piątek, 8 sierpnia 2014

Niech żyje wolność, wolność i swoboda



Jest takie rozpowszechnione przekonanie, że socjalizm lubią ci, dla których najważniejszą wartością jest równość, a kapitalizm ci, dla których najważniejszą wartością jest wolność. Ja nigdy tego nie kupowałem – dla mnie kapitalizm wyklucza wolność tak samo, jak wyklucza równość.
Główna przyczyna nieporozumienia tkwi najpewniej w tym, że ciężko uchwycić, co to ta wolność jest. Większość zapytanych będzie miała spore kłopoty z definicją, ale prawdopodobnie da radę podać jakieś przykłady. Typowym przykładem na brak wolności będzie sytuacja, kiedy ktoś przystawia nam pistolet do głowy i każe zrobić coś, czego nie chcemy.
Nie wszyscy filozofowie by się z tym jednak zgodzili. Późny Hobbes usprawiedliwiając współczesny mu zamordyzm twierdził np., że nawet z pistoletem przystawionym do głowy mamy stuprocentową wolność. Zawsze przecież możemy, powiada Hobbes, odmówić (i zginąć), nikt nas fizycznie do niczego nie zmusza. Ktoś może powiedzieć, że być może i jest tu jakaś wolność wyboru, ale problem polega na tym, że bardzo ograniczona, bo możemy wybierać tylko między dwiema bardzo niefajnymi opcjami. Na to Hobbes mógłby odpowiedzieć, że zawsze są jakieś ograniczenia. Możemy mieć np. pragnienie, żeby rozwiązać jakiś problem zabijając przeciwnika laserowym wzrokiem – i tak samo narzekać, że nie ma wolności, bo nie możemy tego zrobić.
Ja bym na to powiedział, że istnieją ograniczenia, które na pewno się liczą (typu pistolet), są ograniczenia, które na pewno się nie liczą (typu laserowy wzrok). A pomiędzy nimi są tuziny innych ograniczeń, które są problematyczne; ciężko powiedzieć, czy się liczą, czy nie.
Są też tacy, dla których nie ma problematycznych ograniczeń i sprawa jest jasna: wolność to indywidualna własność i swoboda zawierania umów, jakie oferuje nieograniczony kapitalizm. Towarzystwo to nazywa się libertarianami albo wolnościowcami, ale jak dla mnie to tyle oni mają wspólnego z wolnością, co PZPR miała z klasą robotniczą. Ich główny problem polega na tym, że nie zauważają czegoś, co można nazwać zniewoleniem ekonomicznym, które wynika z podziału społeczeństwa na małą grupkę posiadaczy i resztę, która musi się im wynajmować do pracy. Na czym konkretnie polega to zniewolenie? Różni filozofowie mają różne pomysły: na byciu grabionym z produktu własnej pracy, na nieposiadaniu zasobów i zdolności, by móc osiągnąć to, czego się pragnie, na niemożliwości realizacji swojego ludzkiego potencjału, na niemożliwości osiągania tego, czego mogłoby się chcieć w pewnych optymalnych warunkach, na niemożliwości decydowania o wspólnocie, której jest się częścią, na uzależnieniu od sfabrykowanych, konsumpcjonistycznych pragnień etc. Niewykluczone też, że na kilku tych rzeczach naraz.
Ekonomista John Roemer swoje wprowadzenie do marksistowskiej filozofii ekonomicznej zatytułował Free to Lose i ten slogan wydaje mi się najcelniejszym podsumowaniem problemu wolności w kapitalizmie. Roemer pisze tam tak:

Kapitalizm jest wychwalany przez tych, którzy czerpią z niego korzyści – ale także przez wielu innych – jako system, w którym każdy dostaje to, na co zasługuje i posiada wolność, dzięki której może osiągnąć to, czego pragnie. Historyczna kwerenda pokazuje, że podobny stosunek do dominującego systemu nie jest niczym nowym: niewolnictwo i feudalizm też miały swoich obrońców. Arystoteles twierdził na przykład, że każda dusza ma swoją rolę do odegrania – i że samospełnienie niewolnika polega na odpowiednim realizowaniu jego niewolniczej natury. Chrześcijaństwo odświeżyło ten rodzaj argumentacji w średniowieczu ucząc, że każdy powinien być zadowolony ze swojego losu, ponieważ wszyscy jesteśmy małymi trybikami w wielkim, uniwersalnym projekcie Boga. Dzisiaj wolnorynkowi ekonomiści i filozofowie twierdzą, że nieokiełznany kapitalizm jest systemem, który maksymalizuje indywidualną wolność i daje każdemu najwięcej możliwości.
[s. 6, moje tłumaczenie]

