środa, 30 grudnia 2015

Najlepsze masakry Pana Boga



Nie jestem wielkim fanem tzw. Nowych Ateistów z Richardem Dawkinsem na czele –  m. in. dlatego, że ich argumenty przeciwko istnieniu Boga wydają mi się nieporadne –  ale za jedno ich lubię: udało im się zwrócić uwagę na to, ile debilnych i amoralnych treści znajduje się w Biblii i jak dziwnie mało o tym wiedzą chrześcijanie.
Wpadła mi ostatnio w ręce książka Steve’a Wellsa, który zadał sobie trud policzenia wszystkich ofiar biblijnego Boga i opisania po kolei wszystkich rzezi, w których brał udział. Licząc tylko fragmenty, gdzie podana jest konkretna liczba ofiar, wychodzi podobno 2 821 364 (z księgami deuterokanonicznymi). Wells bawi się też w szacowanie liczby ofiar przy fragmentach, gdzie konkretna liczba nie jest podana (np. w przypadku siódmej plagi egipskiej liczy 300 tys. zakładając, że na polach przebywało wówczas 10% całej populacji Egiptu, która wynosiła wówczas ok. 3 milionów –  dane na podstawie pracy McEvedy’ego i Jonesa). Tu wychodzi, że Bóg odpowiada za śmierć jakichś 25 milionów ludzi.
Zainspirowało mnie to do stworzenia własnego subiektywnego rankingu najlepszych biblijnych masakr Pana Boga. Postanowiłem ograniczyć się tylko do rzezi, których Bóg dokonuje osobiście (Wells liczy też morderstwa z polecenia Boga, morderstwa w asyście Boga i morderstwa z własnej inicjatywy, które spotkały się z aprobatą Boga). Nie ma więc na liście historii o tym, jak Bóg zatrzymał słońce, żeby Jozue nie musiał mordować po ciemku, ani o tym, jak Samsona „opanował duch Pana” i zabił tysiąc ludzi „szczęką osła jeszcze świeżą”, ani o tym, jak Dawid z Bożą pomocą zamordował dwustu Filistynów, żeby kupić sobie żonę za ich napletki. Mordowanie za pomocą dzikich zwierząt liczę jako mordowanie osobiście. Zwierzęta w Biblii pełnią rolę bezwolnych egzekutorów, podczas gdy ludzie czasami sprzeciwiają się, kiedy Bóg każe im mordować – co zresztą z reguły (czy nawet zawsze?) kończy się tym, że Bóg zabija ich za nieposłuszeństwo.
No dobrze, oto lista, do kolejności nie jestem jakoś bardzo przywiązany.


  1. Bóg zsyła jadowite węże, żeby zabiły Izraelitów za narzekanie, że nie mają co jeść (Lb 21, 6).

Podróż z Egiptu do Kanaan na piechotę powinna zająć góra kilka tygodni. Przewodniczy talent Mojżesza sprawia, że Izraelitom po wyjściu z niewoli egipskiej zajmuje to 40 lat.* Błąkanie się po pustyni zaczyna im się trochę przykryć, tym bardziej, że nie mają jedzenia ani wody, więc stwierdzają, że lepiej już im było w tej niewoli, bo przynajmniej nie byli głodni. Bóg postanawia więc ich zabić za pomocą „węży o jadzie palącym”. Mojżesz biegnie błagać Boga o litość. Okazuje się, że Bóg jest nie tylko miłosierny, ale ma też fantazję, więc zamiast po prostu zatrzymać masakrę, każe Mojżeszowi zrobić miedzianego węża i umieścić na wysokim palu, by ukąszeni (i jeszcze żywi) mogli się uratować spoglądając na niego.


  1. Bóg morduje 14700 ludzi za narzekanie, że dużo ich morduje (Lb 17, 6-15).

Żeby nie było, że wyrywam z kontekstu, krótkie podsumowanie tego, co się działo wcześniej: Korach i jego zwolennicy narzekają na wyniosłość i autorytaryzm Mojżesza oraz twierdzą, że w niewoli egipskiej było dużo lepiej niż na pustyni. Za karę Bóg grzebie ich żywcem razem z żonami i dziećmi. Następnie 250 mężczyzn ofiaruje Bogu kadzidło, ale Bóg pali ich żywcem. Ludzie są średnio zadowoleni z całej sytuacji i winią za nią Mojżesza i Aarona. Co nie jest z ich strony specjalnie rozsądne, bo choć Bóg Starego Testamentu jest dość kapryśną postacią, to w jednym jest bardzo konsekwentny: nie lubi narzekania. Postanawia więc wszystkich zabić. Mojżesz biegnie zapalić kadzidło i błagać o litość, co odnosi skutek, ale dopiero kiedy 14700 osób pada trupem.


