sobota, 31 maja 2014

Moralna intuicja, ewolucja i utylitaryzm



Czytam właśnie książkę, na którą długo czekałem. Większość komentatorów się zachwyca, a ja jakoś nie jestem przekonany. Książka ma tytuł Moral Tribes, a jej autorem jest Joshua Greene z Harvardu. Greene to w tej chwili chyba największa gwiazda neuroetyki i nawet psychologii moralności w ogóle. Może obok Haidta. Moral Tribes ma być ogólną interpretacją wyników setek eksperymentów, które miały zbadać, co wpływa na moralne myślenie i zachowanie i jak to wygląda na poziomie aktywności mózgu.
W wielkim skrócie, interpretacja wygląda następująco: istnieją dwa rodzaje moralnych problemów i dwa rodzaje moralnego myślenia. Pierwsza para to problemy typu ja/my (czyli dobro własne kontra dobro wspólne) i problemy typu my/oni (czyli konflikt grup, które mają różne interesy, różne wartości i różne wierzenia). Druga para to tzw. tryb automatyczny (szybki, intuicyjny, wydajny, mało precyzyjny) i tzw. tryb manualny (wolny, refleksyjny, energochłonny, bardziej precyzyjny). Ewolucja sprawiła, że tryb automatyczny generalnie sprawdza się w rozwiązywaniu problemów typu ja/my, ale już nie bardzo w rozwiązywaniu problemów typu my/oni. Nasze moralne instynkty są nadal przystosowane do sytuacji, w której ludzkość jest podzielona na małe plemiona, które nie mają potrzeby współpracy.
Greene ma jednak większe ambicje i nie chce tylko mówić o tym, jak jest, chce też powiedzieć jak powinno być. I dochodzi do wniosku, że konsekwencjalizm wygrywa z deontologią. Konsekwencjalizm mówi, że o tym, czy działanie jest moralne decydują wyłącznie jego konsekwencje. Według deontologii pewne działania są złe dlatego, że należą do kategorii złych działań, niezależnie od konsekwencji czy motywacji lub charakteru działającego. W moralności chodzi więc o przestrzeganie praw, wypełnianie obowiązków czy respektowanie czyjejś autonomii. Typowym przykładem teorii konsekwencjalistycznej jest dowolny rodzaj utylitaryzmu, typowym przykładem deontologii jest teoria moralna Kanta. W opublikowanym kilka lat temu artykule The Secret Joke of Kant's Soul Greene twierdzi, że deontologia jest tylko rodzajem racjonalizacji, czyli nieświadomego dorabiania głębszych uzasadnień dla moralnego instynktu. W Moral Tribes stara się pokazać, że utylitaryzm jest przekroczeniem tego instynktu i tym samym poprawną odpowiedzią na moralne konflikty, przede wszystkim konflikty typu my/oni.
Niedawno tezy Greene'a powtórzył z grubsza Krzysztof Saja na stronie Etyki Praktycznej. Napisałem pod jego tekstem taki przydługi komentarz (Saja nie pisze, jak Greene, o utylitaryzmie, ale bardziej ogólnie o konsekwencjalizmie, ale nie ma to tutaj wielkiego znaczenia):

Mam trzy zastrzeżenia.

Po pierwsze, to nieprawda, że deontologia jest „zbieżna z naszym potocznym sposobem widzenia i przeżywania moralności”. Są sytuacje, w których rozwiązanie deontologiczne kłóci się z powszechną intuicją, a rozwiązanie konsekwencjalistyczne jest z nią zgodne. Żeby nie szukać daleko: istnieje słynny problem z kantyzmem, z którego wynika, że niemoralnie będzie skłamać mordercy pytającemu o miejsce przebywania przyszłej ofiary. Albo weźmy pierwotną wersję dylematu wagonika – tu też deontologia, a przynajmniej pewna jej forma, każe dokonać nieintuicyjnego (dla większości) wyboru.
Poza tym często trudno w ogóle mówić o jednym deontologicznym rozwiązaniu, bo deontologia to wielki wór z teoriami, które nie muszą prowadzić do takich samych wniosków. Z jednej deontologicznej teorii może wynikać coś nieintuicyjnego, podczas gdy z innej już nie. Z libertarianizmu może wynikać, że niemoralnie będzie lekko popchnąć osobę (nie robiąc jej krzywdy), żeby uratować kilka innych osób, a z jakiegoś kontraktarianizmu już niekoniecznie.
Jest jeszcze inny problem: bardzo często zupełnie nie wiadomo, co z konkretnej deontologicznej teorii wynika na poziomie etyki stosowanej (i na ile kłóci się to z intuicją). Znawcy Kanta do dzisiaj nie mogą np. ustalić, czy kantyzm prowadzi do niestrawnego wniosku, że można zabijać noworodki.
Tak naprawdę to, co Pan pisze, bardziej (choć też nie do końca) pasuje do konfliktu absolutyzm/nieabsolutyzm („istnieją pewne rygory, których nie wolno złamać choćby nie wiem co”), a nie deontologia/konsekwencjalizm. Te kategorie się nie nakładają: może być nieabsolutystyczna deontologia i może być absolutystyczny konsekwencjalizm (np. jakaś postać utylitaryzmu reguł).

