poniedziałek, 12 grudnia 2011

Dlaczego katolicy powinni być wegetarianami

A. Tardiff: A Catholic Case for Vegetarianism, "Faith and Philosophy" 15/2, 02.04.1998.


Kiedy kwestia zjadania produktów zwierzęcych (i ogólniej – traktowania zwierząt) zaczęła stanowić poważny temat we współczesnej akademickiej filozofii, czyli mniej więcej na początku lat siedemdziesiątych, szybko okazało się, że tego, co obecnie dzieje się w przemysłowych rzeźniach, bateriach klatkowych, tuczarniach i innych brojlerniach nie da się usprawiedliwić w ramach właściwie żadnej teorii moralności. W dodatku hodowanie zwierząt w mniej okrutny niż przemysłowy sposób jest może mniej, ale również mocno etycznie problematyczne, zwłaszcza kiedy weźmie się pod uwagę ekonomiczną i ekologiczną stronę tego procederu.
Mamy więc wśród filozofów prowegetariańskich utylitarystów (jak Peter Singer, Shelly Kagan, Lori Gruen, Jeff McMahan), zwolenników różnych rodzajów deontologii (jak Tom Regan, Evelyn Pluhar, Julian H. Franklin), czy etyki cnót (jak Stephen R. L. Clark czy Cora Diamond). Do niedawna wydawało mi się, że jedyną etyczną teorią, która się jako tako uchowała i nikt w jej ramach nie próbował wprost atakować praktyki jedzenia mięsa jest tomizm i moralna doktryna Kościoła Katolickiego, w dużym stopniu z tomizmem powiązana. Spotkałem się co prawda wcześniej z kilkoma teologami próbującymi pogodzić chrześcijaństwo z wegetarianizmem (najbardziej znany z nich to chyba Andrew Linzey), ale byli to wyłącznie protestanci.
Tak mi się wydawało, aż trafiłem na artykuł katolickiego filozofa Andrew Tardiffa. Ma on pokazywać, że moralne zasady przyjmowane przez katolików prowadzą do wniosku, że jedzenie mięsa jest niemoralne. Tardiff nie chce oczywiście powiedzieć, że takie jest stanowisko Kościoła albo nawet któregokolwiek z katolickich myślicieli, ale tylko, że istnieje logiczna konsekwencja, której katolicy w znakomitej większości nie zauważają.
Argumenty Tardiffa są dwa: jeden oparty na popularnej wśród katolików (czy raczej katolickich intelektualistów) moralnej doktrynie Tomasza z Akwinu, drugi na Katechizmie Kościoła Katolickiego. Wniosek argumentu tomistycznego jest taki, że złe jest samo zabijanie zwierząt w celu ich spożycia, nie skazywanie ich na przeróżne męczarnie związane z hodowlą czy rzezią, z czego wynika, że moralnym sposobem odżywiania jest tyko wegetarianizm, niekoniecznie już weganizm, czyli rezygnacja z wszystkich zwierzęcych produktów, łącznie z mlekiem i jajkami. Argument ma trzy przesłanki (Tardiff pisze o dwóch, dwie pierwsze traktując jako jedną): 1. istnieje naturalna hierarchia żywych organizmów, w której człowiek jest wyżej od zwierzęcia, a zwierzę od rośliny 2. doktryna dobra ontologicznego jest prawdziwa 3. doktryna podwójnego skutku jest prawdziwa.
Hierarchię żywych istot Tomasz przejął oczywiście od Arystotelesa, który pisał o trzech rodzajach duszy: wegetatywnej, zmysłowej i rozumnej, z których wszystkie trzy posiada tylko człowiek, dwie pierwsze zwierzę, a roślina tylko pierwszą. W doktrynie dobra ontologicznego chodzi najogólniej o to, że wszystko, co istnieje, jest dobre i zawsze lepiej, że coś istnieje, niż gdyby miało nie istnieć. Doktryna podwójnego skutku mówi o tym, że zła konsekwencja jakiegoś działania nie może przeważyć nad dobrą, jeśli działanie ma być uznane za moralnie dopuszczalne. Np. jeśli atakuje nas ktoś z wyraźnym zamiarem odebrania nam życia, to możemy go w samoobronie zabić, ale tylko wtedy, gdy jest to konieczne, tzn. nie możemy uratować swojego życia uciekając albo obezwładniając napastnika. Żywiąc się mięsem jesteśmy, twierdzi Tardiff, jak ten atakowany, który może się uratować uciekając, ale woli zabić, ponieważ pozbawianie życia roślin jest mniejszym złem od pozbawiania życia zwierząt, co wynika z przesłanek 1. i 2.
Trudno raczej brać ten argument na poważnie, choćby przez to, że przesłanki 1. i 2. wydają się prowadzić do różnych absurdalnych wniosków dotyczących np. moralnej oceny mnożenia zwierząt (i tym bardziej ludzi) bez opamiętania. Sama doktryna dobra ontologicznego nie doczekała się, o ile wiem, żadnego choć trochę bardziej precyzyjnego sformułowania niż to, które można znaleźć u Tomasza, przez co trudno powiedzieć, co to w ogóle znaczy, a co dopiero, czy to prawda. Arystotelesowska hierarchia żywych organizmów też nie wytrzymuje raczej konfrontacji ze współczesną biologią.
W dodatku katolicy nie są wprost zobowiązani do akceptacji żadnej z wymienionych nauk Tomasza. Dla takich nietomistycznych katolików Tardiff ma jednak argument z Katechizmu Kościoła Katolickiego. Katechizm mówi, że moralność każdego czynu zależy od trzech rzeczy: przedmiotu, intencji i okoliczności działania (1750). W naszym spożywczym przypadku przedmiotem jest zabijanie zwierząt, co samo w sobie jest wg KKK dopuszczalne, intencją jest zjedzenie tychże, co również KKK wymienia jako dozwolone (obok użycia zwierząt do pracy, rozrywki, eksperymentów i wytwarzania z nich ubrań – 2147). Problem według Tardiffa tkwi w okolicznościach. Tak jak np. tradycyjna rozrywka Indian Hopi polegająca na rozrywaniu żywego kurczaka (kto wyrwie największą część – wygrywa) musi zostać zakwalifikowana jako rozrywka stanowiąca „niepotrzebne zadawanie cierpień zwierzętom lub ich zabijanie” (2418), tak musi się w tej kategorii znaleźć i zabijanie zwierząt w celach spożywczych, jeśli weźmie się pod uwagę wszystkie okoliczności, takie jak dostępność wegetariańskich (tu już chyba nawet wegańskich) alternatyw i kwestie zdrowotne, a także punkty 2415 i 2416.
Argument z KKK jest na pewno mocniejszy niż ten z nauk Tomasza, ale i tu pole do interpretacji KKK wydaje mi się zbyt duże, żeby uważać sprawę za rozstrzygniętą.
Myślę, że dla kogoś chcącego przekonywać katolików o niemoralności jedzenia zwierzęcych produktów jest dużo łatwiejsza droga niż odwoływanie się do specyficznie katolickich doktryn (podobnie zresztą jak odwoływanie się do doktryn specyficznie utylitarystycznych czy specyficznie kantowskich). Wystarczy do tego kilka prostych, elementarnych i powszechnie przez wszystkich akceptowanych zasad, co zgrabnie pokazuje filozof Mylan Engel w artykule The Immorality of Eating Meat, chyba najlepszym filozoficznym tekście o jedzeniu mięsa jaki kiedykolwiek czytałem. Dodatkowy plus jest oczywiście taki, że równie dobrze można w ten sposób przekonywać niekatolików.

