„Etyka aborcji” to
cykl, w którym podsumowuję i komentuję książkę Davida Boonina
„A Defense of Abortion”. Jeśli jesteś tu nowa/-y, zacznij od
Wstępu.
Wyobraźmy sobie, że
proszę o wskazanie dziesięciu realnych istot, które bezdyskusyjnie
i bezsprzecznie, zarówno według zwolenników jak i przeciwników
dopuszczalności aborcji, mają prawo do życia. Nie ma raczej
wątpliwości, że cała dziesiątka będzie należeć do gatunku
homo sapiens.
Możemy powtórzyć eksperyment raz, drugi i trzeci – i za każdym
razem wszystkie wskazane istoty będą należeć do gatunku homo
sapiens. Oczywiście są ludzie, którzy
uważają, że prawo do życia mają też np. szympansy, albo
delfiny, albo psy, albo świnie – ale ten pogląd jest już
kontrowersyjny, więc na pewno żadne szympansy ani psy nie zostaną
wskazane. Jak więc wytłumaczyć fakt, że mimo rozmaitych różnic
wszystkie wskazane istoty mają jedną wspólną cechę, mianowicie
przynależność gatunkową? To chyba nie przypadek?
Według argumentu z
oszczędności najlepszym – bo najbardziej oszczędnym
(parsimonious)
– wyjaśnieniem jest fakt, że prawo do życia wynika z
przynależności do gatunku homo
sapiens. A że do gatunku homo
sapiens należy się od zapłodnienia,
to prawo do życia przysługuje od zapłodnienia.
Co jest z tym
argumentem nie tak? Możemy sobie łatwo wyobrazić (modyfikuję tu
trochę to, co pisze Boonin), że przylatują kosmici, którzy bardzo
nas przypominają – mają świadomość, samoświadomość, pamięć,
są zdolni do odczuwania szczęścia i cierpienia, myślą
abstrakcyjnie, na różne sposoby kierują swoim postępowaniem tak,
by osiągać swoje cele, myślą o swojej przyszłości i ją
planują, posługują się językiem, tworzą między sobą
skomplikowane społeczne relacje etc. Nikt raczej nie będzie miał
wątpliwości, że mają oni prawo do życia takie samo jak my,
chociaż należą do innego gatunku. Wygląda więc na to, że o
prawie do życia decydują tu przynajmniej niektóre z powyższych
cech, a nie taka czy inna sekwencja DNA (ani to, czy w ogóle mają
DNA). Gdyby było tych kosmitów dostatecznie dużo wokół nas, to
we wskazanej próbce istot z prawem do życia nie mielibyśmy samych
przedstawicieli homo sapiens.
To pokazuje, że fakt przynależności wszystkich realnie
w tej chwili istniejących bytów (o których wiemy) z bezdyskusyjnym
prawem do życia do gatunku homo sapiens
wynika z przypadku. Historycznego, fizycznego, metafizycznego – w
każdym razie z przypadku.
Z drugiej strony
możemy też sobie wyobrazić przedstawiciela homo
sapiens w trwałym stanie wegetatywnym,
którego kora mózgowa jest nieodwracalnie uszkodzona, przez co nigdy
nie odzyska świadomości – jest jednak podtrzymywany przy życiu
za pomocą specjalnej aparatury. Czy można go odłączyć? Czy ma on
prawo do życia? Według Boonina twierdzenie, że prawo do życia
kogoś takiego jest dokładnie takie samo jak prawo do życia
zdrowego, dorosłego człowieka jest „w najlepszym razie skrajnie
kontrowersyjne”. A zatem, powiada Boonin, „zwolennik twierdzenia,
że typowy płód ma prawo do życia, nie może odwoływać się do
argumentu, który implikuje, że ludzie w takim [tzn. wegetatywnym] stanie mają owo prawo.”
Ale właściwie
dlaczego nie może? Co jakiś czas mamy głośną sprawę człowieka
w stanie wegetatywnym – taką jak dzisiaj Charliego Garda, czy
kilkanaście lat temu Terri Schiavo – przy okazji której
uaktywniają się tzw. obrońcy życia twierdzący, że w żadnym
razie nie można odłączać od aparatury sztucznie podtrzymującej
życie. Można od nich najczęściej usłyszeć, że „nie wiadomo,
czy jednak nie ma tam w środku jakiejś świadomości”, albo że
„nie wiadomo, czy cudownie nie wyzdrowieje”. Wydaje mi się
jednak, że znajdą się też osoby, dla których odłączenie od
aparatury kogoś nawet w stanie ewidentnej śmierci mózgu (być może
nawet łącznie z pniem) będzie intuicyjnie tak samo złe jak
zabicie zdrowego, dorosłego człowieka. Mimo tego, że z pewnością nie ma już żadnej świadomości i nigdy nie będzie. Co zrobić z taką intuicją?
Czy wg Boonina to niemożliwe, żeby ją mieć? A może uważa on, że
jest ona efektem przyswojenia pewnej dziwnej ideologii i dlatego
należy ją odrzucić? A może należy ją odrzucić, bo jest bardzo
rzadka? Tylko dlaczego właściwie moralne intuicje, które są
bardziej powszechne lub w jakiś sposób uwarunkowane genetycznie,
mają się liczyć bardziej w procesie osiągania równowagi
refleksyjnej? Jak pisałem w części metodologicznej, Boonin nie
odpowiada na te pytania, a od odpowiedzi zależy tu powodzenie
drugiej części jego repliki.
Jeśli jednak chodzi
o część pierwszą, to trudno z nią chyba dyskutować. Możliwość
istnienia innych gatunków z bezdyskusyjnym prawem do życia
jasno pokazuje, że argument z oszczędności nie działa.