Po drugie, mam wrażenie, że kiedy pisze Pan o adaptacyjnym rodowodzie intuicji moralnej, to traktuje ją Pan jako coś wrodzonego, genetycznie uwarunkowanego i generalnie niezmiennego. A, jak zauważa komentator nade mną, w rzeczywistości doświadczenie może kształtować tę intuicję w co najmniej znacznym stopniu. Są badania, które pokazują, że np. Amerykanie mają zupełnie inne intuicje niż Azjaci, kiedy chodzi o ocenę ukarania niewinnej osoby w celu uzyskania pewnej społecznej korzyści. Wszystko wskazuje, że nie wynika to z innych genów, tylko z tego, że jedni wychowują się w bardziej indywidualistycznej, a drudzy w bardziej kolektywistycznej kulturze. Są nawet badania, które pokazują, że ludzie o wyższym statusie społeczno-ekonomicznym mają wyraźnie bardziej „konsekwencjalistyczne” intuicje niż osoby o niższym statusie. Znowu, nie wynika to z genów.
Wygląda więc na to, że jeśli ktoś będzie się wychowywał w konsekwencjalistycznej kulturze, to jego „potoczny sposób widzenia i przeżywania moralności” będzie bardziej odpowiadał konsekwencjalizmowi, nie deontologii. Możliwe, że istnieje jakaś biologiczna granica, która nie pozwala intuicji przyswoić konsekwencjalizmu w większych dawkach, ale nawet jeśli istnieje, to nie wiemy, gdzie leży.

Po trzecie i najważniejsze: obawiam się, że kwestionowanie autorytetu moralnej intuicji jako takiej w celu uzasadnienia konsekwencjalizmu to piłowanie gałęzi, na której się siedzi.
To, że taka lub inna forma konsekwencjalizmu jest w ogóle dopuszczona do konkursu na najlepszą normatywną teorię moralną, to zasługa tego, że w ogromnej większości sytuacji prowadzi ona do wniosków odpowiadających powszechnej intuicji. Tak samo jak dana forma deontologii czy etyki cnót. Od dobrej teorii wymaga się po prostu, żeby porządkowała moralne intuicje za pomocą jakichś ogólnych zasad.
Oczywiście zdarza się, że dana teoria prowadzi do wniosku sprzecznego z intuicją. Nie trzeba wtedy od razu porzucać teorii, można próbować wykazać, że coś z tą konkretną intuicją jest nie tak. Ale nie można atakować intuicji moralnych jako takich, jeśli się nie chce skompromitować etyki jako takiej.
Idąc Pana tropem można stwierdzić, że konsekwencjalizm jest podejrzany, bo bardzo często prowadzi do wniosków zgodnych z intuicją, a intuicji moralnej nie należy ufać, bo ewolucja itd. Z utylitaryzmu wynika np., że gwałcenie małych dzieci jest niemoralne. A z hipotetycznej konkurencyjnej teorii, nazwijmy ją bezwstydnym deontologicznym egoizmem, wynika, że gwałcenie dzieci jest zupełnie w porządku. I podobnie będzie w tysiącu innych przypadków. Czy pokazuje to, że utylitaryzm przegrywa z BDE? Lub że BDE jest bardziej „racjonalny”? Nikt nie bierze na poważnie takich teorii jak BDE właśnie dlatego, że kłócą się one z powszechną moralną intuicją w zbyt wielu przypadkach.
W jednym z komentarzy pisze Pan, że każdej moralnej intuicji należy odmówić autorytetu jedynie „wstępnie”. Chyba nie rozumiem, co ma nastąpić po tym wstępie. Jakie ma być kryterium oceny intuicji i co to za „ważne funkcje moralności”, o których Pan pisze? Nie chce Pan chyba powiedzieć, że to jakiegoś rodzaju dobre konsekwencje, bo wtedy wpadlibyśmy w kołowe uzasadnienie: konsekwencjalizm jest fajny, bo odpowiada tym intuicjom, które są zgodne z konsekwencjalizmem. Jak w takim razie odróżnić wiarygodne intuicje od niewiarygodnych?
Czy może myśli Pan, że da się znaleźć poprawną normatywną teorię moralności zupełnie niezależnie od intuicji?

