piątek, 25 listopada 2016

Nasza propaganda



Nikogo pewnie nie zaskoczę, jeśli napiszę, że przygnębiła mnie i zniesmaczyła wygrana Trumpa w wyborach. Ale zniesmaczyła mnie też lektura propagandy wyprodukowanej z tej okazji w polskiej prasie.
Propaganda jest jak brzydki zapach z ust – mają to inni. Wiadomo, że propagandę uprawiają Rosja, Chiny, Iran czy Wenezuela – my tymczasem mamy wolne media, które mówią jak jest. Oczywiście między różnymi tytułami są istotne różnice w doborze wiadomości i ich interpretacji, ale to tylko świadczy o tym, że są wolne i niezależne, a ich odbiorca ma możliwość skonstruować sobie w miarę obiektywny obraz świata – w każdym razie dużo bardziej obiektywny w porównaniu z odbiorcą mediów w państwie autorytarnym.
Takie jest powszechne przekonanie, ale wydaje mi się, że to w dużej mierze złudzenie. Różnice między tytułami są oczywiście faktem, ale dyskusja odbywa się w bardzo wąskich ramach. Cały medialny mainstream, od prawa do lewa, wyznaje pewne dogmaty, których podważanie jest praktycznie niemożliwe, i to mimo tego, że są one albo mocno dyskusyjne, albo wprost fałyszwe. Jedym z takich dogmatów jest wiara w to, że Stany Zjednoczone i ich sojusznicy generalnie starają się promować demokrację i prawa człowieka na świecie.
Zapoznanie się z podstawowymi faktami z powojennej historii Iranu, Iraku, Indonezji, Filipin, Egiptu, Izraela, Haiti, Chile, Kolumbii, Brazylii, Salwadoru, Gwatmali, Nikaragui, Panamy, Kuby, Wietnamu, Kambodży, Korei Południowej, Turcji i wielu innych miejsc prowadzi do jasnego wniosku, że w rzeczywistości jest dokładnie odwrotnie: Stany są światowym liderem w łamaniu prawa międzynarodowego, praw człowieka i dławieniu demokracji. Ale to herezja, więc można ją znaleźć najwyżej na niszowych blogach, w słabo dostępnych czasopismach i mało znanych książkach.
Przy okazji wyborów w Stanach dogmat przybrał w polskich mediach następującą formę: Amerykanie pod przywództwem Trumpa zrezygnują ze swojej opartej na bezinteresownym idealizmie misji cywilizacyjnej i nie będą już chcieli bronić nas przed zakusami imprerialistycznego demona Putina. Troskę o wartości, takie jak demokracja i prawa człowieka, Trump zastąpi – w jednej wersji – chłodną kalkulacją zysków i strat, lub – w drugiej – irracjonalnymi posunięciami wynikającymi z jego irracjonalnych popędów.
Oto kilka przykładów z ostatnich dni (skupiam się na Gazecie Wyborczej, bo głównie tam zaglądam, ale mogę się założyć, że np. w Rzeczpospolitej czy Gazecie Prawnej wygląda to bardzo podobnie): Katarzyna Kolenda-Zaleska zauważa, że po wyborze Trumpa Zachód może przestać być „depozytariuszem zasad, w które wpisują się wolność, równość i braterstwo”. Dawid Warszawski ogłasza, że po wyborze Trumpa „nie można już mówić o Zachodzie jako o wolnym świecie” i wytyka błędy, które sprawiły, że Amerykanie, „od czterech pokoleń dźwigający główny ciężar obrony i umacniania wolnego świata”, nie będą już chcieli dłużej tego ciężaru dźwigać. Były ambasador Polski w Stanach Ryszard Schnepf wykazuje więcej optymizmu, bo wie, że „w społeczeństwie USA jest głęboko zakorzeniona filozofia służenia innym. Amerykanie są dumni, że walczą o demokrację i wolność na wielu frontach”. Adam Rotfeld, były minister spraw zagranicznych, martwi się, że Trump popchnie znane dotąd z głębokiego respektu dla prawa międzynarodowego państwo w stronę „unilateralizmu, czyli odrzucania w arbitralny sposób przyjętych wielostronnych zobowiązań i podejmowania decyzji w trybie jednostronnym”. Roman Imielski twierdzi, że Polska ma się czego bać, ponieważ Trump „dawał sygnały, że polityka to biznes, że trzeba przedkładać interesy nad wartości” (myślenie zapewne dotychczas obce amerykańskiej administracji). Maciej Jarkowiec cytuje New York Timesa, gdzie przeciwstawiają krwiożerczego i nieodpowiedzialnego Trumpa m.in. melancholijnemu Nixonowi, który „martwił się, że przedstawiane mu wojenne scenariusze »lekką ręką traktują miliony ofiar śmiertelnych«” (miliony ofiar śmiertelnych w Indochinach nie były najwidoczniej potraktowane lekką ręką). Niezawodna Anne Applebaum przypomina popierającemu Trumpa generałowi Flynnowi, że najazd na Afganistan świadczył „o wspólnym zaangażowaniu się w pokój, bezpieczeństwo, rządy prawa i wolność”; jest zatrwożona faktem, że Trump „chwalił dyktatorów świata” (domyślamy się, że żaden z jego poprzedników nie byłby zdolny do czegoś podobnego); obawia się, że Amerykanie przestaną dbać o to, by na inne narody spłynęło błogosławieństwo „wolnego handlu” i biada, że wolny świat właśnie utracił swojego lidera.
Groteskowość tych tekstów i ich oderwanie od rzeczywistości nie ustępują poziomowi Trybuny Ludu piszącej o Związku Radzieckim jako niezwyciężonej ostoi pokoju i postępu. Skąd się bierze to dziwne podobieństwo?
Najbardziej szczegółowe wyjaśnienie, jakie znam, to model propagandy Edwarda S. Hermana i Noama Chomsky'ego, wyłożony w wydanej w 1988 książce Manufacturing Consent. Oczywiście 1988 to nie 2016, Polska to nie Stany, a Gazeta Wyborcza to nie New York Times, ale wydaje mi się, że książka nie straciła na aktualności aż tak bardzo i że mutatis mutandis można za jej pomocą wytłumaczyć, jak powstają treści powyższego typu. We wstępie Herman i Chomsky piszą (moje tłumaczenie):