Marks natomiast twierdził, że pod względem moralnym kapitalizm nie różni się niczym od systemu opartego na pracy niewolniczej. Ja myślę, że chociaż mylił się w kilku istotnych szczegółach (zwłaszcza jeśli chodzi o teorię wartości), to generalnie miał rację. Różnice między tymi dwoma systemami są albo pozorne, albo moralnie nieistotne. Niektórzy twierdzą np., że w kapitalizmie pracownik najemny może spróbować założyć własną firmę, jeśli mu się nie podoba bycie pracownikiem najemnym. Ale w starożytnym Rzymie też przy pewnej dozie szczęścia i wysiłku można było z niewolnika stać się właścicielem niewolników – i jakoś nikt nie twierdzi, że przez to niewolnictwo było w porządku. Inni mówią, że w kapitalizmie pracownik najemny może sobie wybrać kapitalistę i w każdej chwili zmienić go na innego. To oczywiście prawda, ale czy naprawdę możliwość wyboru między tyraniami jest dobrym usprawiedliwieniem dla tyranii? Jeszcze inni powiedzą, że podczas gdy właściciel niewolników jest pasożytem żyjącym z cudzej pracy, kapitalista pracuje, wymyśla, kreuje, ponosi odpowiedzialność itd. To się jednak opiera na nierozumieniu różnicy między rolą przedsiębiorcy a rolą kapitalisty.
Zniewolenie w kapitalizmie jest tylko trochę bardziej zamaskowane, nie ma np. widocznych łańcuchów, nie ma też konkretnych dni, w które trzeba pracować na pana. Poza tym wielu ludziom kapitalizm wydaje się czymś mniej skandalicznym najprawdopodobniej  przez to, że znamy tylko jego ograniczoną i rozmiękczoną formę – z ubezpieczeniami społecznymi, prawami pracowniczymi, demokracją etc. – podczas gdy niewolnictwo czy feudalizm nigdy w takiej formie nie istniały. Do tego kapitalizm jest ustrojem, który istnieje teraz, a mamy taką głupią psychologiczną skłonność do uznawania tego, co jest, za naturalne i słuszne, albo przynajmniej za najlepsze spośród dostępnych możliwości.
Ale myślę, że prędzej czy później ludziom zejdą łuski z oczu, tak samo jak zeszły w przypadku niewolnictwa, i wtedy będzie się czytać dzisiejszych entuzjastów kapitalizmu z takim samym zdumieniem, z jakim dzisiaj czyta się Arystotelesa czy Hobbesa.

22 komentarze:

  1. Słusznie zacząłeś od próby zdefiniowania wolności, co więcej, bardzo spodobało mi się to, że zwróciłeś uwagę na to, że czym jest owa wolność jest każdy z nas pojmuje instynktownie, ale z całą resztą się nie zgadzam.

    Skoro wyszedłeś od próby zdefiniowania wolności, to pozwól, że ja też od tego zacznę. Zdaję mi się bowiem, że pojęcie wolności ma jakieś znaczenie tylko wtedy, gdy odnosi się do indywidualnego przypadku. Wolny jestem wtedy, gdy nikt nie przystawia mi pistoletu do głowy, ale również wtedy, gdy to ja przystawiam go do głowy komuś innemu - i tego drugiego chyba kompletnie nie zauważasz. Nie jestem wolny, gdy nie mogę wejść na teren prywatny drugiej osoby, ale z drugiej strony daję to właścicielowi tego terenu możliwość wygonienia mnie z niego - a więc moja wolność jest ograniczona, natomiast jego przeciwnie.

    Teraz cały problem zaczyna się wtedy, gdy jakiś krzykacz wpada na mównicę i mówi, że wprowadzi wolność. Powiedz mi jak zmierzyć to, czy w którymś systemie jest więcej wolności? Bo w żadnym systemie nie ma wolności absolutnej. Możesz zsumować indywidualne wolności (mam nadzieję, że wiesz, o co mi chodzi), to samo zrobić w drugim, alternatywnym systemie i porównać wyniki. Obawiam się, że wynik byłby bardzo zbliżony w obu przypadkach, bo w danym czasie wolność postrzegam jako grę o sumie zerowej. Wyniki mogłyby się zacząć różnić wraz z upływem czasu, bo poziom rozwoju społeczeństwa warunkuje wzrost wolności [dzięki rozwojowi techniki mogę teraz wybrać się do Australii na parę różnych sposobów i w relatywnie krótkim czasie - moi przodkowie nie mieli takiej możliwości, więc ich wolność była (w porównaniu z moją) mocno ograniczona]. Ale o tym później.

    System dający każdemu szansę wzięcia czegoś we własność jest bardziej wolnościowy od tego, który tak nie robi, pod tym względem, że jednostka ma większy wpływ na zarządzanie tym wycinkiem ziemi (własności), który jest tylko i wyłącznie jego. Jeżeli nie sprecyzujemy sposobu nabywania tej własności, to damy jej większą ilość sposobów na jej przywłaszczenie - i zwiększymy jej wolność. Z drugiej strony prowadzi to do nierównomiernej alokacji dóbr, przymusu ekonomicznego, itd. i osoba, która nie wyszła dobrze na prywatyzacji będzie bardziej wolna w systemie bez nierówności, a to może być osiągnięte tylko przy braku własności prywatnej, itd.