Są to zarzuty, które częściowo odnoszą się też do Greene'a. Mam wrażenie, że nie do końca rozumie on, co to jest deontologia i że w ogóle, jak zauważa Thomas Nagel w swojej recenzji Moral Tribes, jego znajomość filozofii moralnej jest dość powierzchowna (nie mówiąc o jego rozumieniu filozofii politycznej, które wydaje się być oparte wyłącznie na czytaniu felietonów z New York Timesa).
Trzeba uczciwie przyznać, że Greene dopuszcza większą niż Saja różnorodność i kulturową zależność moralnych intuicji. Jak pisze w Moral Tribes:

Mamy takie same rodzaje automatycznych moralnych ustawień, takie same emocje moralne, do których zaliczają się uczucia empatii, gniewu, obrzydzenia, winy, wstydu i niechęci wobec pewnych form osobistej przemocy. Jednak to, co dokładnie te emocje wyzwala, jest różne w różnych plemionach i u różnych jednostek. [s. 194, moje tłumaczenie]

A zatem, chociaż ewolucja sprawiła, że mamy takie same moralne emocje, to niekoniecznie mamy takie same moralne intuicje (rozumiane jako natychmiastowe, bezrefleksyjne przekonania). Jednak Greene tak samo jak Saja próbuje uciec od emocji i intuicji, kiedy uzasadnia swoją normatywną teorię:

Jeśli mam rację, to utylitaryzm jest wyjątkowy, a Bentham i Mill dokonali w historii intelektualnej czegoś bezprecedensowego. Oderwali oni filozofię moralną od ustawień automatycznych, od ograniczeń biologicznej i kulturowej historii, i zwrócili ją, prawie całkowicie, ku mózgowemu systemowi rozwiązywania problemów ogólnego zastosowania. Tryb manualny nie jest równoznaczny z filozofią moralną, ale może on taką filozofię stworzyć, jeśli się go zasili dwiema uniwersalnie dostępnymi wartościami: szczęściem i bezstronnością. Kombinacja ta owocuje kompletnym moralnym systemem, który jest dostępny wszystkim plemionom. Daje nam ona sposób na wyjście z bagna, na rozwiązanie problemu wzajemnie się wykluczających wizji tego, czym jest moralna prawda. [s. 204]

Większość krytyków utylitaryzmu zadaje tutaj pytanie „Dlaczego akurat mamy wyróżniać tylko szczęście i bezstronność, ale już nie np. godność?” Ale jest też bardziej zasadniczy problem – Greene jakby nie zauważa, że szczęście i bezstronność wcale nie są oderwane od biologicznej i kulturowej historii. Są one atrakcyjne i „uniwersalnie dostępne” tylko dlatego, że (prawie) wszyscy mamy podobne moralne emocje, z których biorą się podobne intuicje. Utylitaryzm jest tylko ich generalizacją . Krótko mówiąc, nie ma ucieczki przed moralną intuicją jak tylko w inną moralną intuicję.
Greene zarzuca Kantowi, że otwarcie pogardza sądami moralnymi opartymi na emocjach, a w rzeczywistości tylko te emocjonalne reakcje racjonalizował, dostarczając uzasadnień dla typowych przekonań swojej grupy społecznej. Mnie się wydaje, że Greene w trochę inny sposób robi to samo.

13 komentarzy:

  1. Jako amator ;)
    @1: Nie zgadzam się. To znaczy -- fakt, że deontologia jest zapisem pewnej intuicji moralnej, nie musi świadczyć o tym, że intuicja moralną da się wyczytać z deontologii.
    @2: Nie czytałem Greena, ale w tym komentarzu widzę pewne niezrozumienie genetyki, na ile mi ją tłumaczono :) Związki pomiędzy genami, a widocznymi cechami mogą być złożone, zaś ich rozwinicie może zależeć od środowiska. To, że cecha genetyczna inaczej się ujawnia w innym środowisku (tu: kulturze) nie jest niczym dziwnym.
    @3: A tu się absolutnie zgadzam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 1. Nie wiem, co dokładnie rozumiesz przez "zapis", ale ja bym tak deontologii nie nazwał. Deontologia nie jest zapisem intuicji, tylko rodzajem normatywnej teorii. Np. taką, która mówi, że należy postępować tak, by człowieczeństwo w innej osobie traktować zawsze jako cel, nie jako środek, albo taką, która mówi, że nigdy nie należy naruszać zasady samoposiadania. Jej związek z moralną intuicją polega na tym, że wnioski, do których prowadzi, są z tą intuicją najczęściej zgodne.
      2. Nie wiem, czy się tutaj w czymś różnimy. To, co mam myśli pisząc "nie wynika z genów" to chyba to samo, co masz na myśli Ty, pisząc, że "związki pomiędzy genami, a widocznymi cechami mogą być złożone, zaś ich rozwinicie może zależeć od środowiska". Może powinienem był dodać, że nie wynika _bezpośrednio_.

      Usuń
    2. Wychodzi ze mnie niefachowiec...
      Ilekroć spotykałem teorię etyczną, to nigdy nie było to budowanie w próżni, ale zawsze jakaś próba stworzenia spójnej logicznie teorii, tłumaczącej intuicję moralną. (Nie twierdzę, że z nią w pełni zgodnych -- intuicja moralna ma to do siebie, że nie musi być konsekwentna; a teoria etyczna być powinna.)
      To samo zresztą dotyczy utylitaryzmu, tyle że czym prostsze są założenia, czynią związek bardziej złożonym.

