niedziela, 7 sierpnia 2016

EMNN #1: Morderca puka do drzwi

I. Kant: Über ein vermeintes Recht aus Menschenliebe zu lügen.


W roku 1797 trochę chyba zapomniany francuski filozof Benjamin Constant napisał:

Zasada moralna, według której istnieje obowiązek mówienia prawdy, spowoduje, że żadne społeczeństwo nie będzie mogło funkcjonować, jeśli będzie się tę zasadę stosować bezwarunkowo do każdego przypadku. Mamy na to dowód w postaci konsekwencji, jakie pewien niemiecki filozof wyprowadził z tej zasady. Filozof ten posuwa się do stwierdzenia, że byłoby zbrodnią skłamać mordercy, który pyta, czy poszukiwany przez niego nasz przyjaciel schronił się w naszym domu.


I dalej:

Jest obowiązkiem mówić prawdę. Pojęcia obowiązku nie da się oddzielić od pojęcia prawa. Obowiązek jednego człowieka odpowiada prawu innego człowieka. Gdzie nie ma praw, nie ma też obowiązków. Mówienie prawdy jest zatem obowiązkiem, ale tylko obowiązkiem wobec kogoś, kto ma prawo do owej prawdy. Nikt nie ma jednak prawa do prawdy, która krzywdzi innych.


Pewien niemiecki filozof, którym okazał się być Kant, odpowiada Constantowi w swoim „O domniemanym prawie do kłamstwa z pobudek miłości ludzkiej”, że takie rozumienie praw i obowiązków jest nieco naiwne i że owszem, według niego musimy mordercy powiedzieć prawdę. Nie tylko musimy powiedzieć prawdę, ale też kłamiąc będziemy odpowiedzialni za wszystkie konsekwencje tego kłamstwa. Jeśli np. przyjaciel wyszedł wcześniej bez naszej wiedzy z domu i jeśli morderca, który uwierzył w nasze kłamstwo, spotka przyjaciela na drodze i go zabije, to będziemy odpowiedzialni za jego śmierć.

Od dwustu lat używa się tego przykładu do wykazywania, jak to trzeba uważać, żeby nie przehandlować zdrowego rozsądku i moralnej przyzwoitości za konsekwencję w trzymaniu się abstrakcyjnych reguł i jaki z tego Kanta nieprzyjemny typ. Nie chcę tu twierdzić, że od razu przyjemny, ale z tym kłamaniem to nie do końca tak. Duża część dyskusji o mordercy w drzwiach opiera się na jednym z dwóch mitów.


Mit pierwszy: z teorii moralnej Kanta wynika, że nigdy nie wolno kłamać.

Kant sam w Wykładach o etyce podaje przykłady uprawnionych kłamstw i nie jest bardzo trudno zrozumieć, jak jego teoria na nie pozwala. Nieporozumienie bierze się prawdopodobnie po pierwsze z tego, że imperatyw kategoryczny we wszystkich postaciach, które Kant wyprowadza w Uzasadnieniu metafizyki moralności odnosi się do obowiązków ze sfery etyki (Ethik), nie ze sfery słuszności (Recht) - a obowiązek mówienia prawdy, o którym pisze tu Kant, jest obowiązkiem należącym do drugiej grupy. Po drugie, Kant często używa słowa „kłamstwo” (Lüge) w technicznym znaczeniu: „fałszywa deklaracja”, gdzie „deklaracja” (Aussage, Deklaration) jest kolejnym technicznym terminem oznaczającym „oświadczenie, na którego prawdziwości ktoś inny ma prawo polegać”. W prawniczej łacinie nazywano to mendacium. Tak rozumiane kłamstwo jest nieuprawnione po prostu z definicji. Można je przeciwstawić łacińskiemu falsiloquium, które jest jakąkolwiek próbą wprowadzenia kogoś w błąd i które może być uprawnione. Główny argument Kanta jest taki, że okłamanie mordercy to mendacium – i to pomimo tego, że morderca nie ma prawa do naszej deklaracji.


Mit drugi: historia z mordercą to typowy przykład tego, jak intuicja pełni rolę uzasadnienia w filozofii.