    Czyli dochodzimy do wniosku, że w systemie równościowym każdy jest tak samo wolny - i bezwolny (nie wiem czy to jest najlepsze określenie); Jednocześnie nikt nie jest tak wolny jak bogaty może być w systemie kapitalistycznym i tak bezwolny jak biedny (znowu, mam nadzieję, że rozumiesz :)). Dlatego Ci, którzy dają szansę na maksymalną w danym czasie wolność (i analogicznie bezwolność) są nazywani wolnościowcami (co rzeczywiście może wprowadzać w błąd), a komuniści są uznawani za zwolenników równości.

    I na koniec - czas. Jeżeli wolność jest warunkowana także przez rozwój społeczeństwa, to możemy powiedzieć, że system, który jest najbardziej wydajny pod tym względem będzie też na dłuższą metę zapewniał większą wolność przeciętnej jednostce. No to teraz zastanów się, gdzie będzie występowała większa wydajność - tam gdzie dzięki pracy można polepszyć swoją stopę życiową, bo liczy się indywidualny wkład pracy, czy gdzie indziej? :)

    BTW Sorry, że tak się rozpisałem :(

    OdpowiedzUsuń
  2. Dla mnie wolność jest dużo prostszą koncepcją - jest to psychiczne poczucie nie bycia ograniczanym do naginania się do czyjejś woli. W tym przypadku brak możliwości pojechania do Australii jeżeli jest to komuś do niczego nie potrzebne nie jest ograniczaniem jego wolności, natomiast brak możliwości leczenia jakiejś choroby fizycznej lub psychicznej z powodów ekonomicznych juz jest.

    OdpowiedzUsuń
  3. @up

    Czym jest to psychiczne poczucie (serio, nie wiem co to)? To znaczy, że wolność nie jest rzeczywistym stanem rzeczy, tylko jakąś ułudą w naszym mózgu?

    Przykładu Australii użyłem w celu udowodnienia wpływu rozwoju społeczeństwa (głównie chodzi mi o rozwój techniki) na zwiększenie się wolności przeciętnego człowieka. Dlatego twoje zestawienie wyjazdu do Australii z leczeniem chorób jest trochę dziwne - szczególnie, że dzięki rozwojowi społeczeństwa (w tym wypadku medycyny) poziom opieki medycznej jest zdecydowanie wyższy niż kiedyś - co po raz kolejny dowodzi to mojej tezy.

    Na koniec: ograniczenie możliwości podróżowania komuś do takiej Australii jest zdecydowanie ograniczeniem jego wolności. Chociaż Ty przecież wychodzisz z innej definicji wolności (wolności jako poczucia psychicznego), dużo przecież prostszej (rly?).

    OdpowiedzUsuń
  4. Tak, to bardziej ułuda. Miałem na myśli to, że gdy nikt nie ma możliwości wyleczenia jakiejś choroby z powodu braku techniki to nikt nie czuje się przez to zniewolony. Ale gdy 10% ludzi ma, a 90% nie ma, tylko dlatego, że tak jest ułożona organizacja społeczeństwa to już ludzie się czują. Mimo że dla nich wcześniejsza sytuacja gdy byli wolni w praktyce niczym się nie różniła.

    OdpowiedzUsuń
  5. Prostsza mi się wydaje dlatego, że nie wymaga wyślania spójnej i jednoznacznej definicji dla pojęcia, które jest czasowo, kulturowo i klasowo zmienne. Taka realistyczna teoria wolności nigdy nie zadowoli każdego i zawsze będzie zawierała sprzeczności ponieważ ludzkie uczucia nie kierują się logiką.

    OdpowiedzUsuń
  6. Argument z science fiction. :D Gdy postawimy na środku miasta wielki komuter który falami elektromagnetycznymi będzie wpływał na funkcjonowanie mózgów ludzi w mieście, to mogą oni być sterowani dowolnie. Mogą chodzić w układach w gwiazdy, pracować za damo w idealnym rytmie, i robić to dlatego, że autentycznie tego chcą i takie mają potrzeby. I nie czuć się zniewoleni. Ale z zewnątrz obserwator uzna nie uzna takiego sposobu organizacji ludzi za wolny. Może jednak wrócić do swojego miasta w którm będzie wolnym człowiekiem, zastanawiająco jednak robiąc dokładnie to, czego system potrzebuje i podejmując decyzje zawsze w zgodzie z większym planem. Na przykład planem innego komputera. Może więc współczuć braku wolności tamtym i cieszyć się z wolności w swoim systemie mimo braku realnych różnic między nimi.

