Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psychiatria. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psychiatria. Pokaż wszystkie posty

sobota, 21 września 2013

Mózg i polityka

B. Y. Fong: Bursting the Neuro-Utopian Bubble, "The New York Times", 11.08.2013.


W The Stone, filozoficznym kąciku internetowego wydania New York Timesa, pojawił się niedawno artykuł pod wiele mówiącym tytułem Bursting the Neuro-Utopian Bubble, czyli „Przekłuwanie neuroutopijnej bańki”. Autorem jest niejaki Benjamin Y. Fong z Uniwersytetu w Chicago, zajmujący się na co dzień Freudem i teorią krytyczną. Fong nie może przeboleć, że administracja Obamy postanowiła właśnie wydać w 2014 sto milionów dolarów z budżetu federalnego na Brain Initiative, czyli ambitny projekt wyróżnienia wszystkich obwodów neuronalnych u człowieka. Fong nie podaje, ile pieniędzy ma pójść na pisanie książek o Freudzie, ale można się domyślić, że trochę mniej.
Ogólna teza artykułu jest taka, że dzisiejszy entuzjazm wokół neurobiologii jest bezpodstawny, a nawet szkodliwy. Jeśli chodzi o konkretniejsze argumenty, to miałem z tym trochę problem, bo jasne formułowanie argumentów nigdy nie było mocną stroną ekspertów od psychoanalizy i teorii krytycznej, ale udało mi się wydusić trzy zarzuty.
Pierwszy z nich jest taki, że kapitaliści mogą wykorzystać odkrycia neurobiologii do niecnych celów. Drugi taki, że skupiając się na neurobiologii tracimy z oczu szerszy społeczny wymiar problemu zaburzeń psychicznych. Trzeci (o ile dobrze rozumiem) taki, że neurobiologia ignoruje, a nawet tłamsi pewien sposób radzenia sobie z problemami psychicznymi.
Zarzut pierwszy jest chyba względnie najcelniejszy. Za publiczne pieniądze dokonuje się odkryć, na których zarabiają potem prywatne korporacje, często w amoralny i szkodliwy społecznie sposób. Oddanie w korporacyjne łapy technologii pozwalających na manipulowanie mózgiem może być szczególnie niebezpieczne. W dodatku naukowcy czasami z dziecięcą naiwnością łykają korporacyjną propagandę (wymieniony przez Fonga genetyk George Church jest dobrym przykładem). To wszystko oczywiście prawda, ale nawet przy wszystkich patologiach współczesnego kapitalizmu, i tak jest z tych odkryć dużo pożytku – nie mówiąc już o tym, że to po prostu frajda odkrywać, jak działa mózg czy cokolwiek innego. Dlatego nie wydaje mi się, żeby powstrzymanie rozwoju neurobiologii do czasu socjalistycznej rewolucji było najlepszym pomysłem. Fongowi chyba też nie, ale nie próbuje on nawet formułować żadnych pozytywnych rozwiązań problemu.
W drugim zarzucie Fongowi chodzi o to, że obok przyczyn chorób psychicznych na poziomie biologicznym można też mówić o przyczynach na poziomie społecznym (tak lub inna organizacja społeczeństwa sprzyja rozwijaniu się takich lub innych chorób) i neurobiologiczny entuzjazm przyćmiewa te drugie:

Wiemy na przykład, że niski status socjoekonomiczny przy urodzeniu jest związany z większym ryzykiem zapadnięcia na schizofrenię, ale lwia część dzisiejszych badań nad schizofrenią jest prowadzona przez neurobiologów i genetyków, których zamiarem jest odkrycie organicznej „przyczyny” choroby, bardziej niż zwracanie uwagi na czynniki psychospołeczne. Choć badania te mogą oczywiście przynieść owoce, ich przewaga nad innymi rodzajami badań, zwłaszcza wobec dobrze znanego związku między biedą a schizofrenią, świadczy o interesującym założeniu, które stało się wygodną oczywistością: że status socjoekonomiczny, w przeciwieństwie do ludzkiej biologii, jest czymś, czego nie można zmienić „naukowo”. Że zmiana samej istoty ludzkiej jest w pewien sposób bardziej „naukowo” realistyczna niż wspólna praca na rzecz zmiany środowiska, które przyczynia się do powstawania takich zaburzeń jak schizofrenia.
[wszystkie tłumaczenia moje]