Coś takiego twierdzi np. ostatnio Stich. Według niego (i wielu, wielu innych) w tradycyjnej filozofii chodzi o to, żeby wyjaśniać nasze intuicje – właśnie takie jak intuicja mówiąca, że okłamanie mordercy jest w porządku. Jeśli teoria prowadzi do sprzecznych z intuicją wniosków, tym gorzej dla teorii.
Kantowi ta metoda jest najwyraźniej obca – dla niego jeśli teoria prowadzi do sprzecznych z intuicją wniosków, to tym gorzej dla intuicji (przynajmniej w kwestii mordercy). I nie jest w tym na pewno sam. To prawda, że wielu współczesnych kantystów (Wood, Korsgaard, Paton) stara się pokazać, jak z teorii Kanta wcale nie wynika, że mordercy trzeba powiedzieć prawdę. Ale to nie znaczy, że dla nich intuicja jest od razu uzasadnieniem. Wood pisząc o mordercy w drzwiach wspomina nawet o filozofach, którym się wydaje, że jeśli z teorii wynika coś sprzecznego z intuicją, to „jest to wyrok śmierci dla teorii wraz z wszystkimi jej zasadami” – i twierdzi, że ci biedacy po prostu „nie mają dobrego rozeznania w tym, co się liczy w filozofii moralnej” (s. 327). Jak można to wszystko uznać za typowy przykład traktowania intuicji jako uzasadnienia?

niedziela, 31 lipca 2016

Kolejna rocznica

Tradycyjnie z okazji kolejnej rocznicy założenia bloga podejmę kolejną próbę jego wskrzeszenia. W planie mam nową serię Eksperyment Myślowy Na Niedzielę, w ramach której zamierzam w niedziele (nie mogę obiecać, że co tydzień) zamieszczać jeden znany filozoficzny ekperyment myślowy z krótkim komentarzem. Na początek myślę o maszynie doznań Nozicka, dlu kradnącym dowód niezupełności arytmetyki Kripkego i mordercę u progu Kanta. Jeśli ktoś ma jakieś sugestie, proszę pisać śmiało. Do przyszłej niedzieli!

wtorek, 19 lipca 2016

Udowadnianie nieistnienia (I)


„Nie można udowodnić nieistnienia. To logika.” – napisał jeden z komentujących pod ostatnim wpisie o Dawkinsie. Za każdym razem, kiedy to słyszę, zastanawiam się: jak coś tak pomylonego mogło się aż tak rozpowszechnić? Żeby się przekonać, że to bzdura nie trzeba wiedzieć niczego o epistemologii, ontologii czy logice – wystarczy kilka zdroworozsądkowych przykładów pokazujących, że często udowadnianie nieistnienia polega na tym samym, co udowadnianie istnienia.
Można udowodnić, że istnieje liczba pierwsza większa od 79 i mniejsza od 87, ale nie można już udowodnić, że nie istnieje liczba pierwsza większa od 89 i mniejsza od 97? Można udowodnić, że istnieje piłkarz Cracovii z senegalskim obywatelstwem, ale nie można udowodnić, że nie istnieje piłkarz Cracovii z norweskim obywatelstwem? Można udowodnić, że istnieje banknot stuzłotowy, ale nie można udowodnić, że nie istnieje banknot trzystuzłotowy? Naprawdę?
Funkcjonuje też trochę inna wersja tej zasady, jeszcze powszechniejsza i chyba jeszcze bardziej absurdalna: „Nie można udowodnić twierdzenia negatywnego” („You can't prove a negative”). Obie wersje namiętnie propagują gwiazdy środowiska ateistyczno-sceptyczno-racjonalistycznego:
Dawkins („OK, nie można udowodnić twierdzenia negatywnego – co z tego? Istnieje nieskończona liczba twierdzeń negatywnych, których nie można udowodnić i nie ma sensu próbować”), Michael Shermer („Mocny ateizm to twierdzenie, że Bóg nie istnieje, co nie jest rozsądnym stanowiskiem – nie da się udowodnić twierdzenia negatywnego”) czy James Randi („Nie można wymagać, żebym udwodnił twierdzenie negatywne – nie jestem w stanie tego zrobić. Nie mogę udowodnić, że telepatia nie istnieje”). A po nich powtarzają to ich niezliczeni akolici, często dodając coś o „elementarnej logice” albo „podstawowych prawach rozumowania”.
Próbowałem znaleźć źródło mitu i najdalej dotarłem do Ayn Rand, mojej ulubionej szarlatan (szarlatanki?) filozoficznej („Nigdy nie można wymagać dowodu twierdzenia negatywnego. To prawo logiki”). Mamy więc „prawo logiki”, o którego istnieniu zapewniają nas Ayn Rand i nastoletni ateiści z youtube'a, ale o którym nie słyszeli logicy.
Nie słyszeli, bo wiedzą, że, po pierwsze, w klasycznej logice każde twierdzenie pozytywne jest jednocześnie twierdzeniem negatywnym (p ≡ ¬¬p). Czyli jeśli nie da się udowodnić twierdzenia negatywnego, to pozytywnego też się nie da. Po drugie, każdą negację kwantyfikatora egzystencjalnego można zastąpić kwantyfikatorem ogólnym (¬∃x P(x) ≡ ∀x ¬P(x)). Czyli jeśli nie da się udowodnić, że coś nie istnieje, to nie da się też udowodnić jakiegokolwiek twierdzenia uniwersalnego. Po trzecie, nasze logiczno-epistemologiczne pseudoprawo w obu wersjach w dość oczywisty sposób podkopuje samo siebie: jeśli nie można udowodnić twierdzenia negatywnego, to twierdzenia „nie można udowodnić twierdzenia negatywnego” nie można udowodnić. Jeśli nie istnieje możliwość udowodnienia, że coś nie istnieje, to twierdzenia „Nie istnieje możliwość udowodnienia, że coś nie istnieje” nie da się udowodnić. A skoro nie można, to dlaczego właściwie mamy je uważać za prawdziwe?
Nie tłumaczyłbym jednak całego tego nieporozumienia wyłącznie intelektualną kondycją postaci w rodzaju Dawkinsa czy Ayn Rand. Wydaje mi się, że nałożyły się tu na siebie co najmniej cztery kwestie: zasada domniemania niewinności, problem indukcji, filozoficzne twierdzenia o asymetrii między pozytywnym a negatywnym i w końcu nieszczęsny czajniczek Russella, ale o tym więcej dopiero w następnej części. 