W państwach, gdzie narzędzia władzy są w rękach państwowej biurokracji, a monopolistyczna kontrola nad mediami jest często wzmocniona przez oficjalną cenzurę, jest oczywiste, że media służą interesom elity rządzącej. Dużo trudniej jest dostrzec pracę systemu propagandowego tam, gdzie media są prywatne i gdzie formalna cenzura nie istnieje. Zwłaszcza w sytuacji, kiedy media aktywnie ze soba konkurują, od czasu do czasu ujawniają i krytykują występki rządu, a także w agresywny sposób portretują same siebie jako rzeczników wolności słowa i interesu publicznego. To, co nie jest oczywiste (i o czym nie dyskutuje się w mediach), to ograniczona natura takiej krytyki, olbrzymia nierówność w kontroli nad zasobami oraz wpływ tej nierówności na dostęp do prywatnego systemu medialnego, a także na jego funkcjonowanie.
Nasz model propagandy skupia się na nierówności pod względem zasobów i władzy oraz na jej wielopoziomowym wpływie na interesy i wybory mass mediów. Śledzi on sposoby, którymi kapitał i władza filtrują wiadomości nadające się do druku, marginalizują głosy sprzeciwu oraz pozwalają rządowi i prywatnemu biznesowi dotrzeć ze swoim przekazem do społeczeństwa. Podstawowe elementy naszego modelu, inaczej „filtry” wiadomości, to: (1) rozmiar, struktura własnościowa, zamożność właściciela i orientacja na zysk dominujacych spółek medialnych; (2) reklama jako główne źródło przychodu mass mediów; (3) pozyskiwanie przez media informacji pochodzących od rządu, biznesu i „ekspertów” finansowanych i zatwierdonych przez powyższe źródła i podmioty władzy; (4) „ostrzał” („flak”) jako środek dyscyplinowania mediów i (5) „antykomunizm” jako narodowa religia i mechanizm kontroli. Elelementy te są ze sobą powiązane i wzajemnie się wzmacniają. Surowy materiał wiadomości musi zostać przez nie kolejno przepuszczony, by oczyszczona pozostałość mogła trafić do druku. Filtry ustanawiają warunki dyskursu i interpretacji, definiują, co jest w ogóle warte uwagi mediów i wyjaśniają sposób działania czegoś, co w praktyce sprowadza się do kampanii propagandowych.
Dominacja elity nad mediami i marginalizacja dysydentów, która wynika z działania filtrów, odbywają się w sposób tak naturalny, że ludzie mediów, często działając z pełną uczciwością i w dobrej wierze, są w stanie wmówić sobie, że wybierają i interpretują wiadomości „obiektywnie” i zgodnie z wartościami profesji. Często są oni zresztą obiektywni w ramach wyznaczanych przez filtry, jednak same ramy są tak silne i tak fundamentalnie wbudowane w system, że inne zasady tworzenia wiadomości są praktycznie niewyobrażalne.