      Usuń
    3. W praktyce tak to może wyglądać, że ktoś po prostu szuka ogólnej zasady, która odpowiadałaby moralnym intuicjom, najlepiej wszystkim, ale filozofowie mają różne metaetyczne wyobrażenia i nie zawsze chętnie przyznają, że za pomocą swojej normatywnej teorii po prostu próbują "uporządkować" moralną intuicję. Przeważnie chcą powiedzieć coś więcej. Są bardzo różne metaetyczne teorie na temat związków na linii: prawda moralna - prawda aprioryczna (to masz chyba na myśli pisząc "w próżni") - moralna intuicja.

      Usuń
  2. Są sytuacje, w których rozwiązanie deontologiczne kłóci się z powszechną intuicją, a rozwiązanie konsekwencjalistyczne jest z nią zgodne. Żeby nie szukać daleko: istnieje słynny problem z kantyzmem, z którego wynika, że niemoralnie będzie skłamać mordercy pytającemu o miejsce przebywania przyszłej ofiary.

    No tak, wybory utylitarne (już zawężam, żeby za każdym razem nie używać siedmiu sylab) mogą być oparte na intuicjach, a z drugiej strony to chyba jest oczywiste, że istnieją również dość dobrze przemyślane wybory deontologiczne.

    Przykład pierwszy z brzegu, ale chyba kluczowy, bo dotyczy właśnie problemów my/oni. Nakaz bezstronności, równego traktowania – chyba najczęściej znajduje oparcie właśnie w deontologii (zdziwiłam się mocno, że Greene wskazał to jako wybór utylitarny, ale to może ten nieunikniony ukłon w stronę moralnej intuicji, o którym piszesz) – o tym więcej za chwilę.

    I pytanie jest takie – co wtedy wychodzi z fMRI ? Co się świeci, gdy decyduję się kłamać, żeby utrudnić działanie mordercy? Chyba właśnie obszary emocjonalne? A gdy staram się stosować zasadę równego traktowania niezależnie od sympatii (albo staram się wywołać w sobie sympatię), to chyba świeci się w obszarach kognitywnych?

    Może problem w tym, że konstruowanie kazusów do tych badań fMRI przebiega trochę à thèse, tzn. dobierają takie, gdzie intuicja zgodna z konkretną deontologią, a rozwiązanie utylitarne nie jest oczywiste, nie pytają o prawdomówność w stosunku do mordercy. Ale to już chyba wiesz lepiej, bo czytałeś Greene’a, który opisuje tę metaanalizę.

    A co do decyzji deontologicznych: byłam na wykładzie mojego ulubionego Michała Bilewicza, mówił o traktowaniu zwierząt przez ludzi. Wybudził się taki młody Janek, przedstawił się jako lewak z tradycjami, i opowiedział, jak to wspaniale, pierwotnie, wspólnotowo czuł się na Kaukazie, gdzie chodził po górach i raz na jakiś czas kupował i zabijał owce, i co w tym złego. A MB mu odpowiedział „Janku, cóż mam Ci powiedzieć, wszystko zależy od tego, w jaki sposób określisz sobie granice grupy własnej” - generalnie im szerzej, tym lepiej. A to „poszerzanie granic grupy własnej” to właśnie już chyba dość przemyślany wybór co do tego, w jakim zakresie stosować swoje emocjonalne intuicje;)

    OdpowiedzUsuń
  3. mam wrażenie, że kiedy pisze Pan o adaptacyjnym rodowodzie intuicji moralnej, to traktuje ją Pan jako coś wrodzonego, genetycznie uwarunkowanego i generalnie niezmiennego.

    Tak naprawdę to on się wikła w sprzecznościach, zobacz: „Faktyczne oceny deontologów nie kierują się wygłaszanymi przez nich racjami, lecz emocjami takimi jak odraza, poczucie wstrętu czy gniew. (…) Kant jednoznacznie potępiał np. pożądanie seksualne, masturbację, homoseksualizm czy samobójstwo, z drugiej strony akceptując karę śmierci czy wykorzystywanie zwierząt. Ponieważ emocje współczesnych kantystów w tych kwestiach różnią się od emocji ich protoplasty, muszą szukać dla nich innych, ‘kantowskich’ wyjaśnień”.

    no i też jako amatorka;) - wiesz co, i tu właśnie widzę taki podstawowy problem: Greene „Mamy takie same rodzaje automatycznych moralnych ustawień, takie same emocje moralne, do których zaliczają się uczucia empatii, gniewu, obrzydzenia, winy, wstydu i niechęci wobec pewnych form osobistej przemocy. Jednak to, co dokładnie te emocje wyzwala, jest różne w różnych plemionach i u różnych jednostek.”

    Ty też piszesz, że mamy takie same moralne emocje, ale niekoniecznie takie same moralne intuicje.