sobota, 26 marca 2016

Islam i terroryzm


„Daleki jestem od twierdzenia, że wszyscy wyznawcy islamu to terroryści, ale stwierdzenie że za przytłaczającą większością zamachów w Europie stoją wyznawcy islamu, wydaje się być całkowicie na miejscu.” – napisał po wtorkowych zamachach w Brukseli Piotr Kadlčík, do niedawna przewodniczący Związku Gmin Wyznaniowych Żydowskich w RP. No cóż, może się wydawać na miejscu, ale tylko dopóki nie sprawdzimy danych. Od 2007 Europol publikuje coroczny raport na temat terroryzmu w Unii Europejskiej, w którym wszystkie zamachy (przeprowadzone i udaremnione) klasyfikowane są jako inspirowane separatyzmem, ideologią lewicową, ideologią prawicową, działaniem w „jednej sprawie” (w praktyce chodzi najczęściej o ekologię i prawa zwierząt), inspirowane religijnie (w praktyce zawsze chodzi o islam) i pozostałe. Odsetek muzułmanów wśród grup innych niż religijna jest, można się domyślać, znikomy. A liczby w tej kategorii wyglądają następująco:

2006: 1/498
2007: 4/583
2008: 0/515
2009: 1/294
2010: 3/249
2011: 0/174
2012: 6/219
2013: 0/152
2014: 2/199

Czyli „przytłaczająca większość” Kadlčíka to niecałe 0,7%. Może chociaż ofiar ataków muzułmanów jest większość? Otóż też nie. Wg bazy RAND obejmującej lata 1968-2010 ofiary śmiertelne tych ataków to jakieś 20%. Terrorystów muzułmańskich biją na głowę terroryści katoliccy: sama IRA zabiła od lat 60. ok. 1800 osób, w tym ok. 650 cywilów.
To wszystko nie znaczy oczywiście, że problem islamskiego terroryzmu jest nieistotny. Ale tłumaczenie, którego elementem są często głupstwa typu „prawie wszyscy terroryści to muzułmanie”, to nieporozumienie. Tłumaczenie to wygląda mniej więcej tak: Istnieje jakiś zasadniczy konflikt kulturowy między wartościami świata islamu a wartościami świata Zachodu. Te pierwsze oznaczają odrzucenie indywidualnych wolności i poparcie dla teokracji. Pewna grupa muzułmanów studiując Koran i słuchając nauk imamów dochodzi do wniosku, że Bóg oczekuje od nich, by zabijali niewiernych, co ma ostatecznie doprowadzić do powstania takiej teokracji również w Europie. Najczęściej robią to przez zamachy samobójcze za względu na specyficzne islamską doktrynę męczeństwa.
Żeby zrozumieć, dlaczego to nieprawda, trzeba by zacząć od tego, że zamachy samobójcze też niekoniecznie są specjalnością muzułmanów. Profesor Robert Pape, największy chyba na świecie specjalista od samobójczych ataków terrorystycznych, po atakach 11 września zebrał dane o wszystkich 179 przypadkach takich ataków na świecie w latach 1980-2001. Okazało się, że na czele rankingu znalazły się Tamilskie Tygrysy, czyli niespecjalnie religijni hinduiści (74 ataki), daleko za nimi byli szyici z Hezbollah (28 ataków) i sunnici z Hamas (16 ataków). Pod względem liczby ofiar prowadzi Al-Kaida – ale tylko ze względu na ponad 3 tys. ofiar pojedynczego ataku 11 września. Tamilskim Tygrysom udało się zabić 844 osoby, samobójcom z Hezbollah – 659.
Po 2001 procent samobójczych ataków przeprowadzonych przez muzułmanów jest znacznie większy, ale, jak twierdzi Pape, religia atakujących i religia ofiar nie ma większego znaczenia. Kluczowe znaczenie ma za to obca inwazja i okupacja militarna. W 2010 pisał on tak (moje tłumaczenie):