Po pierwsze, główne media są dużymi korporacjami, w których udziały mają inne duże korporacje. Celem korporacji nie jest przedstawianie obiektywnego obrazu świata, tylko robienie zysku. Między jednym a drugim często występuje konflikt: np. kiedy jakiś dyktator w Trzecim Świecie jest skłonny otworzyć kraj na zagraniczne inwestycje, zwalczać związki zawodowe i generalnie tworzyć „klimat przyjazny dla biznesu”, korporacje nie mają interesu w robieniu szumu wokół jego zbrodni. Z drugiej strony kiedy jakiś rząd nie chce uzależniać swojej gospodarki od międzynarodowych korporacji, korporacje te mają dobry powód, by chcieć go przedstawić w złym świetle i dążyć do jego obalenia – tym bardziej że ewentualny sukces mógłby zainspirować inne państwa w regionie do zrobienia czegoś podobnego. Ponadto zysk korporacji jest na tysiąc sposobów uzależniony od działań rządu: rząd przyznaje koncesje, może obniżyć lub podnieść podatki, ułatwić lub utrudnić inwestycje itd. Dlaczego media miałyby postępować wbrew swoim interesom starając się przedstawiać polityków i ich poczynania w bezstronny sposób?
Po drugie, media żyją przede wszystkim z reklam – a więc ich głównym produktem jest przestrzeń reklamowa, a głównym klientem inne korporacje. Dlaczego reklamodawcy mieliby chcieć zamieszczać swoje reklamy obok treści, które zniechęcają do kupowania ich produktów lub popierają politykę, która zmniejsza ich zysk? W 1964 zamknięto Daily Herald, lewicowy brytyjski dziennik czytany prawie wyłącznie przez klasę robotniczą. Problemem nie był brak czytelników – jeszcze w ostatnim roku istnienia gazeta miała nakład 4,7 mln egzemplarzy, czyli prawie dwa razy tyle, co The Times, Financial Times i Guardian razem wzięte. Kłopot polegał na tym, że duże firmy nie chciały tam zamieszczać reklam, a czytelników nie było stać, by płacić dużo więcej za egzemplarz. To jeden z wielu przykładów na to, że kupujące reklamy korporacje generalnie uciekają od mediów o profilu socjalistycznym, antyglobalistycznym czy antyimperialistycznym. Do tego wiadomo, że biedni odbiorcy, którzy kupują głównie artykuły pierwszej potrzeby, nie są dla reklamodawcy łakomym kąskiem. W ten sposób elicie nie potrzeba centralnego urzędu cenzorskiego, bo wolny rynek sam eliminuje głosy sprzeciwu.
Po trzecie, media są zawsze uzależnione od źródeł informacji. Każde medium potrzebuje codziennego dopływu niusów, których nie da się wygenerować utrzymując korespondentów wszędzie i każąc im prowadzić mozolne dociekania na wzór badań naukowych – zwyczajnie nie ma na to czasu ani środków. Korespondenci muszą więc gromadzić się głównie przy ośrodkach władzy, gdzie rządzący karmią ich treścią, zarówno oficjalnie (np. w wywiadach i podczas konferencji prasowych), jak nieoficjalnie (robiąc tzw. przecieki). Dziennikarze wiedzą, że jeśli nie będą tych treści prezentowali w sposób, w jaki oczekują tego rządzący, to rządzący zaczną ich bojkotować – skończą się akredytacje, wywiady, występy w programach i przecieki.
Poza tym rząd i korporacje wydają potężne pieniądze na przemysł public relations i public information, który produkuje raporty, broszury, magazyny, informacje prasowe, organizuje konferencje, wykłady, wizyty itp. Kiedy dziennikarz pisze np. o amerykańskich podbojach, to bardzo łatwo jest mu skorzystać ze źródeł kontrolowanych przez Pentagon, a trudno z innych źródeł. Dodatkowo rząd i korporacje wydają też ogromne pieniądze na think tanki i organizacje pozarządowe, które produkują tzw. ekspertów – zawsze gotowych, by z minami bezstronnych badaczy przedstawić w mediach swoje opinie, dziwnie zbieżne z interesami instytucji, które ich finansują. Inni eksperci są trudno dostępni, albo w ogóle ich nie ma, bo kto ma ich finansować – rolnicy z Gwatemali, szwaczki z Bangladeszu, bezrobotni z Michigan? W związku z tym dziennikarze często ze zwykłej wygody przedstawiają punkt widzenia elity jako obiektywną prawdę.
Po czwarte, kiedy już zdarzy się, że jakaś nieprawomyślna treść przedostanie się do medium, następuje jego „ostrzał” w postaci telefonów, listów, zapytań, skarg, gróźb, petycji, wystąpień w parlamencie i pozwów sądowych. Korporacje i rząd finansują różne organizacje (często o orwellowskich nazwach, jak Accuracy in Media czy Freedom House), które specjalizują się w takich atakach, tropiąc przypadki „uprzedzeń wobec ludzi biznesu” czy „sprzyjania wrogom wolności”. Intesywny „ostrzał” może być dla mediów kosztowny: procesy mogą pochłonąć spore pieniądze, reklamodawcy mogą odpłynąć. Dziennikarze doskonale o tym wiedzą i unikają publikowania rzeczy, które mogą się elicie nie spodobać.
Ostatni filtr, czyli ideologia „antykomunizmu”, nieco się zdezaktualizował po zakończeniu Zimnej Wojny, ale we wstępie do wydania z 2001 Herman i Chomsky twierdzą, że był on w zasadzie tylko elementem czegoś większego, mianowicie wiary w magię wolnego rynku: „Triumf kapitalizmu i wzrost potęgi tych, którzy mają interes w prywatyzacji i rządach rynku wzmocniły działanie ideologii rynkowej, w każdym razie wśród elity, co sprawiło, że bez względu na fakty rynki są uznawane za dobroczynne, a nawet demokratyczne (Thomas Frank nazywa to »populizmem rynkowym«), natomiast mechanizmy nierynkowe są podejrzane – choć ideologia pozwala na wyjątki, kiedy prywatne firmy potrzebują subsydiów i pomocy rządu w robieniu interesów za granicą.” Ludzie mediów zazwyczaj wyznają tę wiarę (choć trzeba przyznać, że w niewielkim stopniu się to zmieniło po kryzysie w 2008), w związku z czym są skłonni ignorować lub dziwnie interpretować fakty, które się z tą wiarą kłócą.
Herman i Chomsky starają się testować działanie modelu m.in. porównując parami przypadki zbrodni, które różniły się głównie tym, że jedna była ich, a druga nasza – poza tym były podobne. Mamy m.in. drobiazgową analizę tego, ile i jak pisano w amerykańskiej prasie o zabójstwie księdza Popiełuszki w porównaniu z tym, i ile i jak pisano o zabójstwach kilkudziesięciu księży-opozycjonistów w Salwadorze, Gwatemali i Hondurasie, mamy też prównanie relacji z rzezi Kambodży w wykonaiu Pol Pota z relacjami (a raczej ich brakiem) z rzezi Timoru Wschodniego w wykonaniu Suharto. Przepaść między jednym a drugim jest zawsze gigantyczna.
Podobnie jest, wydaje mi się, z Trumpem: Trump sugeruje tylko, że będzie robił dokładnie to, co jego poprzednicy: dogadywał się z dyktatorami, łamał prawo międzynarodowe, dokonywał zbrodni wojennych, torturował, zabijał ludzi uznanych za wrogów razem z rodzinami i generalnie na każdym kroku „przedkładał interesy nad wartości”. Jednak po przepuszczeniu tego przez filtry Gazety Wyborczej wychodzi, że Trump to koniec cywilizacji Zachodu z jego świętymi wartościami, podczas gdy np. Obama to niezłomny strażnik owych wartości.
Podsunowując: według Hermana i Chomsky'ego w tzw. liberalnej demokracji tak samo jak w państwie totalitarnym media są głównie po to, by za ich pomocą rządząca elita mogła indoktrynować społeczeństwo. Mechanizm działania aparatu propagandowego jest u nas zupełnie inny – nie ma cenzury, nie ma poleceń z centralnego urzędu – ale efekty bardzo podobne. Od siebie mógłbym dodać, że jest też inna różnica: nasz aparat bywa dużo skuteczniejszy. Kiedy np. w latach 80. Trybuna Ludu ogłaszała, że ZSRR w całej swojej szlachetności wziął na siebie ciężar kierowania obozem pokoju i postępu, to praktycznie nikt nie brał tego na poważnie. Kiedy dzisiaj Anne Applebaum pisze o misji lidera wolnego świata, to nasza inteligencja często łyka to bez popijania. Warto podkreślić: inteligencja, niekoniecznie już całe społeczeństwo, ale to do tej pory nie miało wielkiego znaczenia, bo społeczeństwo pełniło rolę przewidzianą dla niego przez elitę, czyli było bierne i posłuszne. Wygląda na to, że zaczyna się to zmieniać, ale dopóki bunt będzie przybierał formę głosowania na Trumpa i jemu podobnych, to obwiam się, że będzie tylko gorzej.

16 komentarzy:

  1. Nie da się ukryć, że ostatnio szczególnie wylazła z naszych mediów propaganda. Płasko, jednorodnie, nieciekawie pisano o Trumpie i amerykańskich wyborach. Może wpływ ma tu jeszcze polska specyfika, to znaczy ślepa miłość do Ameryki. Albo szerzej - wizerunek USA jako ziemi obiecanej rozmaitych biednych ludów. Niech się rzeczywistość nad nami zlituje i ma nas w swojej opiece.

    OdpowiedzUsuń
  2. Z jednej strony przypomina się Kissinger, który twierdził, że amerykańska polityka nigdy nie jest tak idealistyczna, jak twierdzą jedni, ani tak cynicznie interesowna jak uważają drudzy, ale że jest mieszanką jednego i drugiego (z dodatkiem wpływu demokracji).

    Mnie pod względem "propagandy" rozłożyli kiedyś Tofflerowie w "Wojnie i antywojnie", gdzie pisali o kłamstwach propagandowych USA z dumą: "patrzcie, jacy my jesteśmy sprytni manipulując światem".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. przypomina się Kissinger, który twierdził, że amerykańska polityka nigdy nie jest tak idealistyczna, jak twierdzą jedni, ani tak cynicznie interesowna jak uważają drudzy, ale że jest mieszanką jednego i drugiego

      Chciałbym poznać jeden przypadek, kiedy idealizm odegrał jakąkolwiek rolę.