  1. Bóg morduje część mieszkańców Ekronu, a na pozostałą część zsyła hemoroidy. (1 Sm 5, 9-12).

Za to, że dostali Arkę Przymierza od mieszkańców Gat, na których Bóg też zesłał hemoroidy. A ci dostali ją wcześniej od mieszkańców Aszdodu, którzy chcieli się jej pozbyć, bo Bóg sami zgadnijcie, co im zrobił. Ostatecznie Filistyni dochodzą do wniosku, że być może to właśnie Bóg zsyła hemoroidy, bo chce, żeby oddać Arkę Izraelitom. Odsyłają więc Arkę do Bet-Szemesz razem ze zmyślnym prezentem pokutnym: pięcioma złotymi hemoroidami, pięcioma złotymi myszami (Bóg zsyłał też myszy) i kilkoma krowami do spalenia w ofierze. Tam Bóg morduje 50070 mieszkańców za zaglądanie do Arki.


  1. Bóg pali żywcem 102 ludzi za to, że chcieli, żeby prorok Eliasz zszedł z pagórka (2 Krl 1, 10-12).

Chodzi o posłańców króla Ochojasza, któremu Bóg ustami Eliasza zapowiedział śmierć za pytanie konkurencyjnego boga o przyszłość. Zapyta ktoś: czym zawinili posłańcy? Po pierwsze, byli posłani przez króla, którego Bóg nie lubił. Po drugie, chyba prosili w mało grzeczny sposób. Ostatecznie inni posłańcy padają przed Eliaszem na kolana, ten godzi się zejść i spotkać z królem, którego następnie Bóg zabija zgodnie z wcześniejszą zapowiedzią.


  1. Bóg zsyła lwy, żeby rozszarpały mieszkańców Samarii za to, że nie wiedzą, w jaki sposób go czcić (2 Krl 17, 25-26).

Król asyryjski posyła więc po kapłana, by nauczył ich właściwego obrzędu. Odnosi to taki skutek, że od tamtej pory czczą oni Boga, ale nie przestają też czcić wielu innych bóstw, palą np. swoje dzieci żywcem na cześć Adrameleka i Anammeleka. Pamiętam, że czytając tę historię po raz pierwszy, pomyślałem sobie w tym miejscu „no dobrze, a teraz jak zwykle kolejna masakra, ale może przynajmniej dzieci ofiarne zostaną uratowane”. A tu nic z tych rzeczy, Bóg z jakiegoś powodu nie decyduje się na następną rzeź, a dzieci są palone „aż do dnia dzisiejszego”.


  1. Bóg zsyła niedźwiedzie, żeby rozszarpały 42 dzieci za to, że śmiały się z łysiny proroka Elizeusza (2 Krl 2, 23-24).

Bóg wyraźnie nie jest zwolennikiem wychowania bezstresowego. Gdyby ktoś się zastanawiał, czy chce dać nam tą historią przykład, Księga Powtórzonego Prawa rozwiewa wątpliwości: syna, który jest nieposłuszny nawet po upomnieniach, należy oddać do ukamienowania (21, 18-21). Nie robiąc tego sprzeciwiamy się Bogu i narażamy na to, że za karę zmusi nas do zjedzenia naszych dzieci (Kpł 26, 29; Pwt 28, 53). Lepiej chyba ukamienować niegrzeczne dziecko, niż musieć je zjeść?


  1. Bóg wybija Amorytów rzucając w nich z nieba wielkimi kamieniami (Joz 10, 10-11).

Księga Jozuego to właściwie jedna masakra za drugą. Zasadniczo morduje sam Jozue na polecenie Boga, ale w tym przypadku Bóg najwidoczniej postanawia się popisać i pokazać, że swoimi kamieniami zabije więcej Amorytów niż armia Jozuego mieczami.