    To czy w ogóle jest sens mówić o „moralnych emocjach”, a nie o „emocjach” po prostu? Kiedyś ten problem już wyszedł na blogu, przy notce nt. tekstu Curry’iego. Gniew, niechęć, wstyd czy wstręt spokojnie może istnieć poza kontekstem moralności (np. gniew czy niechęć jako narcystyczna reakcja na naruszenie moich interesów, „miłości własnej”, te dwie ostatnie – to zwykle obyczajówka). No i tę „moralność” do emocji dodaje raczej kultura, i dlatego neokantyści mają problem. I takie to ewolucyjne podstawy „moral passions”…

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nakaz bezstronności, równego traktowania – chyba najczęściej znajduje oparcie właśnie w deontologii

      W każdej poważnej normatywnej teorii moralnej bezstronność jest jakoś ujęta. W utylitaryzmie w ten sposób, że szczęście (czy co tam) każdego liczy się tak samo. Często utylitarystom zarzuca się, że nawet przesadzają z tą bezstronnością i wychodzi im na przykład, że cudze dzieci powinno się traktować jak własne. A zwolennicy deontologii natomiast z reguły twierdzą, że wobec własnych dzieci ma się inne obowiązki, więc należy je traktować inaczej.

      I pytanie jest takie – co wtedy wychodzi z fMRI ? Co się świeci, gdy decyduję się kłamać, żeby utrudnić działanie mordercy?

      Nie mam pojęcia. Nic mi nie wiadomo, żeby ktoś robił takie badanie.

      Może problem w tym, że konstruowanie kazusów do tych badań fMRI przebiega trochę à thèse, tzn. dobierają takie, gdzie intuicja zgodna z konkretną deontologią, a rozwiązanie utylitarne nie jest oczywiste, nie pytają o prawdomówność w stosunku do mordercy.

      Coś w tym może być.

      Tak naprawdę to on się wikła w sprzecznościach, zobacz:

      Nie widzę w tym fragmencie sprzeczności. Nie zgadzam się z nim – choćby dlatego, że Kant dochodził też do wniosków, które kłóciły się z jego intuicją (patrz przykład z okłamywaniem mordercy, o którym sam pisał), ale gdzie ta sprzeczność?

      To czy w ogóle jest sens mówić o „moralnych emocjach”, a nie o „emocjach” po prostu?

      Są takie emocje, które nie wiążą się bezpośrednio z moralnym myśleniem, jak, powiedzmy, znudzenie. Albo rozbawienie. I te nie są moralne.

      Gniew, niechęć, wstyd czy wstręt spokojnie może istnieć poza kontekstem moralności

      No pewnie, ale często istnieją też w kontekście moralności i dlatego Greene nazywa je emocjami moralnymi.

      i dlatego neokantyści mają problem

      Uwaga techniczno-czepialska: neokantystami nazywa się grupę niemieckich filozofów sprzed stu lat (Cohena, Natorpa, Rickerta), ale raczej nie współczesnych zwolenników teorii moralnej Kanta (takich jak Wood czy Korsgaard) – a Tobie chodzi tu o tych drugich.

      I takie to ewolucyjne podstawy „moral passions”…

      Druga uwaga techniczna: moral emotions Greene'a to nie to samo co moral passions Hume'a. Te drugie to emocje, które powodują, że się moralnie zachowujemy, a te pierwsze niekoniecznie.

      Usuń
    2. W każdej poważnej normatywnej teorii moralnej bezstronność jest jakoś ujęta.

      No tak, powinno mi dać do myślenia, że „Jeden świat. Etykę globalizacji” napisał utylitarysta :)

      Nie widzę w tym fragmencie sprzeczności.

      Tekst napisany jest w takim duchu (jak to podsumowałeś), że adaptacyjny rodowód intuicji moralnej jest równoznaczny z tym, że jest ona wrodzona, genetycznie uwarunkowana i niezmienna; ale jednak on ląduje w czymś takim: „Ponieważ emocje współczesnych kantystów w tych kwestiach (samobójstwo, homoseksualizm itd.) różnią się od emocji ich protoplasty, muszą szukać dla nich innych, ‘kantowskich’ wyjaśnień. (…) choć starają się podążać drogą jego argumentacji, zazwyczaj nie podzielają już jego konkretnych ocen.” Ta ocena, to - według niego – ta nieracjonalna, emocjonalna intuicja moralna. Czyli w sumie tutaj – tak samo jak Greene – zauważa ich zmienność. Zmienność emocji to zmienność intuicji, po prostu.

      Ja tu widzę taki problem: o ile rozumiem pogląd naszych autorów, to intuicja moralna jest pewnym twierdzeniem (nie wiem, czy właściwie używam tego pojęcia), przekonaniem czy opinią, która wiąże się z określoną emocją. Czyli intuicja moralna = przekonanie + emocja (a właściwie przekonanie pochodzące z emocji, a z kolei te – z ewolucyjnego przystosowania).

      No to jest tak, że możemy przy konkretnym poglądzie – w zależności od czasu i miejsca – te emocje podmieniać. Jeśli tak, to (w zasadzie) żaden z tych poglądów (nie emocji) nie jest ewolucyjnym hardwarem, używając słów Saji, istniejącym „w interesie samolubnych genów”.

      Ale właściwe pytanie o źródło intuicji moralnych to pytanie o źródło przekonania - jakiejś konkretnej treści tego poglądu. Np. że homoseksualizm nie jest w porządku, i jest godny potępienia. Źródłem tego poglądu nie może być wstręt, bo ja go tutaj nie czuję, a zdolność do czucia wstrętu posiadam.