      Usuń
  3. Jeju, co Ty przypisujesz prowincjonalnej „Gazecie Wyborczej”… Ten schemat, który opisałeś, nie jest uniwersalny, i średnio tłumaczy treści „GW”, czy w ogóle polskie emocje do Stanów. To znaczy może Anne Applebaum jest z tej historii, ale reszta – nie bardzo. Tak w skrócie:

    1. Koncepcja praw człowieka była jednym z ważniejszych elementów ideologicznych zimnej wojny - akurat właśnie we wschodniej Europie. W latach ’70., jak już Stany pozamiatały u siebie kilka kompromitujących kwestii, np. segregację rasową, to wyciągnięto tę zakurzoną ideę. Jednym z merytorycznych filarów KBWE, poza np. rozbrojeniem, były właśnie demokratyzacja i prawa człowieka. W zasadzie wszystkie ruchy opozycyjne w demoludach nawiązywały i próbowały rozliczać władze z wykonania aktu końcowego KBWE (Helsinki 1975), od Moskiewskiej Grupy Helsińskiej, poprzez czeską Kartę 77, na polskich organizacjach z lat 70 kończąc. W polskim Komitecie Helsińskim był Kaczyński, stale współpracował Rzepliński. Jakie państwo wspierało, finansowało te procesy – to było oczywiste, dla wschodnioeuropejskich opozycjonistów również. I też uderzono w takie akordy, które rzeczywiście w demoludach w zasadzie nie istniały: wolność słowa, wolności polityczne (wybory, zgromadzenia, stowarzyszenia). A Jerzy Urban w nieudolnym rewanżu oferował wysłanie śpiworów bezdomnym w NY.

    2. Akurat tak się złożyło, że przez następne dziesięciolecia po zimnej wojnie interesy gospodarcze i militarne USA nie wchodziły w jakiś zasadniczy konflikt z interesami Europy. Zwłaszcza Europy Wschodniej. Są też pewne zasługi po stronie USA np. dla zakończenia rzezi w Bośni (Richard Holbrooke i porozumienie z Dayton), chociaż jeśli coś się zarzuca Stanom w kontekście wojny w b. Jugosławii, to właśnie bierność. Naprawdę, tu jest zupełnie inna perspektywa niż w Ameryce Południowej… To widać np. po reakcjach na śmierć Castro. Z tych samych powodów np. tam w miarę swobodnie eksperymentują z różnymi „nierynkowymi” rozwiązaniami, a u nas długo poczekamy na wyleczenie urazów po „realnym socjalizmie”.

    Ludzie, których cytujesz, to jest pokolenie i środwisko, którego cała młodość i aktywność publiczna przypadała na lata „demokratyzacji bloku wschodniego”, najmłodsza chyba jest Kolenda – Zalewska (49), może Imielski (chyba 40 +). Ja jeszcze pamiętam te sentymenty, że „nasz człowiek (Brzeziński) w Waszyngtonie”… I naprawdę, właśnie to wszystko jest decydujące dla treści „GW”, ze struktury własnościowej Agory czy treści reklam nie da się odtworzyć schematu z Twojej notki (chociaż Agora pewnie niedługo utrzyma niezależność od obcego kapitału;)

    Dlatego jak USA – już po zimnej wojnie - stosują retorykę praw człowieka, to bierze to na serio w zasadzie wyłącznie Wschodnia Europa. Jeśli Ty mówisz o łamaniu praw człowieka, to pierwsze, co Ci przychodzi na myśl, to imperializm USA. Z perspektywy Michnika, to są wciąż przede wszystkim więźniowie polityczni Putina i sytuacja na Ukrainie.
    Ale jeśli za propagandę uznajesz zmasowaną, celową dezinformację, to chyba jednak nie adres na Czerskiej. Co najwyżej полезные идиоты, cytując klasyka.
    „Oczywiście 1988 to nie 2016, Polska to nie Stany, a Gazeta Wyborcza to nie New York Times” – i tyle…

    OdpowiedzUsuń
  4. Zresztą jeśli chodzi o uczucia do USA, to u nas „fatalne zauroczenie” dotyka w zasadzie wszystkie środowiska, od Millera i Kwaśniewskiego, na PiSie kończąc. Już nie będę podawać przykładów, bo oczywiste. Linia „Wyborczej” i tak jest moderate, jednak pikują na Unię przede wszystkim.

    A jak chcesz zobaczyć prawdziwą "naszą propagandę", to zapraszam do oglądania TVP, chociaż jednego wydania „Wiadomości”. I o ile w PRL było tak jak piszesz, raczej nikt w to nie wierzył, to dzisiaj niestety jest inaczej. Cała moja rodzina z Podkarpacia ufa TVP.

    OdpowiedzUsuń
  5. @b

    Koncepcja praw człowieka była jednym z ważniejszych elementów ideologicznych zimnej wojny - akurat właśnie we wschodniej Europie. W latach ’70., jak już Stany pozamiatały u siebie kilka kompromitujących kwestii, np. segregację rasową, to wyciągnięto tę zakurzoną ideę.

    Chcesz powiedzieć, że amerykański aparat propagandowy używa/używał retoryki praw człowieka głównie u nas, bo tylko u nas nie brzmi to idiotycznie? Zupełnie mi się nie wydaje. Weźmy wspomnianą przez Ciebie Kubę: oficjalnym uzasadnieniem amerykańskiego embarga jest cały czas to, że na Kubie nie ma demokracji i nie szanuje się tam praw człowieka. Np. W Cuban Liberty and Democratic Solidarity Act of 1996 fraza “human rights” pojawia się 25 razy (“The United States has shown a deep commitment, and considers it a moral obligation, to promote and protect human rights”), w Cuban Democracy Act 9 razy (“It should be the policy of the United States to maintain sanctions on the Castro regime so long as it continues to refuse to move toward
    democratization and greater respect for human rights”). Jest to oczywiście komicznie – mamy myśleć, że na Arabię Saudyjską i kilkadziesiąt innych państw nie nałożyli sankcji przez niedopatrzenie? A jednak cały czas to ogłaszają – bo wiedzą, że nie ma takiej bredni, której NYT i Washington Post nie będą potem dzielnie bronić.

    Dlatego jak USA – już po zimnej wojnie - stosują retorykę praw człowieka, to bierze to na serio w zasadzie wyłącznie Wschodnia Europa.

    O, na pewno nie – sam znam o najmniej kilku Brytyjczyków, którzy to kupują. Ten mit ma się świetnie wszędzie na Zachodzie.

    Ludzie, których cytujesz, to jest pokolenie i środwisko, którego cała młodość i aktywność publiczna przypadała na lata „demokratyzacji bloku wschodniego”, najmłodsza chyba jest Kolenda – Zalewska (49), może Imielski (chyba 40 +).

    Z młodszych masz np. Sławomira Sierakowskiego, który twierdzi, że Ameryka “Przestanie bronić demokracji. Zajmie się swoim dobrobytem.” i tłumaczy, że imperialistyczna mania Putina wynika z jego pragnienia “chlubienia się największym terytorium”. Poza tym Jarkowiec też wygląda na mniej niż 40.