Po pierwsze, nie można powiedzieć, że związek między biedą a schizofrenią jest dobrze znany, skoro nawet niespecjalnie wiadomo, co to jest schizofrenia. Na razie mamy tylko zbiór bardzo różnych i niezbyt precyzyjnie określonych symptomów. Zazwyczaj jeśli pacjent zadeklaruje występowanie kilku z nich, to diagnozuje się schizofrenię. Leczenie farmakologiczne oparte na blokowaniu receptorów dopaminy i serotoniny daje skrajnie różne rezultaty. Wielu badaczy sądzi, że schizofrenią nazywa się tak naprawdę wiele różnych chorób o różnych organicznych przyczynach, objawach i przebiegu. Póki o schizofrenii na biologicznym poziomie wiemy tyle, ile wiemy (czyli praktycznie nic), to nie ma większego sensu przeskakiwanie na poziom społecznego kontekstu.
Po drugie, pod czyim adresem to właściwie ma być zarzut? Jeśli pod adresem polityków, którzy dużo pieniędzy przeznaczają na badanie mózgu, a mało na nauki społeczne itp. w obawie przed jakimiś niewygodnymi dla siebie wnioskami badań społecznych, to Fong nie podaje ani żadnych danych, które by to ilustrowały, ani żadnego argumentu za akurat takim wytłumaczeniem niedofinansowania jednych nauk kosztem innych. Jeśli to zarzut pod adresem samej neurobiologii (a tak to brzmi, kiedy Fong pisze o neurobiologach „zawężających pojęcie przyczyny do sfery biologii”), to równie dobrze można zarzucać elektronice, że nie potrafi wytłumaczyć, dlaczego dzieci z postpegeerowskich wsi nie mają iPadów. To po prostu nie jej przedmiot badań i nie ma się co jej za to czepiać.
Po trzecie, wydaje mi się, że problem biedy to bardziej problem braku działania niż braku badań. Dobrze wiadomo, że bieda, wykluczenie i nierówność powodują setki społecznych problemów i dobrze wiadomo, jak temu przeciwdziałać. Główny problem polega na tym, że politycy nie bardzo mają na to ochotę, a nie na tym, że ktoś robi jakieś „interesujące założenia” na temat naukowości zmiany społecznej. Teza Fonga jest taka, że politycy i ich korporacyjni sponsorzy nie chcą finansować badań społecznych, bo boją się niewygodnych wniosków tych badań, ale z drugiej strony korporacje są żywo zainteresowane badaniem społeczeństwa, żeby móc je kontrolować i sprzedawać mu swoje błyskotki. Jak te sprzeczne motywacje przekładają się na finansowanie nauki, trzeba by dopiero sprawdzić.
Po czwarte, choroby psychiczne to tylko jedna z wielu sfer, którymi będzie się zajmować Brain Initiative, a Fong o pozostałych nie pisze prawie nic.
O ostatnim problemie Fong pisze tak:

Prawdziwy kłopot z Brain Initiative nie jest filozoficzny, ale praktyczny. W skrócie: instrumentalne podejście do leczenia fizjologicznych i psychologicznych chorób wydaje się być w sprzeczności z tradycyjnymi sposobami, za pomocą których ludzie radzili sobie ze swoimi problemami – tzn. poprzez rozmowę i wspólną pracę na rzecz większej osobistej samorealizacji i harmonii społecznej.

(…) Poprzez pokorne twierdzenie, że nie znamy „przyczyn” problemów psychicznych i potrzebujemy w związku z tym projektów takich jak Brain Initiative, neurobiolodzy nieświadomie tłumią wszystko, co wiadomo o alienującym, nierównym i rozczarowującym świecie, w którym żyjemy i jego szkodliwym wpływie na psyche. W ten sposób niechcący wykluczają rodzaj komunikacyjnej pracy, która może łagodzić zaburzenia psychiczne.