      Innymi słowy: moralne emocje nie mogą być źródłem intuicji moralnych, niezależnie od tego, co się świeci w funkcjonalnym rezonansie magnetycznym. Taka „formalna” teoria pochodzenia intuicji moralnych (to ich, według Saji, mało szlachetne emocjonalne źródło) niewiele nam tłumaczy, bo nic nam nie mówi o źródle konkretnego poglądu. I tu nie chodzi o uzasadnienie, ale o wyjaśnienie (tak a propos Curry’ iego;).

      I ja bym to ujęła inaczej: metaetyka chyba nie ucieknie przed pytaniami o wyjaśnienie „contentu” konkretnej etyki; a co do moralnej intuicji – a może jest tak, że światopogląd, jako jakiś bagaż czy posag cywilizacyjny – przemyślany przez innych :) - nabyty na tyle wcześnie, że stał się trybem automatycznym…

      To dobrze, że deontolodzy szukają racjonalizacji, niech to będzie nawet „wtórna racjonalizacja”, byle spójna:), może takie poszukiwania odpowiedzą nam na to, dlaczego jakiś pogląd „historycznie” zaistniał, a więc to byłaby odpowiedź o źródło danego poglądu, nic innego przecież nie robią utylitaryści – też będzie świeciło się w obszarach kognitywnych;). Generalnie, nie ma ucieczki przed trybem manualnym…

      Możliwe jednak, że mało z tego rozumiem, więc jeśli wywód niejasny, i (obojętne moralnie;) emocje znudzenia lub rozbawienia, to już olej ;)

      Uwaga techniczno-czepialska

      dzięki, no tak, nie każde neo jest współczesne ;)

      Druga uwaga techniczna:

      dzięki, paniała - u Greene'a to chyba każda emocja "w kontekście moralnym"





      Usuń
    3. Przepraszam, że teraz dopiero odpisuję, umknął mi Twój komentarz.


      Tekst napisany jest w takim duchu (jak to podsumowałeś), że adaptacyjny rodowód intuicji moralnej jest równoznaczny z tym, że jest ona wrodzona, genetycznie uwarunkowana i niezmienna; ale jednak on ląduje w czymś takim: „Ponieważ emocje współczesnych kantystów w tych kwestiach (samobójstwo, homoseksualizm itd.) różnią się od emocji ich protoplasty

      A tak, teraz rozumiem.

      Czyli intuicja moralna = przekonanie + emocja (a właściwie przekonanie pochodzące z emocji, a z kolei te – z ewolucyjnego przystosowania).

      Nie jestem pewien, czy Greene (czy ktokolwiek inny) tak by to ujął. Intuicja to rodzaj natychmiastowego i niededukowanego przekonania , a emocja jej raczej jego warunkiem, czy może tym, co na nie wpływa.

      Np. że homoseksualizm nie jest w porządku, i jest godny potępienia. Źródłem tego poglądu nie może być wstręt, bo ja go tutaj nie czuję, a zdolność do czucia wstrętu posiadam.

      Ale chyba nie uważasz, że homoseksualizm jest nie w porządku?? Poza tym wstręt to tylko jedna z wielu moralnych emocji, która dla pewnych intuicji może być obojętna. Greene na pewno nie chce powiedzieć, że wszystkie moralne emocje muszą być razem aktywne przy formowaniu każdego moralnego przekonania.

      Innymi słowy: moralne emocje nie mogą być źródłem intuicji moralnych, niezależnie od tego, co się świeci w funkcjonalnym rezonansie magnetycznym.

      Poza tym, co wyżej, nikt chyba nie twierdzi, że moralne emocje są wystarczającym warunkiem moralnego przekonania. Nikt też nie twierdzi, że nie może być organizmów z moralnymi emocjami, ale bez moralnych przekonań. Mam wrażenie, że pisząc o „formalnej teorii” masz na myśli któreś z tych mocnych twierdzeń, pod którymi nikt się nie podpisuje.

      Usuń
    4. Ale chyba nie uważasz, że homoseksualizm jest nie w porządku?? Poza tym wstręt to tylko jedna z wielu moralnych emocji, która dla pewnych intuicji może być obojętna. Greene na pewno nie chce powiedzieć, że wszystkie moralne emocje muszą być razem aktywne przy formowaniu każdego moralnego przekonania.

      ??? no jakże tak… Stosunek do homoseksualizmu to był tylko jaskrawy przykład braku uniwersalności moralnych emocji. I przykład na to, że same emocje nie mogą być źródłem intuicji moralnych (pod czym, jak twierdzisz, nikt się nie podpisuje). A dalsze dwa zdania, to już zupełnie nie rozumiem, nic podobnego nie twierdziłam.

      Poza tym, co wyżej, nikt chyba nie twierdzi, że moralne emocje są wystarczającym warunkiem moralnego przekonania. Nikt też nie twierdzi, że nie może być organizmów z moralnymi emocjami, ale bez moralnych przekonań.

