niedziela, 7 maja 2017
Bez komentarza: kwiecień 2017
M. Strom: Do octopuses dream of electric squid? One philosopher's love of the cephalopods.
D. Stoljar: A New Model of Consciousness.
B. C. Smith: Why Do We Make So Much of Consciousness?
R. P. Wolff: A Meditation on Blogging.
All you wanted to know about Plato on Meno's paradox, and other gems. Gail Judith Fine interviewed by Richard Marshall.
9 questions for Martha Nussbaum.
M. J. Coren: Silicon Valley executives are hiring philosophers to teach them to question everything.
D. Papineau: The Beautiful Game.
R. Rini: Raising good robots.
D. Crummett: The problem of evil and the suffering of creeping things.
G. Cabanac: Unconventional academic writing.
środa, 26 kwietnia 2017
Czy Kant pozwala na unikanie korków?
A. Wood: Kantian Ethics, Cambridge University Press 2008.
Jechałem sobie ostatnio rowerem na uczelnię mijając wesoło samochody stojące w korku i zacząłem myśleć „a co gdybym dojeżdżał samochodem?”. Gdybym dojeżdżał samochodem, to żeby bezpiecznie zdążyć na zajęcia o 9:00, musiałbym wyjść z domu chyba koło 7:30 – bo korek zaczyna się robić jakoś od 8:00. Nie wiem tylko, co by na takie wczesne wyjeżdżanie powiedział Kant.
Centralnym punktem teorii moralnej Kanta jest tzw. imperatyw kategoryczny, który ma trzy tzw. formuły: formułę uniwersalnego prawa, formułę człowieczeństwa i formułę państwa celów (tak się tłumaczy Reich der Zwecke?). Niektórzy dorzucają jeszcze formułę autonomii, choć Kant nie przedstawia jej w postaci imperatywu. Najbardziej znana jest ta pierwsza:
Postępuj tylko według takiej maksymy, dzięki której możesz zarazem chcieć, żeby stała się powszechnym prawem. (Uzasadnienie metafizyki moralności, tłum. M. Wartenberg)
I w
drugiej wersji:
Postępuj tak, jak gdyby maksyma twojego postępowania przez wolę twą miała się stać ogólnym prawem przyrody. (tamże)
Oznacza to, że
żeby sprawdzić, czy jakieś działanie jest moralne, trzeba
przeprowadzić pewien test. Trochę upraszczając: najpierw formułuję
maksymę działania (przez maksymę Kant rozumie opis działania
razem z uzasadnieniem jego podjęcia), następnie wyobrażam sobie
świat, w którym wszyscy akceptują
tę maksymę
i działają w zgodzie z nią, następnie sprawdzam,
czy w takim świecie udałoby mi się
osiągnąć mój cel. Jeśli nie udałoby się, działanie jest
moralnie niedopuszczalne. Wynika z tego, że niedopuszczalne jest np.
składanie fałszywych obietnic, bo w świecie, gdzie składanie
takich obietnic jest standardem, nic się nie da osiągnąć przez
ich składanie – po prostu nikt w takim świecie nikt nie bierze
żadnych obietnic na poważnie.
Tu jednak pojawia
się problem, a właściwie dwa problemy: z jednej strony pewne
działania powszechnie uznawane za niemoralne przechodzą test, a z
drugiej strony pewne działania powszechnie uznawane za dopuszczalne
nie przechodzą testu. Mam wrażenie, że współcześni filozofowie
bardziej skupiają się na tych pierwszych – np. Russ Shafer-Landau
w swoim podręczniku etyki wyobraża sobie ogrodnika-fanatyka,
któremu listonosz regularnie depcze po idealnie utrzymanym trawniku.
Ostrzeżenia nie pomagają, więc ogrodnik postanawia zadziałać
zgodnie z maksymą „zrobię wszystko, co konieczne, włącznie z
pozbawieniem życia, by zachować idealny stan trawnika”. W takiej
sytuacji zastrzelenie listonosza wydaje się być moralnie w
porządku. Shafer-Landau nie wspomina o sytuacjach drugiego typu, a
do takich zalicza się chyba mój pomysł w wyjeżdżaniem o 7:30. Bo
jeśli moją maksymą jest „wyjadę wcześniej, żeby uniknąć
korków”, to nie da się tej maksymy zuniwersalizować: kiedy
wszyscy wyjadą wcześniej, żeby uniknąć korków, to nikt stania w
korku nie uniknie. Czyli wychodzi na to, że unikanie korków jest
niemoralne.