Nie jestem pewien, co Fong rozumie tu przez „komunikacyjną pracę” i „rozmowę na rzecz samorealizacji i harmonii”. Jeśli chodzi mu dyskusję o systemie politycznym, który nie sprzyjałby powstawaniu zaburzeń psychicznych, to powtarza tylko to, co cytowałem wyżej. Ale jeśli chodzi mu o bezpośrednią pracę na rzecz poprawy stanu psychicznego, czyli psychoterapię, to nie wiem skąd pomysł, że neurobiologia ją z góry wyklucza. Wielu osobom wydaje się, że wszystko, co neurobiolodzy mogą poradzić na jakieś zaburzenie psychiczne, to farmakoterapia, chirurgia mózgu, lub ewentualnie inżynieria genetyczna. Tymczasem tak samo jak można zmieniać mózg za pomocą leków albo skalpela, można też go zmieniać za pomocą dowolnej poznawczej aktywności. Mózg fizycznie zmienia się też pod wpływem rozmów o harmonii społecznej, pod wpływem czytania Freuda i pod wpływem wychowywania się w biedzie. Tylko badania nad mózgiem mogą pokazać, która metoda leczenia zaburzeń psychicznych jest ile warta. Oczywiście bardzo mało na razie wiemy o tym, w jaki sposób doświadczenie trwale zmienia mózg: może chodzić o wzmacnianie i osłabianie chemicznych synaps, o tworzenie się nowych neuronów w hipokampie, albo o tysiąc innych mechanizmów. Mało o tym wiemy, ale właśnie po to wydaje się te sto milionów, żeby się dowiedzieć.

piątek, 18 stycznia 2013

Postęp


Najprawdopodobniej w drugiej połowie V wieku p. n. e. powstał hipokratejski traktat „O świętej chorobie”, czyli o epilepsji. Jego autor pisze:

Nie wydaje mi się, by była ona bardziej święta ani bardziej boska niż inne choroby; ma ona naturalną przyczynę, a ludzie nazywają ją świętą przez swoją ignorancję i skłonność do dziwienia się na widok podobnych objawów, różnych od objawów innych chorób. Przekonanie o tym, że jest święta utrzymuje się przez to, że są bezradni, kiedy mają ją wytłumaczyć i przez prosty sposób, jakim się ją leczy, mianowicie poprzez obrzędy oczyszczenia i zaklęcia. (...) Wydaje mi się, że pierwszymi, którzy przypisali jej święty charakter byli ludzie podobni do dzisiejszych magów, uzdrawiaczy, oszustów i szarlatanów twierdzących o sobie, że są niezwykle przyzwoici i posiadają dużą wiedzę.

[I-II, tłumaczenie moje]

O autorze tekstu nie można powiedzieć, że jest jakimś zaprzysięgłym i wojującym naturalistą. Nie pisze nigdzie jednoznacznie, że wspomniane obrzędy nie mogą być skuteczne ani nie tłumaczy, na czym dokładnie ma polegać przewaga wyjaśnienia naturalistycznego nad magiczno-religijnym. Pojawia się tu jednak trafne spostrzeżenie, że kiedy trafiamy na jakieś dziwaczne i trudne do wytłumaczenia zjawisko, lubimy tłumaczyć sobie, że to sprawka bogów, demonów, lub innych nadprzyrodzonych stworów. Dzięki temu, że przez kolejne ponad 2400 lat różni badacze z dystansem podchodzili do tej naturalnej skłonności, udało im się w niesamowity sposób pogłębić wiedzę o funkcjonowaniu świata.
W roku 2008 na Uniwersytecie Szczecińskim odbyło się sympozjum naukowe pod nazwą „Szatan – Opętanie – Pomoc”. Nie udało mi się niestety dotrzeć do tekstów prelegentów, musiałem zadowolić się krótką relacją prasową. Wiem z niej, że lek. med. Joanna Ziętek z katedry i kliniki psychiatrii Pomorskiej Akademii Medycznej w swoim wystąpieniu pt. „Opętanie a choroba psychiczna – kryteria różnicujące” przyznała, że epilepsja jest jedną z chorób najczęściej mylonych z opętaniem. Potwierdził to ks. Andrzej Trojanowski, egzorcysta, który tłumaczył, że „szatan robi wszystko, by jego obecność nie ujawniła się”, w związku z czym często przebiegle podszywa się pod chorobę. Egzorcyści „mają jednak swoje metody na zdiagnozowanie opętania”.
O metodach tych można poczytać w wychodzącym od niedawna, ale już sławnym w świecie miesięczniku „Egzorcysta” – przyciśnięty przez egzorcystę odpowiednimi modlitwami szatan w ciele dziewczynki przyznaje się do wszystkiego charczącym głosem i wypluwa gwoździe. Przewodniczącym rady programowej pisma jest ks. dr hab. Aleksander Posacki, który zaręcza, że jest ono przygotowane rzetelnie i z ogromną odpowiedzialnością” oraz „na najwyższym poziomie merytorycznym i edytorskim”. Problem relacji między psychiatrią a demonologią wyjaśnia on natomiast w ten sposób:

Człowiek, który trafia do szpitala psychiatrycznego, może mieć wrażenie, że podlega działaniu jakiejś osoby z zewnątrz i twierdzić, że jest opętany, co może istotnie świadczyć o psychozie, ale może być też objawem rzeczywistego opętania, czego psychiatra nigdy do końca nie wie, bo nie może wiedzieć! Szuka przyczyn jego zachowania w zaburzeniach działania struktur wewnątrzpsychicznych człowieka lub w mechanizmach kulturowych, oddziałujących na jego psychikę. Stosuje więc wyjaśnienia pochodzące wyłącznie z ludzkiego, subiektywnego świata antropologii. Tymczasem opętanie w sensie teologicznym zakłada przedmiotową, czyli obiektywną przyczynę opętania, jaką jest szatan.

Ksiądz Posacki wie, co mówi – habilitację na KUL uzyskał w zakresie teologii duchowości, a jego specjalnością jest „rozeznawanie duchowe i walka duchowa”. Tymi i innymi ciekawymi problemami zajmuje się jako pracownik naukowy Akademii „Ignatianum” i wykładowca KUL. Poza tym, jak podaje biogram na jego stronie internetowej, tropi zagrożenia duchowe ukryte w popkulturze, a „UFO uważa za zamaskowaną formę zwodniczych demonów, nie wykluczając jednak innych możliwości interpretacyjnych”.
Według raportu Katolickiej Agencji Informacyjnej w roku 2011 pięć katolickich uczelni (KUL, „Ignatianum”, UJPII, PWT we Wrocławiu i PWT w Warszawie) otrzymało z budżetu państwa łącznie 181,45 mln zł. Wydziały teologii katolickiej na publicznych uczelniach otrzymały ok. 38,5 mln. Ponadto w całości z budżetu państwa finansowane są Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego i Chrześcijańska Akademia Teologiczna; raport nie podaje sum, które otrzymały te uczelnie.

niedziela, 23 grudnia 2012

Skąd zło?

