niedziela, 12 sierpnia 2012

Pierwsza małpa z duszą (I)

J. J. Lowder: Biological Evolution as Evidence against Theism, "Naturalistic Atheism" 21.10.2011.


Wielu chrześcijan deklaruje, że nie ma z teorią ewolucji żadnych problemów. Zazwyczaj można od nich usłyszeć, że biblijna historia o stworzeniu Ziemi z wszystkimi gatunkami żywych organizmów w sześć dni to po prostu metafora, podobnie jak metaforami są tuziny innych biblijnych historii (wieża Babel, akra Noego, Jonasz w wielorybie), a traktowanie Biblii jako podręcznika historii, biologii, astronomii, geografii, lingwistyki czy jakiejkolwiek innej nauki to ciężkie nieporozumienie. Bardziej zorientowani w teologii dodają jeszcze, że metaforycznego traktowania tych historii nie wymyślono wcale w czasie dokonywania odkryć naukowych podważających ich prawdziwość, ale dużo wcześniej, a dosłowne czytanie Biblii przez długie lata nie należało do chrześcijańskiego mainstreamu. Przy tej okazji pojawia się zwykle przykład Augustyna, który nie wierzył w to, że Bóg stworzył świat w sześć dni. Czasami ktoś próbuje zrobić za pomocą tego przykładu wrażenie, jakoby poglądy Augustyna na powstanie gatunków były mniej więcej zgodne ze współczesną nauką, co jest oczywiście nonsensem – Augustyn był kreacjonistą młodej Ziemi, który z pewnych teologicznych względów uważał, że Bóg stworzył świat w jednej chwili, niemniej wspomniani chrześcijanie mają rację, że metaforyczne czytanie Biblii nie pojawiło się ad hoc w celu jej pogodzenia z nauką.
Nie wydaje mi się jednak, że proste „to tylko metafory” załatwia sprawę. Trzeba się mocno nagimnastykować, żeby pogodzić ewolucję z – po pierwsze – chrześcijańskim wyobrażeniem o wyjątkowości homo sapiens jako jedynego gatunku posiadającego coś, co określa się „rozumnością” i „wolną wolą” i – po drugie – z chrześcijańskim wyobrażeniem o grzechu pierworodnym. Świetną ilustracją tego jak bardzo może być fragment wykładu ciekawego skądinąd filozofa Petera van Inwagena w ramach Gifford Lectures z 2002, na który natknąłem się ostatnio przez blog The Secular Outpost:

Poniższa historia jest spójna z tym, co wiemy o ludzkiej prehistorii. Nasza obecna znajomość ewolucji człowieka nie dostarcza nam tak naprawdę żadnych powodów, by sądzić, że historia ta nie jest prawdziwa:

Przez miliony lat, a może przez setki milionów lat, Bóg kierował biegiem ewolucji tak, by w końcu powstały bardzo inteligentne naczelne, bezpośredni przodkowie homo sapiens. W pewnym momencie w ciągu ostatnich kilkuset tysięcy lat całą populację naszych przedludzkich przodków stanowiła mała rozmnażająca się grupa, licząca kilka tysięcy, kilkaset, a może jeszcze mniej przedstawicieli. To oznacza, że był okres, kiedy każdy z wówczas żyjących przodków współczesnych ludzi był członkiem tej małej, geograficznie zwartej grupy naczelnych.
Po pewnym czasie Bóg w cudowny sposób podniósł członków tej grupy na poziom racjonalności. To znaczy, że ofiarował im dary języka, abstrakcyjnej myśli i bezinteresownej miłości – oraz, oczywiście, dar wolnej woli. Może być nam trudno zrozumieć wszystkie powody, dla których Bóg obdarzył ludzi wolną wolą, ale jeden z nich zrozumieć możemy: obdarzył ich wolną wolą, ponieważ wolna wola jest konieczna do miłości. (...)
Bóg nie tylko podniósł te naczelne na poziom racjonalności – nie tylko stworzył z nich istoty, które nazywamy ludźmi – ale także ustanowił między nimi a sobą mistyczny związek; związek, na który chrześcijanie mają nadzieję w Niebie i nazywają go „wizją uszczęśliwiającą”. Będąc zjednoczeni z Bogiem, ci ludzie, te naczelne, które w pewnym momencie swojego życia stały się ludźmi, żyły razem w harmonii idealnej miłości i posiadały także to, co teologowie nazywali kiedyś mocami nadnaturalnymi (preternatural powers) – coś w rodzaju „zdolności paranormalnych”, jak je obecnie nazywają ludzie, którzy w nie wierzą.
Ponieważ żyli oni w harmonii idealnej miłości, żadne z nich nie wyrządzało krzywdy drugiemu. Dzięki nadnaturalnym mocom mogli w pewien sposób bronić się przed dzikimi bestiami (które ujarzmiali za pomocą spojrzenia), przed chorobami (które leczyli dotykiem) i od różnych przypadkowych katastrof naturalnych (takich jak trzęsienia ziemi), o których dowiadywali się wcześniej i byli w stanie przed nimi uciec. Nie było zatem zła w ich świecie. Zamiarem Boga było, by nie starzeli się i nie umierali jak ich przodkowie. Jednak w jakiś sposób, który musi pozostać dla nas tajemnicą, nie byli oni zadowoleni z tego rajskiego życia. Nadużyli daru wolnej woli i zerwali swój związek z Bogiem.
Efekt był przerażający: nie tylko nie mogli się już dłużej cieszyć wizją uszczęśliwiającą, ale byli też narażeni na krzywdę ze strony sił natury, a także podlegali starzeniu i naturalnej śmierci.
[tłumaczenie moje]