Co z tym teraz
zrobić? Jedni kantyści starają się stanąć na głowie
interpretując formułę prawa uniwersalnego w taki sposób, by nie
wynikało z niej, że strzelanie do listonoszy jest w porządku, a
unikanie korków nie w porządku. Inni, jak np. Allen Wood, piszą
tak:
Nie ma podstaw, by sądzić, że według Kanta którakolwiek formuła prawa moralnego ma być stosowana jako ścisłe kryterium w jakiejś rygorystycznej procedurze dedukcyjnej, która ma zdecydować, co powinniśmy zrobić, czy nawet co jest dopuszczalne, we wszystkich możliwych przypadkach. (72, moje tłumaczenie)
Jeśli jednak ani
jedni, ani drudzy nie mają racji, to zgodnie z imperatywem
kategorycznym nie można unikać ładowania się samochodem w korek.
Dobra wiadomość jest taka, że radzenie sobie z korkami przez jazdę
na rowerze jest na pewno w porządku.
piątek, 14 kwietnia 2017
O jednego boga dalej?
Pisząc
drugą część tekstu o micie udowadniania nieistnienia, musiałem
się znowu zanurzyć w świat internetowego pop-ateizmu. Gdzie
zauważyłem, że z mitem tym ściśle związany jest inny mit, który
można by nazwać mitem o ateizmie wierzących. Oto jego kanoniczna
wersja z „Boga urojonego” Dawkinsa:
Odkryłem, że całkiem dobrą strategią, gdy ktoś pyta mnie, czy jestem ateistą, jest uświadomić mu, że on również jest ateistą, wszak nie wierzy w Zeusa, Apollona, Amona Ra, Mitrę, Baala, Thora, Wotana, Złotego Cielca ani w Latającego Potwora Spaghetti. Ja po prostu poszedłem o jednego Boga dalej.
Podchwycił
to m.in. aktor Ricky Gervais (to i wszystkie następne tłumaczenia
moje):
Jest około 3000 bogów, z których można wybierać – bogów, w których ludzie wierzyli w historii. Więc w zasadzie negujesz istnienie tylko jednego boga mniej, niż ja. Ty nie wierzysz w 2999 bogów, a ja nie wierzę w jednego więcej.
Mówię im: powiedz mi, dlaczego nie wierzysz w innych bogów – to jest właśnie powód, dla którego ja nie wierzę w twojego.
Czyli
ateista może pokonać teistę jego własną bronią zauważając, że
teista jako wyznawca religii x nie wierzy w tysiące bogów innych
religii, a jego powody, by tych bogów odrzucić, są też zapewne
dobrymi powodami, by odrzucić boga religii x. Ostatecznie dowody na
to, że np. Jezus jest tym prawdziwym bogiem, wydają się tak samo
liche jak dowody na to, że prawdziwym bogiem jest Amon Ra. Jeśli
więc teista chce być konsekwentny, to powinien zostać ateistą.
Wszystko
ładnie, problem tylko w tym, że ludzie religijni wcale nie
odrzucają bogów innych religii w taki sposób. Zrobiłem przegląd
tego, co chrześcijanie mówią i piszą o innych religiach – i
wynika z niego jednoznacznie, że Dawkins nie ma racji. Teorii jest
wiele, ale nie trafiłem na nic, co dałoby się podsumować jako
„jesteśmy ateistami wobec bogów innych religii”. Skupiłem się
na chrześcijanach, ale wydaje mi się, że z innymi religiami sprawa
wygląda podobnie.
To
samo odniesienie
W
przypadku religii spokrewnionych z
chrześcijaństwem (takich jak judaizm, islam,
zaratusztrianizm, gnostycyzm czy druzyzm) najczęściej pada
stwierdzenie, że religie te czczą tego samego Boga, tylko w
niedoskonały sposób go rozumieją. Weźmy np. popularnego
protestanckiego teologa Miroslava Volfa, który mówiąc o Bogu muzułmanów nawiązuje, zdaje się, do słynnego rozróżnienia na
znaczenie-sens (Sinn) i znaczenie-nominat (Bedeutung):
Nie wszyscy chrześcijanie czczą tego samego Boga i nie wszyscy muzułmanie czczą tego samego Boga. Myślę jednak, że muzułmanie i chrześcijanie, którzy przyjmują normatywne tradycje swojej wiary, odnoszą się do tego samego obiektu, tego samego Bytu, kiedy się modlą, kiedy biorą udział w obrzędach i kiedy mówią o Bogu. Odniesienie jest to samo. Jedynie opis Boga częściowo się różni.