  1. Bóg zabija dziecko Dawida przez siedem dni (2 Sm 12, 15-18).

To właściwie nie masakra, a pojedyncze morderstwo, ale uznałem, że dostanie dziką kartę. Generalnie Bóg bardzo lubi Dawida i pomaga mu w dokonaniu całej serii aktów ludobójstwa, ale w pewnym momencie Dawid podpada Bogu pozbywając się Uriasza, by móc dobrać się do jego żony. Bóg postanawia ukarać swojego ulubieńca doprowadzając do tego, że żony Dawida będą publicznie uprawiały seks z jego współzawodnikiem (w innych tłumaczeniach: sąsiadem) i na dokładkę zabijając Dawidowi dziecko. Pastwi się nad tym dzieckiem przez siedem dni, a w tym czasie Dawid pości, leży na ziemi i błaga o litość. Kiedy dziecko w końcu umiera, Dawid natychmiast odzyskuje dobry humor i tłumaczy, że nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem i hulaj dusza.


  1. Bóg zabija milion Kuszytów, żeby pokazać, jak bardzo lubi Asę, króla Judy (2 Krn 14, 12-13)

Asa „czynił to, co jest dobre i słuszne w oczach Pana”, tzn. demolował świątynie innych bogów i wysiedlał homoseksualistów. Kiedy więc Kuszyci w liczbie miliona zaatakowali Judę, Bóg nie tylko pomógł odeprzeć atak, ale z pomocą Asy zabił wszystkich, co do jednego, i umożliwił wielkie plądrowanie ich miast. Oznacza to największą masakrę w Biblii spośród tych, przy których podana jest konkretna liczba ofiar. Milion Kuszytów to jakieś pięć razy więcej, niż ich wszystkich wówczas istniało.


  1. Bóg morduje całą ludzkość (z wyjątkiem Noego i jego rodziny) za całokształt (Rdz 7, 21-23).

Największa masakra, przy której liczba ofiar nie jest podana, to oczywiście potop. Bóg widzi, że ludzie są zepsuci, zaczyna żałować, że ich stworzył i w końcu postanawia utopić wszystkich z wyjątkiem Noego z rodziną. Po masakrze stwierdza, że ludzie są zepsuci, bo taki już ich urok i że nie ma sensu się na nich denerwować, obiecuje więc nie urządzać więcej masowych mordów. O czym zapomina** już kilka stron dalej mordując wszystkich w Sodomie i Gomorze. Za to, że byli zepsuci.


Żeby było jasne: nie chcę sugerować, że chrześcijanie to zwyrodnialcy albo idioci, skoro wierzą, że właśnie poprzez te historie postanowił objawić się ludzkości wszechmogący, wszechwiedzący i moralnie doskonały Bóg. Jak wspomniałem, większość zwyczajnie nie zna tych treści, a tylko mała grupka próbuje je jakoś usprawiedliwiać. Jedni biorą je dosłownie – i wtedy brzmią zazwyczaj jak jacyś staliniści tłumaczący, że okoliczności były wyjątkowe, a ukochany przywódca na pewno miał dobre powody, których być może nie jesteśmy w stanie do końca zrozumieć. Inni twierdzą, że to jakieś metafory, w których jest zawarte coś bardzo mądrego i głębokiego – co najczęściej brzmi rozpaczliwie, delikatnie mówiąc. Jest jeszcze jedno wytłumaczenie: treść Biblii jest odzwierciedleniem prymitywizmu, okrucieństwa i ciemnoty społeczeństw, które ją wyprodukowały, a żadna moralnie doskonała, nadprzyrodzona istota nie miała z tym nic wspólnego. Ale to pewnie byłoby zbyt proste.


* Trochę niesprawiedliwie zwaliłem winę na nieudolność Mojżesza, na co pomógł mi zwrócić uwagę komentator o wymownym nicku Prawda. W rzeczywistości to Bóg skazuje Izraelitów na 40 lat na pustyni, bo wyrażają wątpliwości co do tego, czy uda im się wybić mieszkańców Ziemi Obiecanej i zaczynają myśleć o powrocie do Egiptu. Początkowo Bóg postanawia wymordować wszystkich Izraelitów i znaleźć sobie inny naród wybrany, ale Mojżesz zwraca mu uwagę, że jeśli to zrobi, to inne ludy będą go miały za nieudacznika, Bóg postanawia więc złagodzić karę.