S. Baron-Cohen: Zero Degrees of Empathy, Penguin 2011.

Wpadła mi niedawno w ręce wydana rok temu książka Simona (nie mylić z Sachą) Barona-Cohena, brytyjskiego psychologa i neurologa, pt. Zero Degrees Of Empathy. W Ameryce wydano ją pod bardziej pretensjonalnym, ale i bardziej wymownym tytułem The Science of Evil. Jak sugeruje ten drugi, ma to być próba naukowego podejścia do problemu zła, a konkretnie ludzkiego okrucieństwa. Baron-Cohen twierdzi, że tradycyjne religijno-filozoficzne wyjaśnienia są nawet nie tyle błędne, co bezwartościowe – nic one nie wyjaśniają, większość z nich można sprowadzić do tautologii typu: „Ludzie robiący okropne rzeczy robią okropne rzeczy”.
Zamiast mówić o ciężko uchwytnym złu, lepiej według Barona-Cohena mówić o braku empatii, która jest mierzalna i można w mózgu zlokalizować ośrodki za nią odpowiedzialne. Definicja jest tu dosyć szeroka: „Empatia to zdolność do rozpoznawania, co ktoś inny myśli lub czuje i do reagowania na jego myśli i odczucia za pomocą odpowiednich emocji” (s. 8, tłumaczenie moje).
Empatia ma więc dwa składniki – kognitywny (rozpoznawanie cudzych stanów umysłu) i afektywny (odczuwanie emocji, takich jak współczucie). Bez jednego lub drugiego nie ma empatii. Baron-Cohen opisuje dwa główne sposoby jej mierzenia: jedna to opracowany przez niego i współpracowników kwestionariusz z pytaniami typu „Często ciężko mi ocenić, czy coś jest grzeczne, czy niegrzeczne”, „Sprawia mi przyjemność troszczenie się o innych ludzi” (jedną z wersji można znaleźć tu; mnie wyszło 53, czyli „powyżej średniej”, 5 w sześciostopniowej skali); druga to testy, w których rozpoznaje się stany emocjonalne patrząc na zdjęcia twarzy albo tylko oczu innych osób (jedna z wersji obok; trzeba wybrać jedną z czterech opcji w rogach zdjęcia).
Wyniki tych testów układają się w krzywą Gaussa – im bardziej przypadki odbiegają od średniej, tym mniej są liczne. Ludzie z lewego końca tej krzywej, czyli ci o poziomie empatii zbliżonym do zera, są najczęściej uznawani za chorych psychicznie, ale granica między nimi a zdrowymi nie jest ostra. W grę wchodzi tu kilka jednostek chorobowych, Baron-Cohen dzieli je na zero negative (w tych przypadkach brak empatii prowadzi do okrucieństwa) i na zero positive (tutaj brak empatii nie prowadzi do okrucieństwa, a w dodatku może łączyć się z posiadaniem jakichś niezwykłych talentów). Kategoria zero negative obejmuje psychopatię, osobowość chwiejną emocjonalnie typu borderline (BPD) i narcystyczne zaburzenie osobowości (NPD). Zero positive to różne postacie autyzmu. Autycy mają problem przede wszystkim z kognitywnym elementem empatii – nie odczytują dobrze cudzych myśli i emocji, przez co unikają relacji społecznych, bo ludzie wprawiają ich w zakłopotanie. To odróżnia autyków od psychopatów, u których zaburzona jest zdolność afektywna. Psychopaci dobrze rozumieją, co myślą i czują inni, ale nie potrafią im współczuć. Brak empatii nie jest więc równoznaczny z okrucieństwem, prędzej z jej afektywnym elementem.
Odpowiedź Barona-Cohena na pytanie o zło jest, w skrócie, mniej więcej taka: okrucieństwo bierze się z dysfunkcji brzusznośrodkowej części kory przedczołowej i kilkunastu innych regionów mózgu (m. in. wieczka czołowego, kory oczodołowo-czołowej, dolnego zakrętu czołowego). Konsekwencją tej dysfunkcji jest niezdolność lub mocne ograniczenie zdolności odczuwania empatii. Przyczyny mogą być zarówno genetyczne (np. gen warunkujący niską aktywność monoaminooksydazy A), jak środowiskowe (np. wychowywanie się bez kochającego rodzica). Na temat tego, dlaczego niewielka grupa „nieempatycznych” genów utrzymała się w ludzkiej populacji wiemy na razie bardzo niewiele.
Po przejrzeniu tej książki nie jestem do niej całkiem przekonany. Wydaje mi się, że twierdzenia o zaburzeniach borderline i narcystycznym są zbyt zdecydowane biorąc pod uwagę to, jak słabo są one zbadane i opisane.  Baron-Cohen przecenia też chyba trochę instrumenty, którymi mierzy poziom empatii, zwłaszcza kwestionariusz. Wiadomo np., że psychopaci nagminnie kłamią w takich testach. Poza tym wrażenie strasznie psuje pojawiająca się na pierwszej stronie bezwstydna legenda miejska o Żydówce, której naziści zamienili dłoń lewą z prawą (tak jakby mało było rzeczywistych przykładów nazistowskich okrucieństw). Jak można było się na coś takiego nabrać?
Tak czy inaczej, myślę, że książka wystarcza do pokazania, że zło (w każdym razie zło w postaci ludzkiego okrucieństwa) to całkiem naturalne, empirycznie poznawalne zjawisko. Kilka razy zżymałem się tu na popularne twierdzenie, że na pewne pytania („Skąd zło?”, „Co będzie po śmierci?”, „Jaki jest sens życia?”) nauka nie może odpowiadać, natomiast może to z powodzeniem robić religia czy jakaś spekulatywna filozofia. W przypadku zła jest raczej odwrotnie – religiom udało się przez tysiące lat wyprodukować szereg tautologicznych pseudoodpowiedzi („W ludziach jest pierwiastek zła”) wymieszanych z mitologicznym fantazjowaniem (złota era bez zła zakończona buntem przeciwko Bogu); czegoś zasługującego na miano sensownego wyjaśnienia można się spodziewać tylko ze strony nauki.