6 komentarzy:

  1. Myślę, że niezależnie od wszelkich argumentów etycznych katolicyzm nigdy nie poprze ruchu wege. Jak wtedy bowiem wytłumaczyć, bez wielkich zmian w sercu dogmatyczno-doktrynalnym, że Jezus jednak jadł mięso i nie zająknął się ni słowem o cierpieniu zwierząt?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zupełnie nie zgadzam się z takim stanowiskiem. Po pierwsze Jezus z tego co wiemy jadł ryby i przynajmniej świętując Paschę mięso baranka. W pierwszym wypadku mówimy o sytuacji braku nadmiernego korzystania z łowisk, a nawet prawdopodobnie braku możliwości ułożenia zbilansowanej diety bez spożywania ryb, nie ma też problemu warunków hodowlanych. Natomiast kwestia spożywania baranka znika wraz z Ofiarą Jezusa Chrystusa.

      Tak więc jak Kościół nie potępi wstecz jedzenia ryb przez Jezusa, to i bez tego może uzasadnić odmienność obecnej sytuacji w której łowiska są nadmiernie eksploatowane, a już całkiem może uznać masową hodowlę za nieetyczną i nie raz spotkałem księży, którzy właśnie tak uważali. W perspektywie mojego życia podejrzewam, że na podstawie rad ewangelicznych, siedmiu grzechów głównych, cnót chrześcijanie mocno zaostrzą swoje wymagania moralne związane z spożywaniem posiłków.