**Inny komentator zwraca uwagę, że różnie można ten fragment czytać: Bogu może chodzić o to, że nie ześle już więcej potopu (ale inne kataklizmy – czemu nie), może też mu chodzić o to, że nie będzie więcej mordował jednorazowo całej ludzkości (ale pojedyncze miasta czy ludy – czemu nie).

środa, 11 listopada 2015

Naturalna ksenofobia



Robiłem sobie kiedyś listę najciekawszych odkryć psychologii moralności ostatnich kilku dziesięcioleci. Wyróżniłem tam sekcję dotyczącą konfliktów między grupami, która wyglądała tak:

  • Ludzie natychmiast faworyzują członków własnej grupy, nawet jeśli zostali podzieleni na grupy losowo (Tajfel 1982).
  • Faworyzowanie własnej grupy i etnocentryzm są uniwersalne (Brown 1991).
  • IAT (Implicit Association Test, Test Utajonych Skojarzeń) pokazuje, że nieświadomy rasizm jest powszechny (Greenwald et al. 1995, 1998).
  • Powszechny również u dzieci i, mutatis mutandis, innych gaunków małp (Mahajan et al. 2006, Baron et al. 2006).
  • Kojarzenie negatywnych cech z kolorem skóry to tylko jeden z rodzajów kojarzenia negatywnych cech z przynależnością do obcej grupy (Kurzban et al. 2009).
  • Niemowlęta i małe dzieci nie lubią ludzi mówiących z obcym akcentem (Kinsler et al. 2007).*

Szczególnie ciekawy wydał mi się IAT. Badanie polega na mierzeniu czasu, jaki zabiera nam przypisanie obiektu do danej kategorii. W standardowej wersji mamy dwa przyciski – jeden służy do przypisania słowa do kategorii pozytywnych słów, drugi do przypisania słowa do kategorii negatywnych słów. Równocześnie pierwszy służy do przypisania twarzy do kategorii twarzy czarnych osób, a drugi do kategorii twarzy białych osób – lub odwrotnie. Okazuje się, że większość badanych przypisuje szybciej i rzadziej popełnia błędy przy konfiguracji przycisk 1: dobry/biały, przycisk 2: zły/czarny. Dodatkowo rezonans magnetyczny mózgu pokazuje, że osoby, u których różnica jest duża, na widok czarnych twarzy uaktywniają swoje ciało migdałowate, czyli osrodek odpowiedzialny m. in. za negatywne emocje i reakcje obronne.
Test można sobie zrobić na stronie harwardzkiej psychologii. Oczywiście wyszło mi, że jestem rasistą do szpiku kości. Można też przetestować swoją utajoną homofobię, islamofobię, seksizm i kilka innych (na to nie miałem na razie zdrowia).
Czy wynika z tego wszystkiego coś normatywnie istotnego? Czy np. z faktu, że rasizm, ksenofobia i grupowy egoizm są czymś powszechnym i naturalnym wynika, że mają one jakąś etyczną wartość? Nie wydaje mi się.
Po pierwsze, nawet jeśli są one w jakimś sensie naturalne, to nie znaczy jeszcze, że nie można ich wyeliminować. Tym bardziej, że często nie wiadomo, w jakim stopniu ujawnione przez IAT i parę innych badań uprzedzenia są uwarunowane genetycznie, a w jakim kulturowo. Że to drugie ma duże znaczenie pokazuje np. badanie, jakie przeprowadził kilka lat temu wspomniany tu kiedyś David Pizarro**. Wniosek badania jest taki, że ludzie o liberalnych poglądach (liberalnych w amerykańskim sensie) są zdecydowanie bardziej skłonni do zabicia jednej białej osoby, by uratować sto czarnych osób, niż do zabicia jednej czarnej, by uratować sto białych – a ludzie o poglądach konserwatywnych przeginają w drugą stronę (autorzy nie wspominają o kolorze skóry badanych liberałów i konserwatystów, ale można chyba śmiało przyjąć, że jedni i drudzy byli w większości biali).
Po drugie, nawet jeśli grupowego egoizmu nie da się całkowicie wyeliminować, to jeszcze nie znaczy, że należy z niego robić cnotę, ani nawet coś akceptowalnego. Pisałem tu dawno temu, że nie widzę moralnego uzasadnienia dla grupowgo egoizmu w postaci patriotyzmu. Nie wiem, na czym to polega, ale mam wrażenie, że ludzie broniąc patriotyzmu nagminnie popełniają błąd utożsamienia naturalnego z etycznym, chociaż rzadko robią to przy innych okazjach. Mało komu przyjdzie do głowy, żeby bronić na przykład zdradzania żony w taki sposób. Z drugiej strony filozofowie generalnie przyjmują, że powinność musi zakładać możliwość realizacji tej powinności (chociaż istnieją spory co do tego, jak tę zasadę interpretować), więc nie można powiedzieć, że wszystkie te empiryczne badania nie mają żadnego znaczenia dla etyki.
Z całą pewnością wiele jeszcze ciężkiej pracy zarówno przed filozofami, jak psychologami, ale myślę, że całe to towarzystwo toczące spór o to, czy bardziej powinno się patriotycznie machać flagą, czy patriotycznie sprzątać kupę po psie, bardzo skorzystałoby na zapoznaniu się z tym, co do tej pory w obu dziedzinach ustalono.