Nie da się van Inwagenowi odmówić konsekwencji. Chrześcijanin może nie wierzyć w historycznego Adama i Ewę, ale w jakiś historyczny grzech pierworodny raczej wierzyć musi. Może nie wierzyć w Boga, który w jednej chwili stworzył człowieka „na swoje podobieństwo” i kazał mu panować nad resztą stworzenia, ale w jakąś skokową zmianę w kognitywnych zdolnościach między człowiekiem a poprzedzającym go gatunkiem – już tak.
Domyślam się, że nie tylko mi historia magicznego małpiego raju van Inwagena wydaje się, delikatnie mówiąc, naciągana, i to nawet pomijając dyskusyjność istnienia wolnej woli. Kiedy jednak próbowałem znaleźć jakiś formalny filozoficzny argument pokazujący, że coś w rodzaju historii van Inwagena jest (nawet jeśli faktycznie całkowicie spójne ze stanem wiedzy naukowej) wyraźnie mniej prawdopodobne od hipotezy naturalistycznej, nie znalazłem prawie nic. Ewolucji używa się oczywiście do obalania pewnych argumentów z projektu (w stylu argumentu Paleya), ale na tym jakby potencjał teorii ewolucji w filozoficznej walce z teizmem się kończy. Wygląda na to, że poza tym istnieje tylko jeden, stosunkowo młody argument z ewolucji Paula Drapera, o którym więcej w którymś z następnych wpisów.

13 komentarzy:

  1. Ten filozof to powinien Nagrodę Hugo dostać za to opowiadanie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Van Inwagen nie jest taki głupi, jak mógłby na to wskazywać ten fragment, ma np. ciekawe pomysły w ramach ontologii (choć też nie jest to moja bajka). Kiedy jednak próbuje bronić racjonalności chrześcijaństwa to wygląda to, jak wygląda.

      Usuń
  2. Grzechem pierworodnym był oczywiście seks bez prokreacji. Stąd wąż.

    OdpowiedzUsuń
  3. Grzechem pierworodnym, jeżeli trzymać się nawet metaforycznego podejścia do Księgi rodzaju, było samo człowieczeństwo, czyli samoświadomość, zdolność odróżniania dobra od zła. Co rodzi oczywiste pytanie, jak można karać cały gatunek za czyn jednostek niezdolnych, nieświadomych jakości moralnej czynu jakiego się dopuściły. nie wspominając już o tym, że kara dziedziczna sama w sobie zdaje się przeczyć idei sprawiedliwego i dobrotliwego bóstwa.
    Historia grzechu pierworodnego nie jest jednak wyjątkowa, jeżeli przyjrzymy się innym mitologiom zauważymy, ze stan początkowy, stan narodzin świata i ludzkości był stanem idealnym, zmąconym przez takie lub inne działanie samej ludzkości. W wypadku mitologii biblijnej było to zerwanie z drzewa poznania dobra i zła, w mitologii greckiej, fakt, ze ludzie pozwolili prometeuszowi oszukać bogów przy składaniu ofiary, w tradycji sumeryjsko-babilońskiej fakt, ze ludzie byli głośni i nie pozwalali bogom spać było przyczyną potopu. Mitologie starożytne zdają się silnie korzystać z masochistycznej skłonności do obwiniania ludzi za zło świata. Z punktu widzenia ewolucji społeczeństw ludzkich, ma to sens, pozwala to bowiem zachować spójność struktury społecznej, ogranicza roszczenia, słowem sprzyja równowadze społecznej.
    Sądzę, ze ludzie naszego wieku powinni traktować takie historię, jak historia wygnania Adama i Ewy jako metaforę uzyskania dojrzałości, przyjęcia odpowiedzialności za siebie i swoje decyzje. W dobie ciągle trwającej debaty o wpływie naszej cywilizacji na stan życia na Ziemi, sens ten wydaje się o wiele bardziej dorosły niż tradycyjne religijne podejście.