      Pewnie masz rację, może zbyt skrajnie odebrałam ten przekaz. K. Saja twierdzi, że „faktyczne oceny deontologów nie kierują się wygłaszanymi przez nich racjami, lecz emocjami takimi jak odraza, poczucie wstrętu czy gniew.” To, że kierują, nie znaczy, że te oceny się w emocjach wyczerpują ;) W każdym razie, w przypadku intuicji moralnych on nie wskazuje innych niż emocje „warunków moralnego przekonania”, a jak na „pewien tylko związek” emocji i intuicji, to konkluzje jego tekstu daleko idące.

      Co do drugiego zdania – znów nie rozumiem. Nie sugerowałam, że ktoś sugeruje, że np. skoro do powstania życia potrzebne są związki węgla, to każde związki węgla zaowocują procesem życiowym, czy coś takiego.

      jeju, bardzo dużo tu domniemań, co ktoś może mieć na myśli, najwyraźniej nie potrafię tego sensownie przedstawić, no to sorry… może już to zostawmy.

      Usuń
  4. Jak to na jakiś czas odłożyłam i teraz patrzę na świeżo, to przede wszystkim – ponownie – uderzył mnie przeskok z problemów typu my/oni na konsekwencjalizm.

    1. Książki Greene’a nie czytałam, a więc nie wiem: czy te badania fMRI były także przeprowadzane na dylematach typu ingroup/outgroup? I czy rzeczywiście wynik był taki, że rozwiązanie na rzecz ingroup raczej emocjonalne? (co prawdopodobne…) Bo te podstawowe wersje dylematu wagonika (chyba głównie to ćwiczy Greene, jak można wnosić z jego strony) to raczej ten problem omijały. Jedyny przykład takiego dylematu, który podaje, to „(your) crying baby dilemma”, ale jeśli to ma być przykład na emocjonalność „in-group favoritism”, to już mocno skrajny i oczywisty. (I nie znam tego dylematu Kanta, ale najwyraźniej to przede wszystkim utylitaryzm „prowadzi do prowadzi do niestrawnego wniosku, że można zabijać noworodki”…)

    2. Bo chyba to, co istotne w podstawowej wersji „trolley problem”, to ilość, a nie bezstronność – konsekwencjalizm przekonuje tutaj niektórych nie w imię zasady „szczęście każdego liczy się tak samo”, ale „życia (?) pięciu osób są więcej warte niż życie jednej osoby”. Oczywiście, można to przedstawić jako problem równości (skoro jednostki równe, to 5 > 1), ale tak samo może argumentować deontologia (każdy jest równy, więc nikogo nie można poświęcić). Ale pewnie jednak były także badania na dylematach typu ingroup/outgroup.

    3. Ale jeśli rzeczywiście tak jest, że „automatycznie” faworyzujemy grupę własną, i „automatycznie” wybieramy deontologię, to nie znaczy przecież, że możemy je pożenić. A tym bardziej nie oznacza, że „manualne”, kognitywne wybory na rzecz outgroup przekładają się na waloryzację „manulanych” wyborów konsekwencjalistycznych. W każdym razie, ja nie widzę tego bezpośredniego przełożenia z dylematu „my/oni” na konsekwencjalizm.

    4. To znaczy, sama kwestia równości traktowania – bezstronności (a do tego da się sprowadzić dylematy outgroup/ingroup) jest chyba raczej spoza podziału deontologia / konsekwencjalizm. Jak to ująłeś, w każdej poważnej normatywnej teorii moralnej bezstronność jest jakoś ujęta. W utylitaryzmie w ten sposób, że szczęście (czy co tam) każdego liczy się tak samo.. Ale coś podobnego można wyprowadzić z jakiejś deontologii, chociaż tutaj bardziej „człowieczeństwo, godność” każdego (czy co tam) liczy się tak samo.

    Nie wiem, może tę koncepcję bezstronności utylitaryzm ujmuje jakoś lepiej niż konkretna deontologia. Ale już tu kiedyś pisałam, np. Powszechna Deklaracja Praw Człowieka („wszystkie istoty ludzkie rodzą się wolne i równe w godności i prawach. (…). Każda osoba jest uprawniona do korzystania ze wszystkich praw i wolności (..) bez jakiejkolwiek różnicy, zwłaszcza ze względu na rasę, kolor skóry, płeć, język, religię, poglądy polityczne lub jakiekolwiek inne, pochodzenie narodowe lub społeczne, majątek, urodzenie lub jakąkolwiek inną sytuację”, art. 1 i 2) – to jednak czerpała z personalizmu, kantyzmu itp. „godnościowych” deontologii…

    OdpowiedzUsuń
  5. no nie zmieściło się ;) więc ciąg dalszy.

    5. To znaczy: jak najbardziej się zgadzam, że „in-group favoritism” to jeden z głównych problemów moralnych, i pewnie jego przekroczenie będzie jakimś ogromnym postępem etycznym ludzkości. Ale nie rozumiem, dlaczego utylitarystyczna „największa ilość szczęścia dla jak największej liczby osób” ma być lepsza przy rozwiązywaniu dylematów typu ingroup/ outgroup od innej zasady, np. „szanuj każdego z uwagi na jego godność osobową”.