Według
Volfa opis chrześcijański jest trafniejszy i tyle. To na pewno nie
oznacza, że Allah nie istnieje.
Promień
Prawdy
To
może przynajmniej chrześcijanie są ateistami w stosunku do bogów
religii mocno różniących się od chrześcijaństwa, takich jak
hinduizm? Też niespecjalnie. Weźmy Nostra aetate,
deklarację Soboru Watykańskiego II o religiach innych niż
chrześcijańska:
Od pradawnych czasów aż do naszej epoki znajdujemy u różnych narodów jakieś rozpoznanie owej tajemniczej mocy, która obecna jest w biegu spraw świata i wydarzeniach ludzkiego życia; nieraz nawet uznanie Najwyższego Bóstwa lub też Ojca. (...)Tak więc w hinduizmie ludzie badają i wyrażają boską tajemnicę poprzez niezmierną obfitość mitów i wnikliwe koncepcje filozoficzne, a wyzwolenia z udręk naszego losu szukają albo w różnych formach życia ascetycznego, albo w głębokiej medytacji, albo w uciekaniu się do Boga z miłością i ufnością.(...)Kościół katolicki nic nie odrzuca z tego, co w religiach owych prawdziwe jest i święte. Ze szczerym szacunkiem odnosi się do owych sposobów działania i życia, do owych nakazów i doktryn, które chociaż w wielu wypadkach różnią się od zasad przez niego wyznawanych i głoszonych, nierzadko jednak odbijają promień owej Prawdy, która oświeca wszystkich ludzi.
Z
deklaracji nie wynika oczywiście, że hinduiści czczą tego samego
boga co chrześcijanie, ale na pewno nie można też powiedzieć, że
według Kościoła bogowie hinduizmu to fikcja literacka od a do z.
Kult
Szatana
Poza
podejściem „inne religie rozumieją Boga w niedoskonały sposób”
istnieje też podejście „inne religie czczą Szatana”. Dobrym
przykładem będzie Pat Robertson, popularny amerykański pastor,
komentator polityczny
i
magnat medialny, który przy okazji trzęsienia ziemi na Haiti w 2010
wyjawił, że owo trzęsienie to kara boża za oddawanie czci
Szatanowi w ramach vodou:
[Haitańczycy] żyli pod francuskim butem. Wiesz, Napoleon Trzeci, czy który tam. Więc zebrali się i zawarli pakt z Diabłem. Powiedzieli mu: będziemy ci służyć, jeśli nas uwolnisz od Francuzów. Tak było! Więc Diabeł powiedział: dobra, umowa stoi. No i wywalili tych Francuzów. Widzisz, Haitańczycy zbuntowali się i wyzwolili. Ale od tego czasu spada na nich jedna plaga za drugą i żyją w strasznej nędzy.
Robertson
uczy, że vodou to tak naprawdę kult Szatana występującego pod
różnymi postaciami. Szatana, który jak najbardziej istnieje. Nie
można więc w żadnym razie powiedzieć, że Robertson jest „ateistą
wobec bogów vodou”, jak chciałby Dawkins.
Do wyrzynania walczących o niepodległość i zniesienie niewolnictwa Haitańczyków Napoleon posłał dzielnych Polaków, którzy przywieźli ze sobą kopie obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej. Wizerunek szybko zrobił się popularny, bo skojarzono go z Erzulie Dantor, boginią-mścicielką opiekującą się kobietami, które doświadczyły przemocy domowej (w końcu czarna i ma blizny na twarzy, więc wszystko się zgadza). W ten sposób Matka Boska została wcieleniem Diabła.