    Pozdrawiam,
    Baribal

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Grzechem pierworodnym, jeżeli trzymać się nawet metaforycznego podejścia do Księgi rodzaju, było samo człowieczeństwo, czyli samoświadomość, zdolność odróżniania dobra od zła.

      To chyba jakaś mało ortodoksyjna interpretacja. Wg mainstreamowego chrześcijaństwa zdolność jest darem od Boga, a grzechem było nadużycie tej zdolności.

      Co rodzi oczywiste pytanie, jak można karać cały gatunek za czyn jednostek niezdolnych, nieświadomych jakości moralnej czynu jakiego się dopuściły. nie wspominając już o tym, że kara dziedziczna sama w sobie zdaje się przeczyć idei sprawiedliwego i dobrotliwego bóstwa.

      Mnie też się wydaje, że chrześcijańskich dogmatów nie da się pogodzić z elementarną moralną wrażliwością, ale to inna historia. Tu chodzi mi tylko o problem „czy chrześcijaństwo jest prawdziwe”, nie o problem „czy chrześcijaństwo jest moralne”.

      Z punktu widzenia ewolucji społeczeństw ludzkich, ma to sens, pozwala to bowiem zachować spójność struktury społecznej, ogranicza roszczenia, słowem sprzyja równowadze społecznej.

      Ogranicza roszczenia? Przecież roszczenia ma się zwykle wobec innych ludzi, a tu nie chodzi o historie, których morałem byłoby coś w rodzaju „miej pretensje przede wszystkim do siebie”. Zupełnie nie rozumiem jaki wpływ na równowagę społeczną mogłaby mieć historia o Adamie i Ewie, czy podobne.

      Sądzę, ze ludzie naszego wieku powinni traktować takie historię, jak historia wygnania Adama i Ewy jako metaforę uzyskania dojrzałości, przyjęcia odpowiedzialności za siebie i swoje decyzje. W dobie ciągle trwającej debaty o wpływie naszej cywilizacji na stan życia na Ziemi, sens ten wydaje się o wiele bardziej dorosły niż tradycyjne religijne podejście.

      Jeśli chcesz powiedzieć, że powinien z tego płynąć morał, że należy być odpowiedzialnym za swoje decyzje, to myślę, że to trochę naciągane. Sam wyżej napisałeś, że to historia o „jednostkach niezdolnych, nieświadomych jakości moralnej czynu, jakiego się dopuściły”.

      Usuń
  4. jeżeli chodzi o to, "co jest do pomyślenia" na temat teorii ewolucji przez osobę traktującą na serio nauczanie kościoła katolickiego, to sprawy te są, moim zdaniem, szczegółowo omówione w książce Życińskiego "Bóg i ewolucja. Podstawowe pytania ewolucjonizmu chrześcijańskiego".
    marcin

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czytałem tylko kilka artykułów i wypowiedzi Życińskiego na temat relacji między chrześcijaństwem a ewolucją, w których zawsze pomijał wszystkie interesujące problemy (jak ewolucja a historyczność grzechu pierwszych ludzi, ewolucja a moment obdarzenia człowieka racjonalnością, wolną wolą i duszą itd.). Czy w tej książce jest coś na ten temat?

      Usuń
  5. jeżeli chodzi o grzech pierworodny jest rozdział pt. Antropologiczny sens prawdy o grzechu pierworodnym. Jeżeli chodzi o moment "zaszczepienia duszy w człowieku" to jest omówiona koncepcja "nieciągłości ontologicznej" czy "skoku ontologicznego" - tu jest odniesienie do pism czy wypowiedzi Jana Pawła II.

    marcin

    OdpowiedzUsuń
  6. ...i koncepcja superweniencji.... o tym też trzeba powiedzieć

    marcin

    OdpowiedzUsuń
  7. ; Wg mainstreamowego chrześcijaństwa zdolność jest darem od Boga, a grzechem było nadużycie tej zdolności.