    OdpowiedzUsuń
  7. @skonczony

    Sugerowałbym odróżnianie "wolności od" od "wolności do", przynajmniej jeśli dyskusja obraca się wokół wolności nie tyle w sensie filozofii co polityczno-ekonomicznych. Wolność od przyłożonego do głowy pistoletu (or compatible) jest zupełnie czym innym niż wolność do przykładania innym do głowy pistoletów i z mieszania tych dwu porządków wynika tylko niepotrzebny bałagan w dyskusji i tzw. prawdziwym życiu. A jeśli w pierwszych akapitach dodatkowo mieszasz oba te pojęcia z "własnością" czy "posiadaniem" to naprawdę ciężko będzie rozmawiać.

    Anonimowy ma IMHO rację co do subiektywności (ew. intersubiektywności) poczucia wolnej woli czy wolności, nawet niezależnie od filozoficznego determinizmu czy indeterminizmu - nie wyobrażam sobie jak chcesz przeargumentować to pojęcie, żeby stało się obiektywne spółeczno-politycznie. Jak i jakimi jednostkami obiektywnie zmierzysz wolność władcy do wdrożenia cenzury wzg. twojej wolności do wypowiadania się? Albo jak i jakimi jednostkami obiektywnie zmierzysz wolność od konieczności pracy z wolnością do pożytkowania efektów pracy? Itd itp.

    IMHO nie masz też racji z podnoszeniem postępu technologicznego (to z Australią itp. i tu oponował Anonimowy) w kontekście wolności - ogólnie postęp technologiczny i techniczny zwiększa nasze możliwości sprawcze i potencje, ale nie stricte wolności. Z tego że twój pradziadek nie mógł polecieć do Australii wynika mniej więcej tyle samo, co z tego, że nie możesz polecieć na Marsa - czyli, w praktyce, nic. W szczególe, w kontekście wolności, liczy się nie tyle postęp, ale dostęp do owoców tego postępu - co Anonimowy podnoś - bo jak nikt nie lata do Australii czy nie leczy eboli, to nie ma problemu wolności do/od, ale jeśli niektórzy jednak latają do Australii ot tak, albo tylko niektórym leczy się ebolę, no to jednak coś wynika w temacie, tyle że to raczej temat nierówności, a nie samej wolności.

    OdpowiedzUsuń
  8. @2up

    Nie chce mi się wdawać w kłótnie o definicje, zresztą nie ma takiej potrzeby. Ja po prostu wychodzę od potocznie rozumianej wolności, to znaczy, że dla mnie to po prostu możliwość wyboru, gdzie im więcej możliwych wyborów tym większa wolność. Czyli skupiam się na tym, żeby system zapewniał jednostce jak najwięcej możliwości. Ja nazywam to wolnością, Ty nazywaj to sobie jak chcesz.

    @Boni

    Nie ma (w tym przypadku) potrzeby odróżniania "wolności od" od "wolności do". Jak napisałem powyżej chodzi o jak największą ilość możliwych wyborów, a tę ogranicza przyłożony pistolet do głowy, ale i brak możliwości przyłożenia go do głowy komuś innemu. Wolność do użycia pistoletu jest także wolnością od zakazu używania pistoletu (i vice versa). Ten podział ma sens, ale nie w tym przypadku.

    "Jak i jakimi jednostkami obiektywnie zmierzysz wolność władcy do wdrożenia cenzury wzg. twojej wolności do wypowiadania się?"

    Nie rozumiem. Chce zmierzyć wolność całkowitą w danym systemie, tj. zsumować wolność władcy i moją wolność. Wydaje mi się, że da się to łatwo zmierzyć - biorę każdą osobę z osobna, następnie zliczam ilość możliwych dla niej wyborów, po czym sumuję otrzymane wyniki i otrzymuję rezultat. Proste, co nie? :)

    "Z tego że twój pradziadek nie mógł polecieć do Australii wynika mniej więcej tyle samo, co z tego, że nie możesz polecieć na Marsa - czyli, w praktyce, nic."

    Nie. Z tego wynika, że mam więcej możliwości (czyt. jestem bardziej wolny) niż mój pradziadek i mniejsze możliwości (czyt. jestem mniej wolny) niż hipotetyczny człowiek, który może polecieć na Marsa. Czaisz? :)

    "W szczególe, w kontekście wolności, liczy się nie tyle postęp, ale dostęp do owoców tego postępu"

    Pięknie sobie zaprzeczyłeś ;) Czyli z tego, że mój pradziadek nie miał dostępu do owoców obecnego rozwoju techniki nic nie wynika, ale z drugiej strony w kontekście wolności jednak liczy się dostęp do owoców postępu.

    OdpowiedzUsuń
  9. @skonczony

    Nie ma (w tym przypadku) potrzeby odróżniania "wolności od" od "wolności do".