    I naprawdę, właśnie to wszystko jest decydujące dla treści „GW”, ze struktury własnościowej Agory czy treści reklam nie da się odtworzyć schematu z Twojej notki

    Ja tu nie widzę sprzeczności. Zgadzam się, że wizja szlachetnej Ameryki broniącej demokracji i praw człowieka u wielu z nich bierze się z takiego a nie innego życiorysu. To nie kłóci się z tezą, że gdyby mieli inną wizję, toby w Wyborczej nie publikowali – a to dlatego, że ich wizja, choć rażąco sprzeczna z faktami, jest zgodna z interesem korpoświata.
    Wyobraź sobie, że nagle Wyborcza zaczyna poświęcać zbrodniom Stanów tyle samo uwagi, co zbrodniom Putina i porzuca całą tę nowomowę, wszystkie te hasła o liderze wolnego świata i pełnieniu misji etc. Myślisz, że np. Media Development Investment Fund, Inc. (11,22% kapitału) by nie zareagował? Albo Nationale-Nederlanden (9,43%), albo PZU, kontrolowane przez Skarb Państwa (15,93%)? Że nie byłoby odpływu reklamodawców ani spadku wartości akcji? Nie możemy przeprowadzić eksperymentu, żeby się przekonać, ale nie znam żadnego tytułu, który by nie stosował oczywistego podwójnego standardu pisząc o naszych zbrodniach i ich zbrodniach i nie był jednocześnie odcięty od wielkiego kapitału.

    Ale jeśli za propagandę uznajesz zmasowaną, celową dezinformację, to chyba jednak nie adres na Czerskiej.

    Adres na Eighth Avenue też zresztą nie – w ogóle nie ma żadnego adresu, gdzie ktoś podejmuje decyzję o zdezinformowaniu społeczeństwa. A jednak dezinformacja jest potężna i nieprzypadkowa.

    A jak chcesz zobaczyć prawdziwą "naszą propagandę", to zapraszam do oglądania TVP, chociaż jednego wydania „Wiadomości”.

    TVP to tu nie dochodzi, nie mówiąc już o tym, że nie mam telewizora. Ale domyślam się, co tam się dzieje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla notki mam tru story, bro.

      Co do "antykomunizmu", czy "magii wolnego rynku", czy "neoliberalizmu", może nawet z włączeniem całej tej "nadbudowy" spłodzonej przez Ayn Rand i jej kółeczko, to mam wrażenie, że najlepiej określić to jako "apoteozę chciwości", w głębi "cywilizowanego Zachodu" trwałą i niezmienną, za jakieś ostatnie 200 lat powiedzmy. Która wygenerowała dojrzały imperializm, od 100 lat mający się doskonale i doskonalący swoje różne narzędzia i aspekty, np. jw. w notce, swoje tuby propagandowe. A USA jakby nie patrzeć, są tego imperializmu statkiem-matką, gdzieś tak od końca I wojny, powiedzmy.

      Nie tak dawno miałem o tym notkę, albo próbowałem coś powiedzieć, w drugiej połówce http://bs-blog.clouds-forge.eu/index.php?post=2016_06_18_00_Zabawy_nie_tylko_z_bronia

      Usuń
    2. No trochę się te racjonalizacje imperlializmu jednak zmieniają, jeszcze nie tak dawno temu było to raczej "niesiemy dzikusom cywilizację", albo "dzięki nam będą mogli poznać prawdziwego Boga i dostąpić zbawienia". Np. w 1855 W. J. Grayson, mąż stanu i poeta, pisał:

      For these great ends hath Heaven’s supreme command
      Brought the black savage from his native land,
      Trains for each purpose his barbarian mind,
      By slavery tamed, enlightened, and refined;
      Instructs him, from a master-race, to draw
      Wise modes of polity and forms of law,
      Imbues his soul with faith, his heart with love,
      Shapes all his life by dictates from above,
      And, to a grateful world, resolves at last
      The puzzling question of all ages past,
      Revealing to the Christian’s gladdened eyes
      How Gospel light may dawn from Libya’s skies,
      Disperse the mists that darken and deprave,
      And shine with power to civilize and save.

      To nie to samo co dzisiejsze "niesiemy pokój, bezpieczeństwo, demokrację, prawa człowieka i wolny handel". Apoteoza chciwości gra w tym wszystkim jakąś rolę, ale nie powiedziałbym, że to centralny punkt imperailistycznej narracji - ani dzisiaj, ani dawniej.

      Usuń
    3. @b

      Dodałbym jeszcze, że prowincjonalne media mają to do siebie, że powtarzają po mediach centralnych i poruszają się w ramach przez nie wyznaczonych, więc to, czym dysponuje Wyborcza – zwłaszcza jeśli chodzi o politykę zagraniczną – jest często mocno przefiltrowane przez media amerykańskie. Np. z filtrem (3) wygląda to tak, że jakiś Rumsfeld czy Powell umawia się z Judith Miller na lanczyk i wciska jej swoją ciemnotę, następnie Miller ogłasza na pierwszej stronie NYT, że w wyniku bezkompromisowego śledztwa dziennikarskiego udało się ustalić, że nasz wywiad ma dowody na broń masowego rażenia w Iraku, co potwierdzają wysoko postawione źródła w Waszyngtonie, następnie Wyborcza pisze, że w wyniku bezkompromisowego śledztwa dziennikarskiego NYT ustalił, że jest broń masowego rażenia w Iraku, następnie Adam Michnik wzywa do powstrzymania stwarzającego śmiertelne zagrożenie Saddama i jego „krucjaty przeciwko demokracji”. Krótko mówiąc: skoro Wyborcza jest prowincjonalna, to te filtry tym bardziej dla niej działają.

      Usuń
    4. Ten argument najbardziej przekonujący, na resztę odpiszę później.

      Usuń
    5. Weźmy wspomnianą przez Ciebie Kubę…

      Kuba to nie jest najszczęśliwszy przykład, przecież akurat ten kraj idealnie wpisał się w zimną wojnę, jak już Castro przypomniał sobie, że w zasadzie zawsze chodziło mu o socjalizm w duchu marksistowsko – leninowskim, co przed klęską J.F.K. w Zatoce Świń nie było oczywiste. Wtedy „rewolucja” okazała się nie tylko antyimperialistyczna, ale także socjalistyczna, a sojusz z ZSRR – podstawą polityki wobec sąsiada. Akurat przypadek Kuby to „czysty” zimnowojenny kazus. Fakt, że Cuban Liberty and Democratic Solidarity Act jest z 1996 r., ZSRR już nie było, ale Castro był, uwierał Stany, i, przepraszam, ale dawał powody do przywoływania frazy “human rights” jako świetnego pretekstu.