    I tak sobie myślę, że czy startujesz z deontologii, czy z konsekwencjalizmu, to bezstronność wymaga wysiłku kognitywnego… co pewnie warto sprawdzić na fMRI.

    6. Co nie oznacza, że tryb manualny jest moralnie dojrzalszy… Naprawdę nie wiem, w jakim sensie emocjonalny dystans do uśmiercenia jednej osoby (z podstawowej wersji trolley problem, ze zwrotnicą), w imię uratowania pięciu, ma być „lepszy” od emocjonalnego oporu; zadziwił mnie K. Saja, że właśnie tym reklamował „kognitywny” konsekwencjalizm, szczególnie wyraźny u ludzi z uszkodzoną korą przedczołową. Tak może ze zbyt grubej rury, ale właśnie w ramach tego emocjonalnego dystansu to używa się Cyklonu B i dronów, i prowadzi się przemysłową hodowlę zwierząt. I tak powtórzę, że praktyką, którą doradzają psychologowie społeczni dla eliminacji okrucieństwa, to jest poszerzanie granic grupy własnej, i empatia w ramach tej szerokiej grupy…No właśnie, w ramach koncepcji trybu manualnego to rezygnujemy z paradygmatu empatii, a trochę jej szkoda…

    Podsumowując:

    - nie jest dla mnie oczywiste przekonanie, że konsekwencjalizm jest najlepszą odpowiedzią na dylematy ingroup/outgroup, nawet jeśli w przypadku formułowania ocen obu typów działa mechanizm bardziej manualny,

    - chyba ta wyższość trybu manualnego nad automatycznym/ emocjonalnym to taki niewystarczająco uzasadniony pogląd…

    Finito ;)


    OdpowiedzUsuń
  6. No tak, ponownie spojrzałam: „Moral Tribes ma być ogólną interpretacją wyników setek eksperymentów, które miały zbadać, co wpływa na moralne myślenie i zachowanie i jak to wygląda na poziomie aktywności mózgu”, czyli chodzi tutaj o metaanalizę, a nie „bezpośrednie” badania Greene’a … zasugerowałam się jego stroną :(

    A więc to jednak zapewne także były badania relacji my/oni; w takim razie to, co pisałam na początku (1 i 2), to bez sensu.
    Ale jak rozumiem, tok myślenia wciąż jest taki:

    bezstronna odpowiedź na dylematy my/oni -> tryb manualny,
    konsekwencjalizm - > też tryb manualny.

    Za każdym razem tryb manualny pozwala nam na „przekroczenie moralnego instynktu”. Tylko ja cały czas nie widzę tego koniecznego związku pomiędzy konsekwencjalizmem a właściwą (bezstronną) odpowiedzią na dylematy my/oni.

    Aha, i jak rozumiem, empatia itd. może w dalszym ciągu pozostać przy dylematach ja/my.

    I jeszcze taki fragment z K. Saji (Sai?): „Gdy respondentom przedstawi się konkretne przykłady intencjonalnego użycia przemocy, rodzi w nich to emocje potępienia i chęć wymierzenia kary, która nie baczy na swe skutki (Greene 2010). Z drugiej strony, gdy pyta się ich w ogólny i abstrakcyjny sposób o sens oraz powód karania, zazwyczaj wysuwają argumentacje konsekwencjalistyczne (Carlsmith et al.,2002; Weiner et al., 1997)”.

    Ja to znam z trochę innej strony: regularnie przeprowadza się badania tzw. postaw punitywnych w ramach państw Rady Europy. I okazuje się, że „konkretny przykład” zawsze budzi emocje, ale z reguły nie są to „emocje potępienia”. To znaczy: jeśli respondentom zadajesz abstrakcyjne pytania typu: ile lat pozbawienia wolności powinno się dostawać za kradzież, zabójstwo itd., to odpowiedzi szybują do jakichś niebotycznych wymiarów kary. Ale jeśli podajesz konkretny przykład Jana N., i znaczną porcję okoliczności faktycznych (przy czym to jest tak konstruowane, że to nie są wyłącznie okoliczności łagodzące, wszystko jest dość złożone) to nagle punitywność spada o dwa, trzy razy. Co ciekawe, respondenci lądują poniżej kar wymierzanych za te czyny przez sędziów. I to „poznanie i zrozumienie sprawcy” i wszystkich jego komplikacji jest jednym z filarów tzw. restorative justice, o której kiedyś tu pisałam.

    To oczywiście nie dotyczy konsekwencjalizmu, ale raczej podważa tezę, że emocje uruchamiane w ocenie przemocy są zawsze retrybutywne. Tak sądzę, że owe „konkretne przykłady intencjonalnego użycia przemocy” były zbyt wyabstrahowane z kontekstu, co w naturze rzadko ma miejsce;)

    Już nie czytam ponownie, bo znów coś znajdę ;(, poczytam sobie najwyżej podlinkowany tekst Greene’a, ale dla własnej informacji;)

    OdpowiedzUsuń