    W praktyce spoeczno-politycznej, zawsze jest taka potrzeba

    Jak napisałem powyżej chodzi o jak największą ilość możliwych wyborów

    Ta definicja jest wystarczająca tylko twoim zdaniem, bo np:

    Nie rozumiem. Chce zmierzyć wolność całkowitą w danym systemie, tj. zsumować wolność władcy i moją wolność. Wydaje mi się, że da się to łatwo zmierzyć - biorę każdą osobę z osobna, następnie zliczam ilość możliwych dla niej wyborów, po czym sumuję otrzymane wyniki i otrzymuję rezultat. Proste, co nie? :)

    Proste bo naiwnie idiotyczne. Nie możesz obiektywnie zmierzyć czy policzyć stopni swobody czy wyborów nawet jednego człowieka nawet przez chwilę, już nie mówiąc o społeczeństwach czy o historii; możesz co najwyżej subiektywnie i bardzo bardzo zgrubnie to opisywać, jak wielu przed tobą. Ale skąd pomysł, że przedmiot tego opisu, tj. ludzie, zgodzą się z tobą? Bo z mojej skromnej wiedzy najpewniej nie uzgodnisz tego "liczenia" z nimi, nawet z grubsza, nawet ze swoją rodziną, bo przeważnie mamy inne POCZUCIA tej całej wolności od czy do.

    Na przykład - jak w swojej teoryjce tłumaczysz ludzi, kiedy na pozór nie różnili się od porównywalnych osobników w społeczeństwie czy środowisku, ale którzy mieli poczucie, że nie mają innego WYBORU niż popełnić samobójstwo i zrobili to (dla ustalenia uwagi, w kulturze która samobójstwa nie wymaga i nie popiera)?

    Nie. Z tego wynika, że mam więcej możliwości (czyt. jestem bardziej wolny) niż mój pradziadek i mniejsze możliwości (czyt. jestem mniej wolny) niż hipotetyczny człowiek, który może polecieć na Marsa. Czaisz? :)

    Załóżmy, że twój pradziadek miał chmarę służby - pańszczyźnianych (realistyczniej, to powiedzmy jako panicz-dziecko) - ty mieć półniewolników nie możesz, ale możesz latać do Australii. Jak się to "obiektywnie sumuje" i który z was ma większą wolność? Ba, to jest nawet subiektywnie i w sensie poczucia nierozwiązywalny problem - wiesz, latałem długodystansowo i to jest IMHO przereklamowane doświadczenie, dla odmiany chętnie bym spróbował jak to jest być panem niewolników, tylko nie bardzo mam gdzie i jak...

    "W szczególe, w kontekście wolności, liczy się nie tyle postęp, ale dostęp do owoców tego postępu"
    Pięknie sobie zaprzeczyłeś ;) Czyli z tego, że mój pradziadek nie miał dostępu do owoców obecnego rozwoju techniki nic nie wynika, ale z drugiej strony w kontekście wolności jednak liczy się dostęp do owoców postępu.


    A historia to słowo na 8 liter. Tu nie ma sprzeczności, tu są niemądre porównania różnych czasów i miejsc - ale to nie ja twierdziłem, że "paanie, to wszystko da się policzyć, będzie pan zadowolony". Albo że postęp jednego rodzaju przekłada się na postęp zupełnie innego rodzaju.

    BTW dygresja, ale wracając do Marksa i notki i różnych czasów i miejsc - nie pamiętam gdzie to czytałem, ale zapamiętałem, że miał niejakie problemy z wpasowaniem Indii przedbrytyjskich w te swoje teorie klas i historycznego rozwoju. Bo skądinąd, zanim Brytyjczycy nie nauczyli mieszkańców Indii co to własność, szczególniej ziemi, w rozumieniu zachodnim, to ustrój Indii nie był tak do końca feudalny ani oczywiście wspólnoty pierwotniej, on był "trzeci" (zresztą, nieco podobnie jak przedfeudalne struktury słowiańskie czy skandynawskie). Co Marks z grubsza zignorował, w najlepszej tradycji "jeśli fakty sprzeczne z teorią, tym gorzej dla faktów".

    OdpowiedzUsuń
  10. Karol Krzemiński10 sierpnia 2014 17:43

    "Ale myślę, że prędzej czy później ludziom zejdą łuski z oczu (...) i wtedy będzie się czytać dzisiejszych entuzjastów kapitalizmu z takim samym zdumieniem, z jakim dzisiaj czyta się Arystotelesa czy Hobbesa."

    Być może jednak za jakiś czas ze zdumieniem będą czytani Marks i jemu podobni głoszący "prawdziwą" wolność. :-) Niestety dziś jeszcze ich bzdurki znajdują swoich odbiorców i pewnie będą jeszcze długo znajdywać, tak jak wciąż znajdują odbiorców różnorakie zabobony. Marksa już przerabiano w praktyce i wiadomo jak to się skończyło, ale wciąż niektórzy w to wierzą, może kiedyś i oni zrzucą "łuski z oczu". :-)

    "(...) mamy taką głupią psychologiczną skłonność do uznawania tego, co jest, za naturalne i słuszne, albo przynajmniej za najlepsze spośród dostępnych możliwości."