*Robiłem to bardzo szybko i pobieżnie, więc na pewno wiele istotnych rzeczy pominąłem. O ile mi wiadomo, najbardziej kompetentną osobą zajmującą się tym tematem w Polsce jest Michał Bilewicz – jeśli kogoś temat głębiej interesuje, to warto zajrzeć na jego stronę.
** Pizarro robi też z filozofem Tamlerem Sommersem świetny podcast Very Bad Wizards – bardzo polecam, jest dużo żartów o masturbacji i robieniu kupy.

niedziela, 25 października 2015

Koszulka z Adamem Smithem

M. Fay: The Influence of Adam Smith on Marx's Theory of Alienation, Science & Society, 47/2, (Summer, 1983), 129-151.


Karol Marks był na pewno jednym z najoryginalniejszych myślicieli w historii – nie znaczy to jednak, że wszystkie swoje teorie sam wymyślił od zera. Jednym z bardziej istotnych i mniej znanych źródeł jego inspiracji był Adam Smith, co widać przede wszystkim na przykładzie marksistowskiej teorii alienacji.
W teorii alienacji chodzi m.in. o to, że kapitalizm pozbawia większość ludzi możliwości rozwijania ich ludzkiej natury: pracownicy nie mogą się kształcić, poznawać świata, podejmować twórczej aktywności, odczuwać twórczego spełnienia, ponosić odpowiedzialności itd. Rozwiązaniem tych problemów, a w każdym razie sporej ich części, miał być według Marksa system, w którym pracownicy sami sprawują kontrolę nad środkami produkcji.
W księdze V Bogactwa narodów można znaleźć zaskakująco podobne myśli. Smith pisze tam na przykład tak:

W miarę postępu w podziale pracy, zatrudnienie zdecydowanie większej części tych, którzy żyją z pracy – a więc ogromnej rzeszy ludzi – staje się ograniczone do kilku bardzo prostych czynności, często do jednej lub dwóch. A zdolności intelektualne większej części ludności kształtują się w sposób konieczny w ich codziennych zajęciach. Człowiek, którego całe życie upływa na wykonywaniu kilku prostych czynności mających prawdopodobnie zawsze taki sam, albo prawie taki sam efekt, nie ma możliwości, by rozwijać swój rozum czy swoją pomysłowość poprzez znajdowanie rozwiązań trudności, ponieważ te nigdy nie występują. W naturalny sposób traci on zatem nawyk myślenia i zasadniczo staje się tak głupi i ciemny, jak tylko jest to możliwe dla istoty ludzkiej. (…) Jednak w każdym rozwiniętym i cywilizowanym społeczeństwie tak właśnie wygląda stan, w którym musi się znaleźć pracująca biedota – to znaczy ogromna część ludności – o ile rząd nie podejmie jakichś wysiłków, by temu zapobiec.

