie ma ktoś, kto w genach odziedziczył skłonności do moralnego postępowania) i causal luck (czyli takie, jakie ma ktoś, kogo moralne postępowanie zostało zdeterminowane przez jakiekolwiek czynniki poza tego kogoś kontrolą).
Nie wiem, czy rezygnowanie z zasady wiążącej odpowiedzialność z kontrolą to dobra droga (Nagel zresztą też nie), ale lubię ten eksperyment myślowy za to, że jego celem na pewno nie jest uruchomienie konkretnej intuicji, która ma potwierdzać jedną teorię, a podważać inną (tak jak to robi, przynajmniej według standardowej interpretacji, historia o Gödlu, historia o maszynie doznań i generalnie większość historii, o których pisałem w poprzednich odcinkach). Historia o kierowcach uruchamia raczej dwie sprzeczne ze sobą intuicje i nie podsuwa żadnego rozwiązania tej sprzeczności. I o ile jest mnóstwo powodów, dla których należy być podejrzliwym wobec tej pierwszej praktyki, to druga wydaje mi się tym, o co powinno chodzić w filozofii.

niedziela, 25 września 2016

EMNN #7: Skrzypek w szpitalu



Dzisiaj zgodnie z zapowiedzią kolejny eksperyment myślowy z A Defense of Abortion Judith Jarvis Thomson. Jak pisałem, Thomson chce pokazać, że w wielu wypadkach aborcja jest moralnie dopuszczalna nawet jeśli przyjmiemy, że płód jest osobą. Przeciwnicy prawa do aborcji zazwyczaj twierdzą, że jeśli płód jest osobą, to aborcja jest niedopuszczalna, bo osoby mają prawo do życia, a prawo do życia jest ważniejsze od prawa do decydowania o własnym ciele. Thomson na to - wyobraźmy sobie coś takiego:

Budzisz się rano i odkrywasz, że leżysz w łóżku plecy w plecy z nieprzytomnym skrzypkiem. Sławnym nieprzytomnym skrzypkiem. Wykryto u niego zagrażającą życiu wadę nerek, po czym Towarzystwo Miłośników Muzyki przebadało wszystkie dostępne rejstry medyczne i odkryło, że tylko ty masz odpowiednią grupę krwi, by mu pomóc. Zdecydowali się więc cię uprowadzić i poprzedniej nocy podłączyli twój system krążenia do jego systemu, tak by twoje nerki mogły filtrować krew zarówno twoją, jak i jego. Dyrektor szpitala mówi „Proszę posłuchać, bardzo nam przykro, że Towarzystwo Miłośników Muzyki to Panu zrobiło – nigdy byśmy na to nie pozwolili, gdybyśmy wiedzieli. A jednak zrobili to i skrzypek jest teraz do Pana podłączony. Odłączenie go oznaczałoby jego zabicie. Proszę się jednak nie niepokoić, to potrwa tylko dziewięć miesięcy. W tym czasie skrzypek wyzdrowieje i będzie go można bezpiecznie od Pana odłączyć”. Czy jest twoim moralnym obowiązkiem się na to zgodzić? Bez wątpienia byłoby to czymś bardzo miłym z twojej strony, wielką uprzejmością. Ale czy musisz się zgodzić? A co jeśli nie chodziłoby o dziewięć miesięcy, ale o dziewięć lat? Albo o jeszcze dłuższy okres? Co jeśli dyrektor szpitala powiedziałby „Ciężka sprawa, zgadzam się, ale musi Pan zostać w łóżku, podłączony do skrzypka, do końca życia. Ponieważ, proszę pamiętać: wszystkie osoby mają prawo do życia, a skrzypkowie są osobami. Ma Pan oczywiście prawo, by decydować, co się dzieje w Pańskim ciele i z Pańskim ciałem, ale prawo do życia osoby jest ważniejsze od Pana prawa, by decydować co się dzieje w Pańskim ciele i z Pańskim ciałem. A zatem nigdy nie będziemy mogli Pana odłączyć.”
[48-9, moje tłumaczenie]

Coś jest chyba nie tak z argumentem dyrektora. Zdaniem Thomson dyrektor błednie zakłada, że odłączenie skrzypka to naruszenie jego prawa do życia (trochę więcej na ten temat w poprzednim odcinku).
Wiele osób słyszących historię po raz pierwszy ma takie zastrzeżenie: „Zaraz, ale bohater został porwany! Porwanie i podłączenie skrzypka siłą może być analogią ciąży pochodzącej z gwałtu, ale nie ciąży pochodzącej z dobrowolnego seksu. Przykład ze skrzypkiem pokazuje więc w najlepszym wypadku, że moralnie dopuszczalna jest aborcja w przypadku ciąży z gwałtu, ale już nie w innych przypadkach.” Być może, odpowiada Thomson, ale takie rozumowanie będzie miało dziwne konsekwencje. Mianowicie takie, że jedni mają prawo do życia, a inni nie – albo może jedni mają silniejsze prawo do życia, a inni słabsze – w zależności od tego, jak zostali poczęci. A przecież żadna osoba nie ma wpływu na to, jak się została poczęta – jak więc pogodzić ten pomysł z zasadą równego traktowania wszystkich?
Thomson mówi więc coś, co można usłyszeć z ust zwolenników zakazu aborcji we wszystkich okolicznościach: że nie ma uzasadnienia dla robienia wyjątku w przypadku ciąży pochodzącej z gwałtu. Tylko jej rozwiązanie jest oczywiście takie, że aborcja powinna być dopuszczalna także w przypadku ciąży niepochodzącej z gwałtu.
Czy ma tu rację? Nie wiem, ale wiem, że cały artykuł opiera się na fałszywym założeniu, przez co wnioski z niego płynące mają ograniczone zastosowanie w rzeczywistości. Z czego zresztą Thomson świetnie sobie zdaje sprawę:

W tym momencie warto zaznaczyć jedno: przez cały czas operaliśmy się na założeniu, że płód jest człowiekiem od momentu poczęcia. Bardzo wczesna aborcja z pewnością nie jest zabiciem osoby, a zatem nie ma ona związku z niczym, co tutaj powiedziałam. [66]