    Czyli jeśli coś aktualnie istnieje, to automatycznie musi być gorsze od tego co może nastąpić? Dla amatorów ciągłych zmian (nieważne czy na lepsze, czy na gorsze, byle by zmieniać) na pewno.Właśnie ta postawa niektórych ludzi, negowania aktualnego porządku (często mimo wad najlepszego dostępnego) jest "głupia", no ale trzeba przecież zmian - coś jest niezłe to zastąpmy to czymś złym, ważne są same zmiany, a ich efekty już nie bardzo!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki tej głupiej postawie różnych eksperymentatorów-fantastów nie ma już niewolnictwa i feudalizmu; wbrew ówczesnym rozsądnym Karolom Krzemińskim, dla których takie ustroje i instytucje, mimo wad były najlepsze z możliwych, a postulowane zmiany - koniecznie zmianami na gorsze.

      Usuń
    2. @Karol

      Polecam poczytać, co Marks pisał o alternatywie dla kapitalizmu (wbrew powszechnemu przekonaniu jest tego bardzo niewiele) i zastanowić się, jak to się ma do ustroju państw rządzonych przez ludzi, którzy nazywali siebie marksistami. Jak dla mnie nie ma podstaw, by nazywać to "przerabianiem Marksa w praktyce".

      Usuń
  11. "W praktyce spoeczno-politycznej, zawsze jest taka potrzeba"

    Mógłbyś uzasadnić?

    "Bo z mojej skromnej wiedzy najpewniej nie uzgodnisz tego "liczenia" z nimi, nawet z grubsza, nawet ze swoją rodziną, bo przeważnie mamy inne POCZUCIA tej całej wolności od czy do."

    Mnie nie interesują poczucia, bo dla mnie wolność to możliwość wyboru i mierzę ją ilością dostępnych alternatyw. Możesz czuć, że nie jesteś w stanie ruszyć się z fotela, ale póki jesteś w stanie to zrobić, to masz taką możliwość i dla mnie jesteś bardzie wolny niż gdybyś rzeczywiście nie mógł się ruszyć. Proste i chyba intuicyjne :)

    "ludzi, kiedy na pozór nie różnili się od porównywalnych osobników w społeczeństwie czy środowisku, ale którzy mieli poczucie, że nie mają innego WYBORU niż popełnić samobójstwo i zrobili to"

    Skoro inni, podobni ludzie nie popełnili samobójstwa, to czy to nie dowód na to, że mieli jednak inni wybór? To, że uznali, iż dla nich to najlepsze wyjście (co jest IMO bzdurą) i popełnili samobójstwo, to już inna sprawa.

    "Załóżmy, że twój pradziadek miał chmarę służby - pańszczyźnianych (realistyczniej, to powiedzmy jako panicz-dziecko) - ty mieć półniewolników nie możesz, ale możesz latać do Australii. Jak się to "obiektywnie sumuje" i który z was ma większą wolność?"

    Ten, który ma więcej alternatyw. Pewnie tego nie zauważyłeś, ale w jednym z poprzednich komentarzy napisałem tak: "Przykładu Australii użyłem w celu udowodnienia wpływu rozwoju społeczeństwa (głównie chodzi mi o rozwój techniki) na zwiększenie się wolności przeciętnego człowieka." Zwróć uwagę na słowo: "przeciętnego". :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Generalnie bardzo wiele problemów z tematem który poruszasz pochodzi od nieokreślenia co mogłaby znaczyć owa wolność. Przykład z pistoletem jest doskonały, ja pozwolę sobie podać inny. Chodzi o powtarzany bezmyślnie slogan, jakoby liberalizm wynalazł złota mądrość: "Wolność jednego człowieka kończy się tam gdzie zaczyna wolność drugiego" Jak większość tego typu facebookowych sloganów jest to pogląd nad wyraz szkodliwy dający złudzenie jakiejś głębokiej myśli. Tymczasem rozważmy kwestię Obyczajów Moralnych Islamskich Fundamentalistów. Oto kobieta zdjęła czarczaf i poszła do sklepu kupić swojemu mężowi jabłka z Polski ( bo jak słyszała w ten sposób wspiera rodzimych sadowników, pomimo że na początku sierpnia właściwie nie ma jeszcze jabłek. Rzecz jednak dzieje sie w krajach islamskich i trudno by owa, niedokształcona kobieta znała takie szczegóły). W sklepie spotyka Islamistów, którzy natychmiast doznają zgorszenia. Pociąga to daleko idące konsekwencje, jako że muszą teraz odbyć oni modły, ablucje, uwolnić się od zgorszenia itp. a jeszcze chwile temu byli obiektywnie w stanie łaski uświęcającej. Okazuje sie że fakt iż kobieta bezwstydnie pokazuje sie bez czarczafu jest źródłem poważnych reperkusji społecznych i narusza wolność tych ludzi. Zgodnie więc z liberalnym poglądem, kobieta naruszyła wolność tych panów i słusznie powinna ponieść karę za ograniczanie ich wolności - panowie owi bowiem nie życzą sobie być gorszeni przez rozwiązłe kobiety. Czyż można wymuszać na kobiecie zdejmowanie nakrycia głowy? A no czemu nie? Przecież wymuszamy np. na ekshibicjonistach by nie obnażali sie publicznie. Uważamy że np. hałasowanie w miejscach publicznych jest wykroczeniem. Podobnie przeklinanie i śmiecenie. Sytuacja ta - wywołanie zgorszenia - ma taki sam status - tyle że pochodzi z obcego nam kręgu kulturowego, stąd trudniej ją nam zaakceptować. Jest to jednak wyłącznie wynikiem złudzeni jakoby nasze zwyczaje były normalne, a ich "nienormalne".