(V 1,178, moje tłumaczenie)

Można się spierać co do szczegółów tego, ile czego Marks od Smitha zaczerpnął (więcej na ten temat w podlinkowanym wyżej artykule Margaret Fay), ale ogólnie jest całkiem prawdopodobne, że gdyby nie Smith, to nie mielibyśmy marksistowkiej teorii tego, jak ludzie w kapitalizmie przestają być ludźmi. I na tym historia wpływu jednego filozofa na drugiego się nie kończy: Marks przejął od Smitha (i Ricarda) laborystyczną teorię wartości, na której całkowicie opiera się marksistowska teoria wyzysku* i w ogóle cała marksistowska ekonomia.
Piszę o tym wszystkim, bo mamy w Polsce grupę wpływowych intelektualistów, którzy nie kryją się z uwielbieniem dla postaci Smitha. Nie do końca wiem, jak z koszulkami, ci ludzie chyba rzadko chodzą w koszulkach, ale z całą pewnością umieszczają jego wizerunek gdzie się da. Ciekawe, czy zastanawiają się czasem, do czego ich idol pośrednio doprowadził? Może gdyby Smith zamiast dumać nad położeniem pracującej biedoty poszedł sobie na walkę kogutów albo na bal maskowy, to Marks nie miałby się czym inspirować, w związku z czym Lenin i Stalin też nie mieliby się czym inspirować i nie byłoby zesłań, czystek, Gułagu, Wielkiego Głodu, Katynia i innych zbrodni? Ktoś może powiedzieć, że głupie takie spekulacje – i rzeczywiście, trzeba przyznać, że są one dosyć głupie.

PS Dla niewtajemniczonych: wpis nawiązuje do niedawnej afery koszulkowej, której bohaterem był Adrian Zandberg z partii Razem.
PPS O przeinaczaniu Smitha przez wielbicieli Smitha pisałem więcej tu.

* Update 2019: Powinienem był dodać „według popularnej interpretacji”. Są interpretacje, np. G. A. Cohena, według których się nie opiera.