      Znam się mniej niż średnio na niuansach polityki USA w Ameryce Południowej, ale przecież w wielu wypadkach taktyka polegała na tajnych operacjach CIA w postaci wspierania junt wojskowych obalających legalne rządy (np. Allende w Chile, czy próba storpedowania wyborów Chaveza w 2002 r. ), tworzeniu zaplecza dla akcji Condor, czy też tajnym wspieraniu np. takich Contras w Nikaragui – to nawet wbrew woli Kongresu. Do tych tajnych akcji raczej nie dorabiano jakichś szczególnych ideologii, a jak już coś wyciekło, to wg. oficjalnych info obalano „komunistów” (o tych wątkach piszesz w notce), albo odbijano majątki korporacji amerykańskich przez „komunistów” znacjonalizowane – a więc resztki doktryny Monroe'a.

      Nie za bardzo rozumiem argument z Arabią Saudyjską. Przecież nikt tutaj nie wierzy, że USA szerzą prawa człowieka na całym świecie; tutaj wszyscy zgodnie twierdzą, że Stany używają jej tam, gdzie im wygodnie, a podchwytują to miejscowi, jeśli im wygodnie. Ja tylko uważam, że „wybiórczość” obrazu USA w „GW” ma trochę inne przyczyny niż te, które opisałeś w notce.

      Z młodszych masz np. Sławomira Sierakowskiego

      Jakbyś pobył sobie kilka lat za amerykańskie pieniądze na kilku uniwerkach z Ivy League, też pewnie tak byś gadał ;) To zresztą stała polityka, Cimoszewicz, Balcerowicz, Kołodko czy Iwiński, czy np. taki Stypułkowski to stypendyści Fulbrighta jeszcze z lat 70. i 80.

      Ale - jako osoba korzystająca w latach 90. z pieniędzy Fundacji Forda i Sorosa dla organizowania pomocy dla ofiar przemocy domowej – to jednak powiem, że tak, czasami rzeczywiście wykorzystuje się tę kasę na prawa człowieka. Jak na dobry PR, to byliśmy dość tani. Zresztą teraz kasę na takie sprawy dają głównie UE i np. Fundusze Norweskie.

      Ja tu nie widzę sprzeczności

      Też się zgadzam, że najlepiej sprawdzają się – jak to nazywamy w kryminologii : ) – teorie wieloczynnikowe. Ale jeśli ważymy poszczególne czynniki, to „parytet” w polskich relacjach o zbrodniach Putina i Stanów jest niemożliwy przede wszystkim z powodów geograficznych, historycznych i aktualnych:) Struktura własnościowa to tylko jeden element, w przypadku ”Agory” naprawdę nie wygląda to tak źle, mimo tych akcji Sorosa, o których piszesz w pierwszej kolejności ;) (zobacz, ile ma „free float”, a „Agora Holding” sp. z o.o. to w zasadzie wyłącznie uprzywilejowane akcje pracownicze – na marginesie ciekawostka, Michnikowi na jego wniosek akcje umorzono).

      A co do lanczyków z Judith Miller i filtrów w prowincjonalnej „Wyborczej” – co do zasady zgoda, ale ja przez propagandę rozumiem celową dezinformację. A Ty opisujesz procesy, w których „Wyborcza” co najwyżej jest odbiorcą i przekaźnikiem, ta propaganda zasadniczo nie jest „nasza”. W notce dobrze opisałeś relacje kapitału, imperializmu i mediów głównego nurtu, ale „GW” nie jest tutaj żadnym istotnym graczem.

      Usuń
    6. Kuba to nie jest najszczęśliwszy przykład, przecież akurat ten kraj idealnie wpisał się w zimną wojnę

      Nie bardzo rozumiem – pisałaś, że Amerykanie stosują retorykę praw człowieka głównie u nas (w sensie w byłym Bloku Wschodnim), bo tylko u nas ta narracja ma jakieś uzasadnienie w faktach i tylko u nas intelektualiści to kupują, bo są skupieni na czubku swojego nosa i najczęściej nie mają większego pojęcia o zbrodniach w Ameryce Południowej czy Azji (jeśli Cię dobrze zrozumiałem). Ja twierdzę, że Amerykanie stosują tę retorykę wszędzie i że wszędzie na Zachodzie intelektualiści się na nią nabierają – a uzasadnianie kubańskiego embarga to jeden z przykładów.


      Do tych tajnych akcji raczej nie dorabiano jakichś szczególnych ideologii,


      To raczej zwykle wygląda tak, że amerykańska administracja ogłasza coś w rodzaju „w naszej polityce zagranicznej chodzi oczywiście przede wszystkim o to, żeby promować demokrację i prawa człowieka na świecie”, a tzw. wolne media powtarzają jak za panią matką pacierz. A kiedy wytyka się konkterne przypadki tego promowania: Chile, Nikaraguę czy tuziny innych, to zazwyczaj pada odpowiedź w stylu „może i krwawy dyktator, ale zwalcza komunistów, a to oni są największym zagrożeniem dla demokracji i praw człowieka” albo „może i obalamy demokrację, ale to dlatego, że ludzie głosują na komunistów, a to oni są największym zagrożeniem dla demokracji i praw człowieka” („komunista” to oczywiście każdy, kogo akurat nie lubimy). W ten sposób teza o promowaniu demokracji i praw człowieka robi się wygodnie niefalsyfikowalna. W ostateczności czasem ktoś przyzna, że w tym lub innym konkretnym przypadku może i działaliśmy trochę wbrew wartościom, bo tak się opłacało naszym korporacjom (pamiętam np. W. Scotta Thomsona, który gdzieś kiedyś przyznał, że w Iranie chodziło wyłącznie o ropę) – ale to tylko wyjątek potwierdzający regułę, bo tak ogólnie to niestrudzenie promujemy demokrację i prawa człowieka. Albo czasem ktoś przyzna, że „w przeszłości popełnialiśmy błędy” (np. w 1999 Clinton – jak to ujęły mainstreamowe media – przeprosił za zamach stanu i ludobójstwo w Gwatemali) – ale tylko po to, żeby zaraz dodać, że to stare dzieje i teraz to już tylko demokracja i prawa człowieka nam w głowie.


      Nie za bardzo rozumiem argument z Arabią Saudyjską. Przecież nikt tutaj nie wierzy, że USA szerzą prawa człowieka na całym świecie; tutaj wszyscy zgodnie twierdzą, że Stany używają jej tam, gdzie im wygodnie, a podchwytują to miejscowi, jeśli im wygodnie.