    Zaznaczam że nie wypowiadam sie tu na temat zasadności przemocy ( np. kary dla owej pani) a jedynie zwracam uwagę, że pomysł by ww. sloganem uzasadniać cokolwiek jest pusty logicznie. Tak samo można argumentować że na mojej własności mogę robić co zechcę, jak i to że nie mogę. Że wolno mi kogoś obrażać jak i że nie wolno. Przypuszczam że dałoby się uzasadnić nawet morderstwo. Liberalizm w takim prostackim definicyjnie wydaniu jest dziecinnym poglądem nie niosącym za sobą żadnych treści - niczego nie zabrania ani niczego nie gwarantuje - wystarczy bowiem zmienić pojęcie wolności tak by pasowało do czyjegoś widzimisię ( "na mojej działce mogę palić opony", "prawo do darci ryła przez głośniki w niedziele od 6:00 do 23:00 jest gwarantowane swobodą wyznawania religii", "fakt że wymuszam na pracownikach pracę w warunkach urągających sumieniu jest ich winą - są homo sovieticus i sami prosili mnie o pracę", "nasz bank nie ukradł tych pieniędzy, w umowie było drobnym druczkiem napisane że są nasze" ) i wszystko odbędzie sie całkowicie zgodnie z ową liberalną doktryną.

    Wolność to bardzo zwodnicze pojęcie, bardzo łatwo poddające się definicyjnej manipulacji.

    OdpowiedzUsuń
  13. Komentując sprawę niewolnictwa dodam jeszcze, że nie zawsze i nie wszędzie miało ono absolutnie eksploatacyjny, niemoralny charakter. Pan domu, powiedzmy w Grecji czy Rzymie miał wobec domowników okreslone obowiązki ( które przenoszono np. na władze. Cezar zapewniał Chleb i Igrzyska nie dlatego że manipulował tłuszczą, ale będąc Panem domu zapewniał jego mieszkańcom wyżywienie. Taki sposób sprawowania władzy, wsparty obyczajem anonny, kultywowany był w Bizancjum przez całe stulecia. Ludzie w miastach oczekiwali rozdawnictwa żywności, taki bowiem były obowiązki władzy wobec poddanych - bynajmniej nie tylko wobec biedoty ) a jednym z nich było dbanie om mir domowy, zapewnienie dostatku itp. Spolegliwy niewolnik nie zawsze był traktowany jako "mówiące zwierze" - choć był cudza własnością. W tym sensie status niewolnika w światłych domach był z pewnością wielekroć lepszy niż powiedzmy proletariatu robotniczego w XIX wiecznej Anglii - który całkowicie sam musiał dbać o swoje warunki życia. Mogę sobie wyobrazić jak bogaci patrycjusze Rzymscy obmawiają się złośliwe za plecami: "U Sekstusa nawet niewolnicy chodzą głodni" ale zupełnie nie wyobrażam sobie liberalnych przedsiębiorców z Angli XIX wieku którzy obmawiają sie o wyzyskiwanie robotników...

    OdpowiedzUsuń
  14. @fiksacie

    Generalnie nie rozumiesz czym jest libertarianizm i liberalizm. Najpierw zajrzyj tutaj:
    http://www.libertarianizm.pl/zasada_nieagresji
    - a potem tu:
    http://www.libertarianizm.pl/faq

    Życzę miłej lektury :)

    OdpowiedzUsuń
  15. @skończony pan nie zrozumiał o czym pisałem.

    OdpowiedzUsuń
  16. "Różnice między tymi dwoma systemami (kapitalizmem i niewolnictwem) są albo pozorne, albo moralnie nieistotne."