sobota, 3 października 2015

Problemy z naturalizmem


Niedawno pisałem tu złe rzeczy o Timothym Williamsonie, ale nie należy z tego wyciągać wniosku, że go generalnie nie lubię. Spodobała mi się ostatnio na przykład jego polemika na temat naturalizmu z Alexem Rosenbergiem w książce Philosophical Methodology: The Armchair or the Laboratory? pod redakcją M. C. Hauga.
Naturalizm to, sądząc po deklaracjach, chyba najbardziej rozpowszechniony światopogląd wśród współczesnych filozofów. I całkiem możliwe, że również wśród naukowców. Różni naturaliści różnie naturalizm definiują, ale najczęściej można usłyszeć coś w tym rodzaju: istnieje tylko świat naturalny, a nie istnieje świat nadprzyrodzony, tzn. bogowie, duchy, demony, czary, magia, niebo, piekło itp. Nie ma też takich zjawisk, do których nauka nie ma dostępu: świadomość, moralność, normatywność, intencjonalność, wolna wola, obiekty abstrakcyjne czy obiekty matematyczne to wszystko mogą być problemy trudne, ale w pełni naukowo wytłumaczalne.
Z pierwszą częścią tej definicji jest jednak taki kłopot, że nie mówi ona nic konkretnego na temat tego, co to jest świat przyrodzony i czym różni się od nadprzyrodzonego. Próby rozwiązania tego problemu kończą się zazwyczaj utożsamieniem przyrodzonego z badanym albo odkrywanym przez naukę. A więc według porządniejszej definicji istnieje tylko to, co nauka mówi, że istnieje (naturalizm ontologiczny albo metafizyczny), a metoda naukowa jest jedyną wiarygodną metodą zdobywania wiedzy o czymkolwiek (naturalizm metodologiczny). Można oczywiście być naturalistą ontologicznym, ale nie metodologicznym i odwrotnie, jednak większość naturalistów to raczej naturaliści w obu znaczeniach. Tak zdefiniowany naturalizm, twierdzi Williamson, napotyka kilka zasadniczych trudności, z których jego zwolennicy często nie zdają sobie sprawy.
Pierwsza trudność pojawia się, kiedy zaczynamy się zastanawiać, o jaką naukę naturalistom chodzi. Jeśli o naukę w obecnym stanie, to naturalizm jest prawie na pewno fałszywy: jest mnóstwo rzeczy, których współczesna nauka nie potrafi wyjaśnić, mnóstwo praw do odkrycia, są sprzeczności między obowiązującymi teoriami. Wszystko wskazuje na to, że pewne teorie naukowe zostaną zmodyfikowane, a inne całkiem odrzucone i zastąpione nowymi – tak jak wielokrotnie działo się to w przeszłości. Naturalizm musi się więc odwoływać do jakiejś przyszłej albo raczej idealnej nauki, która odkryła i wytłumaczyła wszystko, co było do odkrycia i wytłumaczenia. Problem w tym, że zupełnie nie wiadomo, jak taka nauka miałaby wyglądać. Skąd właściwie wiadomo, że idealna nauka nie postulowałaby istnienia bogów albo demonów dla wyjaśnienia jakichś zjawisk?
Po drugie, naturalistom ciężko się zdecydować, które dyscypliny mają się do nauki zaliczać, a które nie. Jako przykładu używają oni chętnie dyscyplin opartych na metodzie, którą Williamson nazywa hipotetyczno-dedukcyjną: „formułowaniu teoretycznych hipotez i testowaniu ich przewidywań za pomocą systematycznej obserwacji i kontrolowanych eksperymentów.” Jeśli jednak ograniczymy naukę do dyscyplin wykorzystujących tę metodę, to zostaną nam tylko nauki przyrodnicze, i to też raczej nie w całości.
Czy naprawdę nie można wiedzieć, w którym roku powołano I Międzynarodówkę, albo jak się nazywał główny bohater „Rzeźni numer pięć”, bo historia i nauka o literaturze nie korzystają z metody hipotetyczno-dedukcyjnej? Williamson pisze tak: „Kiedy [naturaliści] atakują, przyjmują restrykcyjną definicję nauki jako dyscypliny hipotetyczno-dedukcyjnej. Kiedy sami są atakowani, opierają się na definicji bardziej inkluzywnej, co mocno rozmywa naturalizm. Takie manewry czynią z naturalizmu mętne wyznanie wiary.”
Po trzecie, zupełnie już nie wiadomo, co zrobić z matematyką. Nauki przyrodnicze opierają się na matematyce, ale sama matematyka jest wybitnie nieempiryczna. W jaki sposób matematycy są w stanie poszerzać wiedzę matematyczną, bez obserwacji i eksperymentów? Czy może zdaniem naturalistów to nie jest wiedza? Ale co w takim razie z wiarygodnością nauk przyrodniczych, których powodzenie jest od matematyki uzależnione? A może jednak matematyka jest empiryczna w jakimś sensie?
Po czwarte, naturalizm metodologiczny pachnie wewnętrzną sprzecznością. Jeśli nauka jest jedynym dobrym źródłem wiedzy, to skąd wiemy, że nauka jest jedynym dobrym źródłem wiedzy? Nauka w żaden oczywisty sposób nie potwierdza samej treści naturalistycznego dogmatu. Wygląda więc trochę na to, że naturalizm sam siebie obala: zmusza do jednoczesnego twierdzenia, że cała wiedza pochodzi z nauki i że część wiedzy (mianowicie sama teza naturalizmu) nie pochodzi z nauki.
Trzeba przyznać, że na wszystkie te zastrzeżenia istnieją odpowiedzi. Nie wszystkie jednak wydają mi się na tyle dobre, żebym się sam bez skrępowania nazywał naturalistą – chociaż oczywiście nie wierzę w żadnych bogów, ani nie uważam, że są jakieś tajemnice, których nauka nigdy nie będzie w stanie rozwikłać. Bez skrępowania mógłbym się za to podpisać pod tym, jak Williamson podsumowuję sprawę:
Naturalizm próbuje skondensować ducha nauki w teorii filozoficznej. Żadna teoria nie jest jednak w stanie zastąpić tego ducha, ponieważ każdej teorii można używać w duchu nienaukowym – jako narzędzia polemicznego, które jedynie wzmacnia uprzedzenia. Naturalizm jako dogmat to tylko kolejny wróg ducha nauki.
Filozofię powinno się uprawiać w duchu naukowym. Nie powinniśmy jej więc uprawiać przez powtarzanie sloganów o naturalizmie, ani przez odrzucanie teorii czy metod filozoficznych na podstawie wyników badań nauk przyrodniczych, których filozoficzna istotność jest niejasna, ani przez popadanie w intelektualne lenistwo, do którego hasło „naturalizm” w jakiś dziwny sposób prowokuje.