      „Tutaj” w sensie „na tym blogu”? Pewnie tak. Ale ja chciałem powiedzieć, że na Zachodzie jest kupa intelektualistów, którym tak samo daleko jest do Kuby, jak do Arabii Saudyjskiej; którzy nie doświadczyli na własnej skórze ani opresji sowieckiej, ani amerykańskiej, ani żadnej innej; którzy mają świetny dostęp do danych na temat dyktatur sponsorowanych przez Zachód – i jednocześnie są święcie przekonani, że Stany starają się szerzyć demokrację i prawa człowieka na świecie (najwyżej czasami im nie wychodzi, ale generalnie chcą dobrze).

      Usuń
    7. Ale jeśli ważymy poszczególne czynniki, to „parytet” w polskich relacjach o zbrodniach Putina i Stanów jest niemożliwy przede wszystkim z powodów geograficznych, historycznych i aktualnych:)

      Nie sądzę, że przede wszystkim. Jasne, że dla Polaków bardziej interesujące będą zbrodnie np. na Ukrainie od zbrodni np. w Gwatemali. Ale spróbuj porownać relacje z podobnych zbrodni w tym samym regionie: np. to, co się dzieje teraz w Aleppo z masakrą w Strefie Gazy dwa lata temu (wg ONZ w kilka tygodni wybito 1563 cywilów, w tym 538 dzieci). Dzisiaj mamy „nową Srebrenicę”, „nowe Powtanie Warszawskie”, „dlaczego Zachód milczy”, „niczego się nie nauczyliśmy”, „spójrzcie na martwe dzieci wyciągane spod gruzów” itp. Dwa lata temu mieliśmy: „dane o liczbie ofiar nie są wiarygodne”, „Amerykanie też bombardowali Niemców i nikt się jakoś nie oburzał”, „palestyńska propaganda kłamie” i „uderza sztormowa fala antysemityzmu”.

      Struktura własnościowa to tylko jeden element, w przypadku ”Agory” naprawdę nie wygląda to tak źle

      Nikt nie mówi, że wygląda źle. Nikt też nie mówi, że to jedyny element. Nawet jeśli założymy że struktura własnościowa nie ma żadnego wpływu, to są jeszcze cztery pozostałe filtry.


      A co do lanczyków z Judith Miller i filtrów w prowincjonalnej „Wyborczej” – co do zasady zgoda, ale ja przez propagandę rozumiem celową dezinformację. A Ty opisujesz procesy, w których „Wyborcza” co najwyżej jest odbiorcą i przekaźnikiem, ta propaganda zasadniczo nie jest „nasza”.

      Musiałabyś w takim razie wyjasnić, co rozumiesz przez „celową dezinformację” i „naszość”. To przecież nie jest tak, że jakaś Bardzo Ważna Osoba w Tajnym Gabinecie stwierdza „dobra, to teraz nastraszymy ludzi Saddamem rozpowszechniając brednie o broni masowego rażenia, sugerując jego związki z Al-Kaidą i skrzętnie przemilczając fakt, że przez lata był naszym pupilkiem, a swoje największe zbrodnie popełnił z naszą pomocą; proszę przekazać instrukcje podwładnym”. Granica między ośrodkiem decyzyjnym a „odbiorcą i przekaźnikiem” jest dość rozmyta, a dezinformacja jest efektem pracy wielu osób, z których często żadna nie zdaje sobie w pełni sprawy z tego, w czym bierze udział. Trochę jak mrówki budujące mrowisko.

      Usuń
    8. Tak podsumowując:

      1. Masz zapewne rację, że w wielu miejscach na świecie jest kupa intelektualistów, którym tak samo daleko jest do Kuby, jak do Arabii Saudyjskiej; którzy nie doświadczyli na własnej skórze ani opresji sowieckiej, ani amerykańskiej, ani żadnej innej – i pewnie ich stosunek do Stanów to głównie efekt amerykańskiej propagandy. Problem w tym, że w notce podałeś przykład polski. A ten – powtarzam się – nie jest modelowy. Bo opresja sowiecka itd. I te warunki lokalne mogą działać silniej niż większość z 5 filtrów, o których piszesz.

      2. Przez „naszą” propagandę rozumiem taką, w której „nasze” kręgi opiniotwórcze celowo rozpowszechniają nieprawdziwe informacje (bądź, co jednak subtelniejsze i obecnie częstsze, nie podają pewnych informacji), z uwagi na jakieś własne cele polityczne lub ekonomiczne. Zależność pomiędzy celami politycznymi USA a intencjami felietonistów w „Wyborczej” jest mocno pośrednia i uwikłana w wiele innych spraw.

      Piszesz: Granica między ośrodkiem decyzyjnym a „odbiorcą i przekaźnikiem” jest dość rozmyta, a dezinformacja jest efektem pracy wielu osób, z których często żadna nie zdaje sobie w pełni sprawy z tego, w czym bierze udział. Trochę jak mrówki budujące mrowisko. Ja jednak uważam, że jeśli żadna z tych osób nie zdaje sobie sprawy w pełni z tego, w czym uczestniczy, to takiej sytuacji nie można nazwać produkowaniem propagandy. Jednak ktoś w którymś momencie musi zdecydować o zatajeniu/podaniu fałszywej informacji, i ma w tym w jakiś cel. To, o czym piszesz, to bardziej nastroje polityczne, atmosfera, właśnie o jakichś „rozmytych”, często nieracjonalnych źródłach. Za dużo mamy dookoła przykładów celowej dezinformacji (nie chodzi mi tylko o PiS, zobacz, jaka była dynamika medialna Brexitu, czy fejki o uchodźcach), żeby propagandą nazywać każdą przychylną Stanom opinię.

      Jeśli miałabym postawić granicę pomiędzy propagandą a tą „przychylną atmosferą”, to producenci propagandy raczej w swoje treści nie wierzą. Tymczasem Kolenda – Zalewska itd. chyba są szczerymi wyznawcami.

      3. Co do masakry w Stefie Gazy – znów, niestety, wyciągnę zużyty argument, że to trochę bardziej złożone. Jeśli w tle tych przekazów są Stany, to również w tle jest strach „GW” przed polskim antysemityzmem, a z drugiej strony, jednak domieszka strachu przed „politycznym islamem”. W „GW” ten temat obrabiają Konstanty Gebert i Paweł Smoleński (który zawsze pisze wyłącznie straszne rzeczy o Hamasie), co mocno profiluje przekaz (no wiem, ktoś ich zatrudnia, ale przynajmniej w przypadku Geberta to muszą, bo mocne więzi weteranów KOR-owiskich). Jednak jeśli spojrzysz gdzie indziej, (Krytyka Polityczna, Kultura Liberalna, a nawet naTemat), to jest co najmniej dwugłos.