    Ma pan sporo racji, ale z tym stwierdzeniem nie mogę się zgodzić. Niewolnika w starożytnym Rzymie można było bezkarnie okaleczyć lub zabić, dzisiaj z pracownikiem najemnym już nie jest tak łatwo. Jednak nastąpił pewien postęp.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Galtan -"Niewolnika w starożytnym Rzymie można było bezkarnie okaleczyć lub zabić, dzisiaj z pracownikiem najemnym już nie jest tak łatwo. " - porównuje Pan okres około 1000 lat z okresem około 100 lat. Wypowiadając sie na temat niewolników w starożytnym Rzymie należałoby skonkretyzować o jakich niewolnikach i w którym okresie mówimy. jeśli przyjmiemy optykę, że ówczesny niewolnik byl rzeczą, to należałoby porównywać go do dzisiejszych maszyn a nie ludzi. Biznes nie niszczy maszyn w nieracjonalny sposób, bo są narzędziami produkcji. Stąd nie sądzę by w Rzymie, w czasach normalnej działalności biznesowej ( a nie za panowania np. zwyrodnialców jak Kaligula ) kaleczono niewolników przynoszących zysk.
      Co do pracownika najemnego - traci on zdrowie zwykle na skutek stresu w pracy. To jest pewna forma znęcania się , prawda?

      Usuń
    2. @Galtan

      To właściwie zależy w którym okresie. Już zdaje się od Antoninusa Piusa nie można było. Ale rzeczywiście w bardziej czystej formie niewolnictwa powinno to być bezkarne.
      Chcesz więc powiedzieć, że w kapitalizmie pracownicy najemni są osobami i mają pewne prawa (np. nietykalność cielesną), a niewolnictwie niewolnicy są rzeczami i żadnych praw nie mają. To prawda, ale z jednej strony w kapitalizmie ekonomiczne zniewolenie może prowadzić do pozbycia się praw (dzisiaj to zazwyczaj niemożliwe, bo pewne prawa traktuje się jako niezbywalne, ale konsekwentni prokapitalistyczni libertarianie się temu często przeciwstawiają, i to moim zdaniem z dobrych powodów), a z drugiej strony w niewolnictwie niewolników w praktyce często traktuje się jakby te prawa mieli, chociaż ich nie mają. Sprawa nie jest więc taka prosta. Najpierw trzeba by rozstrzygnąć co to jest osoba, jakie ma prawa, jak i czy może się ich pozbyć. Zgadzam się oczywiście, że nastąpił postęp, nie jestem tylko pewien, czy wynika on z bardziej sprawiedliwej czy wolnościowej natury kapitalizmu, czy może raczej z ograniczeń, które udało się kapitalizmowi narzucić.

      Usuń
    3. @fiksacie

      Kiedy w XIX w. w Stanach debatowano o zniesieniu niewolnictwa, to używano argumentu, że niewolnictwo jest lepsze, bo właściciel dba o swoją własność, a o najemnika już tak dbał nie będzie. A w każdym razie na pewno nie będzie dbał bardziej, więc niewolnictwo nie jest gorsze. Ty piszesz tu chyba o czymś podobnym. Trzeba tu tylko pamiętać, że "lepsze" nie miało raczej znaczyć "więcej wolności", tylko "więcej dobrobytu/szczęścia/bezpieczeństwa itp." A sprowadzanie jednego do drugiego jest mocno problematyczne.

      Usuń
    4. @TH. Przykład z Stanami jest bardzo znaczący. W pewnej historii rynków finansowych spotkałem sie z następującym przestawieniem powodów wybuchu Wojny Secesyjnej. Otóż wycena wartości plantacji południowych sprowadzała sie w istocie do określenia ilości posiadanych niewolników. Tak jak ktoś może lokować majątek w działach sztuki lub obligacjach tak w owym czasie liczba niewolników dawała wyznacznik majątku, statusu społecznego i możliwości produkcyjnych. Działania abolicjonistów były przede wszystkim postrzegane jako atak na majątek, a dopiero wtórnie jako akcje o zabarwieniu moralnym. Stąd próby uregulowania prawnie zasad abolicjonistycznych miały dla południowych stanów przede wszystkim znaczenie ekonomiczne, i podkopywały wartość majątków posiadaczy. Niewolnicy byli w takim systemie działania rynku cennym i szanowanym dobrem, ceniono także ich zdolność do rozmnażania się. Północ USA działa zas w oparciu o kapitalizm - siłę ekonomiczną mierzono posiadanym kapitałem,w skład którego nie wchodziły zasoby niewolnicze. Nie wiem na ile taka ocena jest zasadna, warto wszakże pamiętać że sposób patrzenia historyków bardzo silnie zależy od chwilowej mody i preferencji sponsorów...


      Co do kwestii _wolności od zgorszenia_ - wydaje sie że w chrześcijaństwie także - wolność kobiety co do swobody ubioru kończy się tam, gdzie zaczyna sie wolność kapłana od bycia wystawionym na pokusę: https://www.youtube.com/watch?v=bwRtCU3oGis - cytat z opisu: "Przez wiele lat ubierałam się sexownie" nie zdąjac sobie sprawy że robiąc to byłam powodem do grzechu, stałam się kusicielką bliźnich i raniłam Ducha Świętego"

      Usuń