sobota, 20 października 2012

Naukowość psychiatrii (II)

 
Poza problemami z DSM, o których pisałem w poprzedniej części, istnieje bardziej zasadniczy problem ze współczesną psychiatrią w ogóle, czyli problem jej przedmiotu – nie do końca wiadomo, co to są te choroby psychiczne i czym różnią się od niepsychicznych.
Niektórzy twierdzą, że kryterium wyróżniającym może być rodzaj objawów – choroby psychiczne będą takim chorobami, które mają psychiczne objawy. Problem w tym, że wiele objawów trudno zaklasyfikować jako jednoznacznie psychiczne lub jednoznacznie fizyczne (bezsenność, zmęczenie). Do tego istnieje bardzo wiele objawów uznawanych za psychiczne, które charakteryzują choroby powszechnie nieuznawane za psychiczne.
Inni twierdzą, że takim kryterium mogą być psychiczne przyczyny (jak np. silny stres). Tutaj problem polega przede wszystkim na tym, że w przypadku bardzo wielu chorób psychicznych przyczyny są znane słabo albo w ogóle. Poza tym często przyczyny psychiczne są ściśle powiązane z fizycznymi, jak np. genetyczne obciążenia.
Jeszcze inni twierdzą, że choroby psychiczne to po prostu choroby centralnego układu nerwowego. Istnieje jednak spora grupa chorób centralnego układu nerwowego, których psychicznymi nie nazywają ani laicy, ani specjaliści. W ICD-10 mamy dwie odrębne kategorie: zaburzenia psychiczne i zaburzenia zachowania (F) i choroby układu nerwowego (G). Do pierwszej należą m.in. depresja, schizofrenia, klaustrofobia i majaczenie alkoholowe, do drugiej m.in. choroba Alzheimera, choroba Parkinsona, epilepsja i zapalenie mózgu. Myślę, że są bardzo dobre powody, żeby jedne i drugie uznać za choroby mózgu, a kryterium odróżniania jednych od drugich jest dla mnie niejasne.
Żeby było jasne – nie uważam, że koniecznie musi istnieć przynajmniej jedna cecha charakteryzująca wszystkie choroby psychiczne, żeby był sens mówienia o takich chorobach; możliwe, że chodzi tu o rodzaj tzw. rodzinnego podobieństwa. Nie uważam też, że dyscyplina jest skazana na porażkę, kiedy jej przedmiot nie jest dokładnie zdefiniowany. Obawiam się jednak, że wyraźny podział na psychiatrię i resztę medycyny umożliwia w wielu przypadkach hochsztaplerstwo, które nie uszłoby, gdyby traktować medycynę bardziej jak jedność i próbować trzymać się wspólnych zasad wyróżniania, diagnozowania i leczenia chorób.
M.in. przez to hochsztaplerstwo współczesna i dawniejsza psychiatria narobiły sobie wielu wrogów, których zazwyczaj wrzuca się do worka z napisem „antypsychiatria”. Wydaje mi się, że większość z tego, co się w ten sposób określa, to jednak nieporozumienie i wylewanie dziecka z kąpielą, ale o tym dlaczego tak myślę w następnej części.

niedziela, 14 października 2012

Naukowość psychiatrii (I)


W maju 2013 ma się ukazać piąta edycja Diagnostic and Statistical Manual of Mental Disorders (DSM), czyli klasyfikacji służącej do diagnozowania chorób i zaburzeń psychicznych powszechnie używanej w Stanach (w Europie używa się do tego odpowiednich rozdziałów dziesiątej edycji International Classification of Diseases wydanej przez WHO; różnica między DSM-IV a odpowiednimi rozdziałami ICD-10 nie jest wielka).
Berit Brogaard, filozof umysłu i języka, pisze na blogu New APPS o kryteriach mających w DSM-V charakteryzować „autyzm wysokofunkcjonujący” (high-functioning autism), który podobno zastąpi dotychczasowy Zespół Aspergera. Lista wygląda tak:

1. Obsesja na punkcie jednego tematu.
2. Bardzo dobra pamięć do szczegółów, które innym wydają się mało istotne lub mało interesujące.
3. Dobre rozpoznawanie stanów psychicznych innych połączone z brakiem zdolności praktycznego wykorzystania tej wiedzy w stosunkach międzyludzkich (bez specjalnego treningu).
4. Przesadny kontakt wzrokowy lub brak kontaktu wzrokowego (bez specjalnego treningu).
5. Problemy z rozpoznawaniem twarzy.
6. Problemy z zapamiętywaniem imion.
7. Niespotykane przywiązanie do pewnych obiektów lub miejsc.
8. Skłonność do przebywania w samotności i częste zamyślanie się.
9. Nadwrażliwość któregoś z pięciu zmysłów.
10. Niespotykany stres w przypadku zmiany rutyny.

Brogaard twierdzi, że większość z tych kryteriów pasuje to do jakichś 90% znanych jej filozofów. Mnie się wydaje, że gdyby przyjąć, że do zdiagnozowania choroby wystarczy 6 z tych cech, to okazałoby się, że na autyzm cierpi jeśli nie większość, to w każdym razie wielki procent społeczeństwa w ogóle.
Po pobieżnym przeczytaniu DSM-IV mogę powiedzieć, że sprawa z większością pozostałych chorób i zaburzeń wygląda niepokojąco podobnie. Moje ogólne zastrzeżenia do DSM są mniej więcej takie:
Po pierwsze, nie bardzo wiadomo dlaczego niektóre zachowania są uznane za choroby (np. seksualny fetyszyzm, DSM-IV 302.81, czy fobia społeczna, 300.23), a inne pozostają w sferze dziwactw i ekscentryzmów. Po drugie, często nie wiadomo jak odróżnić łagodniejszą postać choroby od stanu niechorobowego (np. w przypadku łagodnej depresji, 296.31). Po trzecie, kryteria są często bardzo mało precyzyjne i wiele z nich formułowanych jest tak, że bardzo dużej populacji można daną cechę przypisać („nadwrażliwość któregoś ze zmysłów”, „problemy z zapamiętywaniem imion”). Po czwarte, DSM wyróżnia choroby psychiczne głównie jako zbiory symptomów, czyli takich lub innych zachowań, najczęściej zupełnie ignorując przyczyny i organiczne zmiany chorobie towarzyszące (ignorując zazwyczaj z powodu tego, że przyczyny i organiczne zmiany pozostają nieznane). Wiadomo tymczasem, że podobne objawy mogą towarzyszyć bardzo różnym chorobom i w związku z tym wyróżnianie chorób na podstawie jedynie symptomów może przynieść więcej szkody niż pożytku (np. D. Ross, C. Sharp, E. Vuchinich i D. Spurett twierdzą, że intensywne uprawianie hazardu, 312.31, może, ale nie musi wiązać się z dysfunkcją systemu dopaminergicznego; przykład wziąłem z artykułu Dominica Murphy'ego Philosophy of Psychiatry w SEP). Po piąte, objawy i przebieg tej samej jednostki chorobowej (np. schizofrenii czy autyzmu) są często tak mocno zróżnicowane, że nie wiem, czy jest sens mówić o jednej chorobie. Po szóste, działanie wielu przepisywanych pacjentom leków jest uzależnione od prawdziwości niespecjalnie uzasadnionych hipotez (np. hipotezy o związku depresji z niskim poziomem serotoniny i noradrenaliny). Wszystko to wydaje się potwierdzać fakt, że, po siódme, to samo leczenie przynosi bardzo różne efekty u różnych pacjentów z tą samą chorobą. Po ósme, mimo tego wszystkiego liczba chorób psychicznych rozumianych najczęściej jako zespół objawów z nieznanymi przyczynami rośnie w niepokojącym tempie: w DSM-I było ich 106, w DSM-II 182, w DSM-III 265, w DSM-IV 297.
To nie wszystkie moje problemy ze współczesną psychiatrią, ale o pozostałych dopiero w następnej części.