      Szczególnie będzie to łatwe biorąc pod uwagę, że nie wymaga to szczególnych zmian. Tylko raz przy święconce pojawia się w księgach liturgicznych sugestia by jeść mięso. Jest bardzo rozwinięta tradycja niejedzenia mięsa przez np. mnichów, eremitów. W samych zakonach o charakterze bardziej benedyktyńskich istnieje tradycja zgodnie z którą ja się to co jest podane, więc zmiana diety dużej liczby katolików może być momentalnie zmieniona. W dużym stopniu podobna sytuacja dotyczy seminariów i parafii.

      Usuń
  2. Nie zająknął się też słowem o aborcji czy antykoncepcji, a jednak Kościół ma wyraźne zdanie w tych sprawach. Mało kto twierdzi, że samo w sobie zabijanie i jedzenie zwierząt jest niedopuszczalne, a to, że nie należy maltretować zwierząt bez potrzeby nie stoi chyba w sprzeczności z żadną z nauk Kościoła.
    W przemysłowej hodowli życie zwierzęcia jest w zasadzie jedną fizyczną i psychiczną torturą, do tego dochodzą poważne problemy ekologiczne i ekonomiczne, powrót do tradycyjnej hodowli przy obecnej liczbie ludzi na świecie i skali spożycia zwierzęcych produktów jest niewykonalny -- weganizm wydaje się jedynym rozsądnym wyjściem, przynajmniej do czasu wynalezienia mięsa in vitro.

    OdpowiedzUsuń
  3. Być może w kontekście tego wpisu zainteresuje kogoś to:

    http://wizjalokalna.wordpress.com/2010/03/17/rzez-braci-mniejszych-nie-tylko-o-ksiazce-olgi-tokarczuk-prowadz-swoj-plug-przez-kosci-umarlych/

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  4. ja uważam ze powinno się żyć według wytycznej- żyj tak żeby z twojego istnienia nie wynikało cierpienie żadnych innych stworzeń, w religii katolickiej liczy się tylko rasa ludzi wiec podobnie jak w innych systemach totalitarnych można dobrowolnie mordować inne "gorsze" rasy. Jednak sama nauka udowodniła ze kościół myli się uznając człowieka jako centrum stworzenia.
    Nadal panuje tu jednak mentalny geocentryzm, mimo ze od średniowiecza mineło tyle wieków, ale ludzka próżność i egoizm w centrum pozostały.
    Kościół jest i był zawsze skrajnie egocentryczny i antropocentryczny. Przez wieki uznawał ptolemejski system geocentryczny, a kopernikańska prawda została zakazana ponieważ „korona stworzenia” nie mogła przecież nie być w centrum wszechświata… To dla nas miały świecić gwiazdy, wokół nas obracać miał się wszelki porządek rzeczy… a tu nagle nauka burzy ten kościelny, „śliczny” egocentryczny ład świata. Płoną więc księgi zakazane i stosy, spłonął Giordano Bruno, który twierdził, ze takich planet jak nasza jest wiele, nie jesteśmy ani centrum stworzenia ani wyjątkowym zjawiskiem wszechświata tylko marginesem kosmicznych zdarzeń. Potem kolejny cios – teoria ewolucji Darwina. I znów nie do pojęcia, że ten stworzony na obraz i podobieństwo boże człowiek pochodzi od małpy, nie wyszedł prosto z raju, a jego serce jest tak podobne do świńskiego, że dziś nagminnie się je przeszczepia. Zresztą od świni przeszczepia się już nawet rogówkę oka. Sam Chrystus urodził się zresztą w stajence wsród zwierząt bo ta wspaniała rasa panów odrzuciła brzemienną Maryje a potem ukrzyżowała samego boga, wolę pochodzić od pramatki małpy, niz od pramordercy Kaina, bo według Biblii pierwsze dzieci Adama i Ewy zaczęły historie ludzkości od tego ze brat zabił brata,kain Abla.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. w religii katolickiej liczy się tylko rasa ludzi wiec podobnie jak w innych systemach totalitarnych można dobrowolnie mordować inne "gorsze" rasy

      To nie jest tak, że w katolicyzmie moralnie liczy się tylko rasa ludzi. Wskazują na to powyższe odniesienia do KKK. Zwierzęta na pewno liczą się mniej, ale w jakimś małym stopniu się liczą - i moim zdaniem to "w jakimś małym stopniu" już wystarczy, żeby uznać jedzenie mięsa i nabiału za nieetyczne.

      Usuń