Kult
demonów
W
Polsce nie brakuje nam religioznawców klasy Robertsona. Np. mój ulubiony ksiądz Posacki, tropiciel demonów i znawca UFO, twierdzi o buddyzmie:
Dla katolika niepokojący powinien być też stosunek buddyzmu do złych duchów czy demonów i symbolów zła. Buddyzm zen także posiada swoje doświadczenie tego, co demoniczne, a nawet rozwija swoistą demonologię. W tradycji buddyjskiej występuje rodzaj akceptacji, a nawet kult złych duchów, charakterystyczny dla pogaństwa.
Buddyści
i poganie czczą więc złe duchy, które zdaniem księdza Posackiego
istnieją tak samo, jak istnieje Bóg Trójjedyny.
Wszyscy
mają rację
Na
jednym biegunie chrześcijańskiego ekumenizmu mamy Robertsonów i
Posackich, a na drugim różnych liberałów, pluralistów i
inkluzywistów, według których nie da się powiedzieć, że inne
religie są mniej prawdziwe, albo że bogowie tych religii są mniej
istniejący. Tu dobrym przykładem będzie John Shelby Spong, biskup
Kościoła Episkopalnego:
Bóg nie jest chrześcijaninem. Bóg nie jest żydem, muzułmaninem, hinduistą ani buddystą. Wszystko to są ludzkie systemy, które ludzie stworzyli, próbując wejść w tajemnicę boską. Uznaję moją tradycję. Idę poprzez moją tradycję. Nie uważam jednak, że moja tradycja definiuje Boga. Ona tylko kieruje mnie do Boga.
Czy
to podejście ma sens? Nie wydaje mi się, co nie zmienia faktu, że
są teologowie i filozofowie, którzy bronią różnych jego
wersji.
Tak
to wygląda. Żadnego ateizmu (ani mocnego, ani słabego) w stosunku
do bogów innych religii. Nie twierdzę, że podejście, o którym
pisze Dawkins, absolutnie nigdy nie występuje. Nie twierdzę też,
że wierzący nie stosują podwójnego standardu do myślenia o
wiarygodności własnej religii – wydaje mi się dość oczywiste,
że to robią. Jednak odbijanie piłeczki w kierunki teisty i
wmawianie mu, że sam jest ateistą „wobec tysięcy bogów” nie
ma prawa być skuteczne – bo najczęściej zwyczajnie nim nie jest.
sobota, 8 kwietnia 2017
Bez komentarza: marzec 2017
G. Rockhill: The CIA reads French theory: on the intellectual labor of dismantling the curtural left.
B. Brogaard: Intuitions vs Reason.
G. Greenwald: Trump Administration Ousts U.N. Official to Protect Israel From Criticism.
D. Dayen: Donald Trump Isn't Even Pretending to Oppose Goldman Sachs Anymore.
J. Humphreys: Unthinkable: How do we 'know' anything?
D. V. Johnson: The Handmaiden of Entrepreneurship.
E. Schwitzgebel: Empathy, Anger, and the Richness of Life.
E. Schwitzgebel: My Defense of Anger and Empathy: Flannagan's, Bloom's and Others' Responses.
R. P. Wolff: Reaching for the Stars.
E. Schwitzgebel: What Kinds of Universities Lack Philosophy Departments? Some Data.
B. Leiter: Academic Ethics: Defending Faculty Speech.
B. Leiter: Best Anglophone philosophers since 1957?
E. Schwitzgebel: Why Wide Reflective Equilibrium in Ethics Might Fail.
B. Brogaard: Intuitions vs Reason.
G. Greenwald: Trump Administration Ousts U.N. Official to Protect Israel From Criticism.
D. Dayen: Donald Trump Isn't Even Pretending to Oppose Goldman Sachs Anymore.
J. Humphreys: Unthinkable: How do we 'know' anything?
D. V. Johnson: The Handmaiden of Entrepreneurship.
E. Schwitzgebel: Empathy, Anger, and the Richness of Life.
E. Schwitzgebel: My Defense of Anger and Empathy: Flannagan's, Bloom's and Others' Responses.
R. P. Wolff: Reaching for the Stars.
E. Schwitzgebel: What Kinds of Universities Lack Philosophy Departments? Some Data.
B. Leiter: Academic Ethics: Defending Faculty Speech.
B. Leiter: Best Anglophone philosophers since 1957?
E. Schwitzgebel: Why Wide Reflective Equilibrium in Ethics Might Fail.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