      4. Oj czepiasz się z tą Kubą. Może nie było to centrum Bloku Wschodniego ;), ale „określone uwarunkowania historyczne i polityczne”, jak mawia ministra Zalewska, podobne jak w europejskich demoludach. Uzależnienie od Sowietów, doktryna leninowska, łamanie wolności osobistych i politycznych. Ci, co uciekli z Kuby, chyba też wierzyli w misję dziejową Stanów i sens kubańskiego embarga (tak jak nasi dysydenci) – dopiero w przy Tumpie przestali głosować na Republikanów (a ściślej, ci młodsi, którzy Kuby już nie znają).

      Dobra, już kończę obronę „Wyborczej” ;)

      Usuń
    9. A ten – powtarzam się – nie jest modelowy. Bo opresja sowiecka itd. I te warunki lokalne mogą działać silniej niż większość z 5 filtrów, o których piszesz.

      Ale zdaje się, że to, o czym mówisz, podpada pod filtr (5). Oczywiście wszystko to jest dość mętne – fajnie byłoby, gdyby Herman i Chomsky sprecyzowali, co dokładnie rozumieją przez (5) i przez „elementy te są ze sobą powiązane i wzajemnie się wzmacniają”.
      Tak czy inaczej czytałem gdzieś kiedyś (chyba też u Chomsky’ego, nie umiem tego teraz znaleźć) o zastanawiającej asymetrii między postawami naszych dysydentów a postawami dysydentów południowoamerykańskich w tym względzie – tym drugim nigdy nie przyszłoby do głowy, żeby opowiadać o tym, jak to ZSRR umiłował pokój i postęp tylko dlatego, że ZSRR walczył z tyranami, którzy ich torturowali i mordowali. Nie jestem wielkim znawcą południowoamerykańskiej opozycji demokratycznej, ale na podstawie tego, co wiem, wydaje mi się to dość trafne. Jest u naszych Havli i Michników jakaś taka dziwna – nie wiem jak to nazwać – służalczość, naiwność?, która popycha ich do pisania potwornych bredni o Stanach i którą nie wiem, czym wytłumaczyć.

      Przez „naszą” propagandę rozumiem taką, w której „nasze” kręgi opiniotwórcze celowo rozpowszechniają nieprawdziwe informacje (bądź, co jednak subtelniejsze i obecnie częstsze, nie podają pewnych informacji), z uwagi na jakieś własne cele polityczne lub ekonomiczne. Zależność pomiędzy celami politycznymi USA a intencjami felietonistów w „Wyborczej” jest mocno pośrednia i uwikłana w wiele innych spraw.

      Z tego wynikałoby, że wg Ciebie nasza propaganda w ogóle nie istnieje, bo zależność pomiędzy celami politycznymi USA a intencjami autorów NYT też jest mocno pośrednia.

      Opinie tzw. kręgów opiniotwórczych są odbiciem interesów władzy – i u nas, i w państwach autorytarnych. Inne są tylko mechanizmy, które sprawiają, że to się dzieje. A władza jest u nas w dużym stopniu ta sama co w Stanach, to są te same ośrodki koncentracji kapitału.
      Oczywiście są różnice: nasza ekonomia jest zdecydowanie mniej uzależniona od wielkich korporacji, poza tym nasza opinia publiczna ma zdecydowanie mniejsze znaczenie – ale nie są na tyle duże, żeby model propagandy był stosowalny tylko w przypadku amerykańskich mediów, wydaje mi się.


      Jeśli miałabym postawić granicę pomiędzy propagandą a tą „przychylną atmosferą”, to producenci propagandy raczej w swoje treści nie wierzą.

      W takim razie propagandy nie uprawiał ani Völkischer Beobachter, ani Prawda (nie licząc może okresów schyłkowych), ani dzisiaj ISIS jej nie uprawia, ani właściwie żaden typowy przykład najbardziej wulgarnej propagandy nie jest propagandą. No naprawdę, przecież tu nie ma różnicy między totalitarnymi mediami a mediami w liberalnej demokracji: i tu i tu autorzy treści najczęściej wierzą w to, co piszą, a jeśli już coś świadomie zatajają lub wprost kłamią, to z reguły dlatego, że w ich mniemaniu służy to Sprawie.

      Usuń
    10. Jednak jeśli spojrzysz gdzie indziej, (Krytyka Polityczna, Kultura Liberalna, a nawet naTemat), to jest co najmniej dwugłos.

      I myślisz, że przez czysty przypadek to „gdzie indziej” jest już poza mainstreamem, albo że filtry (1) i (2) są nieobecne w przypadku KP i KL?

      Co do masakry w Stefie Gazy – znów, niestety, wyciągnę zużyty argument, że to trochę bardziej złożone. Jeśli w tle tych przekazów są Stany, to również w tle jest strach „GW” przed polskim antysemityzmem, a z drugiej strony, jednak domieszka strachu przed „politycznym islamem”. W „GW” ten temat obrabiają Konstanty Gebert i Paweł Smoleński (który zawsze pisze wyłącznie straszne rzeczy o Hamasie), co mocno profiluje przekaz (no wiem, ktoś ich zatrudnia, ale przynajmniej w przypadku Geberta to muszą, bo mocne więzi weteranów KOR-owiskich).

      Dobrze, zapomnijmy o Palestynie, weźmy Jemen. Skala kryzysu humanitarnego jest tam zdecydowanie większa niż w Syrii, to my (w sensie przede wszystkim Stany i Wielka Brytania) jesteśmy za niego w dużej mierze odpowiedzialni, nasze zbrodnie wojenne i gwałcenie prawa międzynarodowego w Jemenie zdecydowanie przebijają to, co robi Putin w Syrii, w każdej chwili możemy to zatrzymać, ale oczywiście tego nie zrobimy – i temat w mediach nie istnieje. Spróbuj znaleźć tekst o Jemenie w Wyborczej z ostatniego, powiedzmy, miesiąca. Chyba jedyny jest w zasadzie o tym, że Boris Johnson jeszcze się nie nauczył gadać o naszych zbrodniach jak szef dyplomacji:

      „Druga z tych stolic może liczyć na brytyjskich doradców wojskowych, sprzęt i wsparcie dyplomatyczne – i choćby dlatego słowa Johnsona wydają się kłopotliwe. Nie żeby wiele osób na Wyspach z nimi polemizowało; chodzi o to, że takich komentarzy nie wygłasza się publicznie pod adresem sojusznika.”

      Tego już chyba nie da się wytłumaczyć strachem przed polskim antysemityzmem, albo strachem przed politycznym islamem, albo kolegami z KOR-u?

      Usuń