Ponad 95 procent wszystkich ataków samobójczych to odpowiedź na okupację obcych sił, jak wynika z szeroko zakrojonych badań, które przeprowadziliśmy w ramach Projektu Bezpieczeństwo i Terroryzm na Uniwersytecie w Chicago. Przeanalizowaliśmy każdy przypadek spośród ponad 2200 ataków samobójczych od 1980 do dzisiaj. Od kiedy Stany Zjednoczone rozpoczęły okupację Afganistanu i Iraku, których populacje liczą w sumie około 60 milionów, liczba ataków samobójczych na świecie radykalnie wzrosła: od 300 ataków między 1980 a 2003 do 1800 między 2004 a 2009. Co więcej, ponad 90 procent ataków samobójczych na całym świecie to ataki wymierzone w Amerykę.
(...)
Różnice religijne mają znaczenie nie dlatego, że wyznawcy określonych religii mają skłonność do ataków samobójczych. Mogą one występować nawet w przypadku całkowicie świeckich kampanii samobójczych ataków, takich jak konflikt Tamilskich Tygrysów (hinduistów) z Syngalezami (buddystami).
Różnice religijne mają znaczenie dlatego, że umożliwiają liderom terrorystów ogłaszanie, że okupant ma cele religijne, co może wywołać strach zarówno u świeckich, jak u religijnych członków lokalnej społeczności. To właśnie dlatego Osama bin Laden zawsze korzysta z okazji, by nazwać amerykańską okupację „krucjatą” mającą na celu nawrócenie muzułmanów na chrześcijaństwo, zagrabienie ich zasobów i zmianę ich tradycyjnego sposobu życia.

Izraelska okupacja Libanu, izraelska okupacja Palestyny, syngaleska polityka wobec mniejszości tamilskiej, turecka polityka wobec Kurdów, rosyjska polityka wobec Czeczenów, indyjska polityka wobec Kaszmiru, amerykańska obecność militarna na Półwyspie Arabskim, amerykańska okupacja Afganistanu, amerykańska okupacja Iraku i ostatnio bombardowanie Syrii przez Zachód – to wg Pape'a faktyczne podłoże samobójczego terroryzmu. Religijny fundamentalizm czasami nie ma nic wspólnego z samobójczym terroryzmem, a czasami jest jego uzupełnieniem, które może go dodatkowo napędzać.
Warto zwrócić uwagę, że nawet ISIS tworzą w znacznej części ludzie zupełnie niereligijni, albo raczej zupełnie niereligijni do momentu przystąpienia do ISIS. Jak pokazały m. in. wywiady z pojmanymi bojownikami ISIS w Iraku, większość z nich nie ma bladego pojęcia o islamie. Podobnie jest z terrorystami europejskimi. Odpowiedzialni za organizację listopadowych zamachów w Paryżu Bracia Abdelslam posiadali w Brukseli bar, w którym sprzedawali alkohol i który stał się punktem handlu narkotykami. Bracia Kouachi, którzy przeprowadzili zamach na redakcję Charlie Hebdo, zajmowali się clubbingiem, tworzeniem hip-hopu i paleniem haszyszu. Według ich znajomych jeden z nich nie tak długo przed zamachem „nie potrafił odróżnić islamu od katolicyzmu”. Podobny tryb życia prowadził Dżochar Carnajew, który przeprowadził zamach bombowy w Bostonie.
Nic nie wskazuje na to, by jakikolwiek religijny fundamentalizm był głównym źródłem samobójczego terroryzmu. Wiele wskazuje na to, że jest nim zaangażowanie Zachodu na Bliskim Wschodzie. Wizja islamskiego fanatyka, który wierzy, że jeśli zabije niewiernych wysadzając się razem z nimi w powietrze, to Allah wynagrodzi mu to 72 dziewicami w niebie, jest tyleż popularna, co niezwiązana z przyczynami problemu.