    Według mnie chrześcijaństwo nie dzieli się na to głównego nurtu lub jak piszesz mainstreamowe, lecz na nominalne i to opisane w Biblii. Można je nazwać chrystianizmem, ponieważ opierało się ściśle na naukach Jezusa. To po pierwsze. Po drugie w Biblii nie występuje zdolność jako możliwość odróżniania dobra od zła którą to zdolność człowiek wykorzystuje niezgodnie z wolą Boga. Zakaz spożywania owoców z konkretnego drzewa został złamany i to stało się grzechem "pierworodnym" nie wiedzieć czemu tak nazwanym. Może dlatego, że pierwszy? W Biblii to pojęcie nie występuje. Użył je podobno pierwszy raz Augustyn. Szatan kusząc Ewę według Biblii zapowiedział, że po spożyciu owego owocu człowiek stanie się podobny Bogu czyli znający dobro i zło. Co to oznaczało?

    Przede wszystkim to określenie ma znaczenie przenośne. W ogrodzie Eden Bóg przypisał symboliczne znaczenie dwom drzewom: „drzewu życia” oraz „drzewu poznania dobra i zła”. Nieposłuszeństwo wobec Bożego rozkazu dotyczącego drugiego z tych drzew sprowadziło człowieka na drogę grzechu (Rdz 2:9, 16, 17; 3:1-24).
    Wiele osób niesłusznie uważa, że zakaz spożywania owocu z „drzewa poznania dobra i zła” odnosił się do cielesnego współżycia pierwszej pary ludzkiej. Poglądowi temu przeczy wyraźny rozkaz, jaki Bóg dał mężczyźnie i kobiecie: „Bądźcie płodni i stańcie się liczni oraz napełnijcie ziemię” (Rdz 1:28).

    Drzewo to wyobrażało „poznanie dobra i zła”, a ponieważ Bóg nie pozwolił pierwszym ludziom z niego spożywać, stało się ono symbolem Boskiego prawa ustalania dla ludzi norm określających, co jest „dobre” (co Bóg akceptuje), a co „złe” (co Bóg potępia). Stanowiło zatem sprawdzian szacunku człowieka dla pozycji Stwórcy oraz gotowości korzystania z wolności w obrębie granic ustalonych przez Boga; pozostawiały one wiele swobody i pozwalały w pełni cieszyć się życiem. Przekroczenie tych granic przez zjedzenie z „drzewa poznania dobra i zła” było więc równoznaczne z buntem przeciwko władzy Boga i naruszeniem czegoś, co należało wyłącznie do Niego.
    Myślę, że to przejrzyste wyjaśnienie tej sprawy.

    ; Mnie też się wydaje, że chrześcijańskich dogmatów nie da się pogodzić z elementarną moralną wrażliwością, ale to inna historia. Tu chodzi mi tylko o problem „czy chrześcijaństwo jest prawdziwe”, nie o problem „czy chrześcijaństwo jest moralne”.

    Niektórych rzeczywiście tak. Np. dogmat o piekle gdzie ludzie mają za grzechy cierpieć wieczne męki. Nielogiczny i niebiblijny. Niemniej jednak tzw. elementarna ludzka wrażliwość jest w dużej mierze oparta na wartościach wypracowanych przez poszczególne pokolenia ludzi żyjących w rozmaitych kulturach i warunkach. Gdyby sięgnąć głębiej w nauczanie Boga i Chrystusa zawarte w Biblii nie skażone ludzkimi poglądami to wszystko staje się jasne. W Rzymian 5:12 i 6:23 jest to myślę jasno wyjaśnione. Gdyby dzięki łasce Boga Adam i Ewa nie mogli wydać potomstwa po swoim grzechu zanim umarli toby nas nie było. Jesteśmy, ale obarczeni skutkiem tego grzechu. Organizmy pierwszych ludzi utraciły swoją doskonałość i przekazały tę skazę potomstwu. Cały plan zbawczy polega na tym, by w odpowiednim czasie tę
    niedoskonałość usunąć. Taka jest rzeczywistość kreślona z punktu widzenia Boga jako Dawcy życia. Czy my ludzie z naszym elementarnym poczuciem wrażliwości się z tym zgadzamy to odrębna sprawa.

    Odnośnie określenia " prawdziwe chrześcijaństwo"? O jaką prawdziwość Ci chodzi? Względem czego?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Względem rzeczywistości.

      Musisz koniecznie założyć bloga, na którym będziesz przedstawiał wszystkie swoje teologiczne koncepcje. To miejsce średnio się do tego nadaje.

      Usuń
  8. ; Względem rzeczywistości

    No to jest nieprawdziwe. Prawdziwe było na samym początku i trwało stosunkowo krótko. potem pojawiło się szeroko pojęte odstępstwo.

    OdpowiedzUsuń